Lewin poprawił chroniącą przed pyłem zasłonę twarzy i spojrzał w dół na mały obóz, gdzie węgle dogasającego ogniska wciąż jarzyły się pod żelaznym kociołkiem. Wiatr przyniósł woń na poły spalonego gulaszu. Leżące wokół ognia, owinięte w koce ciała oblewała księżycowa poświata. W zasięgu wzroku nie było żadnych koni. Żałował, że nie może się napić, ale tylko dzieciom dawano wodę między posiłkami. Niejasno przypominał sobie czasy, kiedy wody było znacznie więcej, kiedy dni nie były tak upalne i pyliste, a wiatr czasami ustawał. Noc przynosiła nieznaczną jedynie ulgę, zastępując posępne, palące słońce dokuczliwym chłodem. Owinął się ściślej w pelerynę ze skór dzikiego kozła, która służyła mu również za koc.
Jego towarzysze podeszli bliżej, okutani jak on, potykając się o skały i mamrocząc, aż pewien był, że powinni obudzić wszystkich śpiących w dole. On sam nie narzekał, przywykł do tego w znacznie większym stopniu niż oni. Zasłony przeciwko pyłowi zakrywały ich twarze, ale bez trudu wiedział, kto jest kim. Luca, o ramionach półtora raza szerszych niż pozostali, lubił robić kawały. Gearan, chudy jak bocian, najlepszy biegacz ze wszystkich wozów. Charlin i Alijha, którzy stanowili swoje zwierciadlane niemalże odbicia, wyjąwszy zwyczaj Charlina, by przekrzywiać głowę, kiedy się czymś trapił, tak jak to właśnie miało miejsce; ich siostra, Colline, znajdowała się na dole, w tym obozie. Podobnie jak Maigran, siostra Lewina.
Kiedy podręczne torby dziewcząt zostały znalezione na ziemi zdeptanej podczas walki, wszyscy byli gotowi opłakać zmarłych i ruszać dalej, jak czynili to już tak wiele razy wcześniej. Nawet pradziadek Lewina. Gdyby Adan wiedział, co zaplanowała sobie ich piątka, powstrzymałby ich z pewnością. Adan jednak potrafił tylko mamrotać o dochowaniu wierności Aes Sedai, których Lewin nigdy w życiu nie widział, oraz o staraniu się, by Aielowie pozostali przy życiu. Aielowie jako lud, ale nie poszczególne jednostki. Nawet nie Maigran.
— Jest ich czworo — wyszeptał Lewin. — Dziewczęta są po tej stronie ognia. Obudzę je... cicho... i wyślizgniemy się, póki mężczyźni będą spali.
Jego przyjaciele popatrzyli po sobie, pokiwali głowami. Sądził, że powinni byli wcześniej ułożyć sobie jakiś plan, zamiast myśleć tylko o tym, że należy ruszyć za dziewczętami oraz jak niepostrzeżenie opuścić wozy. Nie był nawet pewien, że ruszą za tymi mężczyznami albo że znajdą ich, zanim ci zdążą wrócić do wioski, z której pochodzili — zbiorowiska nieporządnych szałasów, od którego przegnano Aielów kijami i kamieniami. Gdyby napastnicy dotarli tak daleko, nic już nie można by zrobić.
— A co jeśli się obudzą? — zapytał Gearan.
— Nie zostawię Colline — warknął Charlin, niemalże wchodząc w słowo swojemu bratu, i dodał ciszej: — Odbierzemy je, Gearan.
— Tak się stanie — zgodził się Lewin. Luca szturchnął Gearana pod żebra, a Gearan pokiwał głową.
Zejście na dół w ciemnościach okazało się niełatwym zadaniem. Wyschnięte na chrust gałązki chrzęściły pod stopami, kamienie i odłamki skał maleńkimi lawinami pędziły przed nimi po stoku. Im bardziej Lewin starał się poruszać cicho, tym więcej zdawał się robić hałasu. Luca wpadł na kolczasty krzew, który zatrzeszczał głośno, ale ostatecznie udało mu się wydostać, teraz ciężko dyszał. Charlin poślizgnął się i zjechał pół drogi po stoku, mimo to w dole nikt się nie poruszył.
W niewielkiej odległości od obozu Lewin przystanął, wymienił pełne niepokoju spojrzenia z przyjaciółmi, potem na palcach wszedł między śpiące postacie. Własny oddech brzmiał w jego uszach niczym grzmot, podobnie jak przeraźliwe chrapanie dobiegające od jednej z czterech wielkich, nakrytych kocami postaci. Zamarł w chwili, gdy donośne chrapanie urwało się, a jeden ze śpiących poruszył. Przybrał wygodniejszą pozycję, chrapanie rozległo się na powrót, a Lewin wypuścił długo wstrzymywany oddech.
Ostrożnie przykucnął przy jednym z dwu mniejszych stosików skór i odsunął ostrożnie szorstki wełniany koc, aż sztywny z brudu. Maigran patrzyła na niego, twarz jej była cała w sińcach i skaleczeniach, podarta suknia zmieniła się w coś niewiele lepszego niż łachman. Przyłożył dłoń do jej ust, aby powstrzymać krzyk, ale ona patrzyła tylko niewidzącym wzrokiem, nawet nie mrugnęła.
— Zamierzam zarżnąć cię jak świnię, chłopcze.
Jeden z większych pagórków rozprostował się, mężczyzna o postrzępionej brodzie, ubrany w brudne łachmany wstał, długi nóż w jego dłoni połyskiwał blado w świetle księżyca. Zaczął kopać swych towarzyszy, wydobywając z nich chrząknięcia i pojękiwania.
— Jak zwykłego świniaka. Będziesz kwiczał, chłopcze, czy po prostu uciekniesz?
— Ucieknę — powiedział Lewin, ale jego siostra wciąż patrzyła niewidzącymi oczyma. Oszalałym gestem zaczął szarpać ją za ramiona, starając się popchnąć w kierunku, gdzie czekali na nich pozostali. — Uciekaj!
Niezręcznie wygramoliła się spod kocy, zesztywniała, niemalże leciała mu przez ręce. Colline obudziła się — mógł słyszeć jej pojękiwania — ale wydawało się, że chce tylko ściślej otulić się kocami, ukryć w nich. Maigran stała nieruchomo, patrzyła w pustkę, nic nie widząc.
— Wychodzi na to, że nawet tyle ci się nie uda. — Z grymasem na twarzy wielki mężczyzna szedł, omijając ognisko, nóż trzymał opuszczoną ręką. Pozostali siadali na swych posłaniach, śmiali się w głos, przypatrując zabawie.
Lewin nie wiedział, co robić. Nie może zostawić swojej siostry. Wszystko, co mógł zrobić, to umrzeć. Być może w ten sposób da Maigran szansę ucieczki.
— Uciekaj, Maigran! Błagam, uciekaj! — Nie poruszyła się. Zdawała się nawet nie słyszeć jego słów. Co oni jej zrobili?
Brodacz podszedł bliżej, niespiesznie, chichotał, rozkoszując się sytuacją.
— Nieeeeeeeeeeeeeee! — Z ciemności nocy wybiegł Charlin, otoczył ramionami mężczyznę z nożem, powalił go na ziemię. Pozostali zerwali się na nogi. Jeden z nich, z ogoloną głową, która połyskiwała w świetle ogniska, wyciągnął miecz i zamierzył się na Charlina.
Lewin nie potrafił sobie później przypomnieć, jak to się wszystko stało. Jakimś sposobem nagle miał w ręku ciężki kociołek. Trzymając go za żelazny uchwyt, uderzył w łysą głowę, rozległo się głośne chrupnięcie. Mężczyzna runął na ziemię, jakby nagle jego kości zmieniły się w wodę. Wytrącony z równowagi Lewin chwiejnie przestępował z nogi na nogę, starając się nie wpaść w ogień, wreszcie padł obok żaru, wypuszczając z dłoni kociołek. Ciemny mężczyzna, z włosami zaplecionymi w warkoczyki, wyciągnął swój miecz, gotów do cięcia. Lewin gramolił się niezgrabnie, leżąc na grzbiecie jak pająk, z oczyma utkwionymi w ostrym szpicu miecza, dłonie szaleńczo szukały czegoś, czym mógłby się osłonić, jakiegoś kija, czegokolwiek. Jego ręka natrafiła na okrągły kij. Ścisnął go, pchnął nim szczerzącego zęby w uśmiechu mężczyznę. Ciemne oczy tamtego rozszerzyły się, miecz wypadł mu z dłoni, krew rzuciła się ustami. To nie był kij, lecz włócznia.
Drzewce wypadło mu z ręki, puścił je, jakby parzyło, w chwili gdy zdał sobie sprawę, co trzyma. Za późno. Odczołgał się, by uniknąć padającego ciała tamtego, spojrzał nań, zadrżał. Martwy człowiek. Człowiek, którego zabił. Wiatr zdał się nagle bardzo zimny.
Po jakimś czasie zaczął się zastanawiać, dlaczego żaden z pozostałych nie zabił go. Był zaskoczony, gdy zobaczył resztę swoich przyjaciół skupionych wokół ogniska. Gearan, Luca i Alijha siedzieli, dysząc ciężko i spoglądając rozszerzonymi oczyma sponad swych zasłon. Spod kocy, którymi przykryta była Colline, wciąż dobiegało ciche, spazmatyczne łkanie, a Maigran dalej stała, patrząc nieruchomo w jeden punkt. Charlin zamarł na kolanach, obejmując się ramionami. A czterej mężczyźni, mieszkańcy tamtej wioski... Lewin przenosił spojrzenie z jednej nieruchomej, zakrwawionej postaci na drugą.