Miał ochotę krzyczeć. Chciał wybiec z ukrycia i powstrzymać ich przed zabraniem jego ostatniego dziecka. Przeszkodzić im w jakiś sposób. Ale gdyby tak naprawdę postąpił? Zabiliby go, a Rheę i tak zabrali. Mogliby również pomordować dzieci. Wśród ciał, leżących w kałużach własnej krwi, były również maleńkie.
Maigran przylgnęła doń, jakby się obawiała, że może ją zostawić, a Lewin zesztywniał, jakby chciał się bardziej przytulić, ale czuł jednocześnie, że jest już zbyt dury. Adan pogładził dzieci po głowach i mocniej przytulił ich twarze do piersi. Nie przestawał jednak patrzeć, do czasu aż wozy odjechały w dal, otoczone przez pokrzykujących jeźdźców, do czasu, aż ich konie zniknęły, kierując się w stronę parujących na horyzoncie gór.
Dopiero wtedy wstał i puścił dzieci.
— Zaczekajcie tutaj na mnie — nakazał im. — Czekajcie, dopóki nie wrócę.
Przylgnęły do siebie i patrząc na niego umorusanymi od łez twarzyczkami, pokiwały niepewnie główkami.
Wypełzł z kryjówki i podszedł do jednego z ciał, delikatnie odwrócił je na plecy. Siedre wyglądała, jakby spała, jej twarz miała taki wyraz jak każdego ranka, gdy budziła się obok niego. Zawsze zaskakiwały go pasma siwizny, które odkrywał w jej rudozłotych włosach; była jego miłością, jego życiem, zawsze tak samo młoda i świeża w jego oczach. Starał się nie patrzeć na plamę krwi, która barwiła przód sukni, płynąc z rany ziejącej pod piersiami.
— Co zamierzasz teraz zrobić, Adan? Powiedz nam! Co?
Odgarnął włosy z twarzy Siedre — zawsze je schludnie zaplatała — i wstał, odwracając się powoli, by stawić czoło grupce wściekłych, przerażonych ludzi. Wśród nich rej wodził Sulwin, wysoki mężczyzna o głęboko osadzonych oczach. Sulwin zapuszczał długie włosy, jakby chciał ukryć, że jest Aielem. Wielu mężczyzn tak robiło. To nie czyniło jednak żadnej różnicy ani tym ostatnim napastnikom, ani też tym, którzy byli przed nimi.
— Mam zamiar pogrzebać naszych zmarłych i ruszać naprzód, Sulwin. — Jego spojrzenie przesunęło się z powrotem na ciało Siedre. — Co jeszcze pozostało tutaj do zrobienia?
— Jechać dalej, Adan? Jakim sposobem? Nie mamy już koni. Prawie skończyła się woda i żywność. Wszystko, co mamy, to wozy pełne rzeczy, po które nigdy już nie zgłoszą się Aes Sedai. Co jest w tych skrzyniach, Adan? Co w nich jest, że musimy oddawać za nie swe życie, aby przewieźć je przez cały świat, nie mogąc nawet ich dotknąć. Nie możemy tak dłużej żyć!
— Możemy! — krzyknął Adan. — I tak się stanie! Mamy nogi, mamy grzbiety. Jeżeli będzie trzeba, sami zaprzęgniemy się do wozów. Dochowamy wierności naszym zobowiązaniom!
Przeżył szok, gdy zobaczył, że wygraża tamtemu zaciśniętą pięścią. Pięścią. Jego dłoń drżała, kiedy powoli rozprostował palce i pozwolił ręce opaść bezwładnie wzdłuż boku.
Sulwin cofnął się, potem jednak znowu odzyskał pewność siebie, miał wszak za plecami swych towarzyszy.
— Nie, Adan. Oczekiwano od nas, że znajdziemy bezpieczne miejsce, i niektórzy z nas mają zamiar tak postąpić. Mój pradziadek opowiadał mi często historie, które słyszał jako chłopiec, historie o czasach, kiedy żyliśmy w bezpiecznym miejscu, a ludzie przychodzili, by posłuchać, jak śpiewamy. Tak więc chcemy odnaleźć miejsce, gdzie bezpieczni będziemy mogli znowu śpiewać.
— Śpiewać? — zadrwił Adan. — Ja też słyszałem te stare historie, że Aielowie potrafili przecudnie śpiewać, ale o tamtych starych pieśniach wiesz nie więcej ode mnie. Te pieśni przepadły, a dawne dni już nie wrócą. Nie zrezygnujemy z naszego obowiązku względem Aes Sedai, aby ścigać marę, która przepadła na wieki.
— Niektórzy z nas tak zrobią, Adan. — Pozostali mężczyźni, którzy stali za Sulwinem, pokiwali głowami. — Mamy zamiar odnaleźć bezpieczne miejsce. I również pieśni. Tak zrobimy!
Nagły łoskot spowodował, że Adan odwrócił nagle głowę. Pozostali zausznicy Sulwina rozładowywali właśnie jeden z wozów, a wielka, płaska skrzynia wymknęła im się z rąk, spadła na ziemię i częściowo się rozbiła, ukazując coś, co wyglądało jak wypolerowana framuga drzwi z ciemnego, czerwonego kamienia. Kolejne wozy były również opróżniane przez dalszych przyjaciół Sulwina. Przynajmniej czwarta część jego ludzi zajęła się opróżnianiem wozów ze wszystkiego prócz wody i żywności.
— Nie próbuj nas powstrzymać — ostrzegł Sulwin.
Adan powtórnie rozluźnił zaciśniętą pięść.
— Nie jesteście Aielami — powiedział. — Zdradziliście wszystko. Kimkolwiek teraz się staliście, przestaliście być Aielami!
Dochowujemy Drogi Liścia równie wiernie jak ty, Adan.
— Idźcie! — krzyknął Adan. — Idźcie! Nie jesteście Aielami! Jesteście zatraceni! Zatraceni! Nie mam ochoty na was patrzeć! Idźcie!
Sulwin i pozostali potykali się w pośpiechu, chcąc tylko jak najszybciej znaleźć się z dala od niego.
Jego serce otuliła najczarniejsza rozpacz, kiedy przyjrzał się bliżej wozom i ciałom pomordowanych, leżącym w rzędzie. Tak wielu zginęło, tak wielu rannych jęczało, kiedy udzielano im pomocy. Sulwin oraz jego zatraceni wykazali jednak odrobinę troski przy rozładowywaniu wozów. Ludzie z mieczami rozbijali skrzynie, dopóki nie zrozumieli, że wewnątrz nie ma ani złota, ani żywności. Żywność była cenniejsza od złota. Adan wbił wzrok w kamienną futrynę drzwi, stłoczone bezładnie stosy kamiennych figurek, dziwne, kryształowe postacie, stojące pośród donic ze szczepami drzewa chora, które ludzie Sulwina również uznali za zupełnie niepotrzebne. Jakie mogło być przeznaczenie tych rzeczy? Czy to wobec nich mieli dochować swej wiary? Jeżeli tak, niech tak się stanie. Niektóre da się uratować. Nie było jak stwierdzić, co było dla Aes Sedai najważniejsze, ale niektóre z nich da się uratować.
Zobaczył Maigran i Lewina uczepionych poły sukni ich matki. Był zadowolony, że choć Saralin przeżyła, aby się nimi zająć; jego ostatni syn, jej mąż, ojciec dzieci, padł przeszyty pierwszą strzałą wystrzeloną tego ranka. Niektóre da się uratować. Uratuje Aielów, niezależnie od ceny, jaką miałby zapłacić.
Ukląkł i wziął ciało Siedre w ramiona.
— Wciąż dochowujemy wiary, Aes Sedai — szeptał cicho. — Jak długo jeszcze będziemy musieli być wierni?
Skłonił głowę na piersi swej żony i zapłakał.
Łzy spływały z oczu Randa, bezgłośnie wyszeptał:
„Siedre”.
Droga Liścia? Nie na tym polegała wiara Aielów. Nie potrafił myśleć jasno, ledwie był w stanie w ogóle zebrać myśli. Światła wirowały coraz szybciej i szybciej. Obok niego Muradin rozdziawiał usta w bezgłośnym wyciu; Aiel wytrzeszczał oczy, jakby właśnie oglądał śmierć całego świata. Razem poszli naprzód.
Jonai stał na krawędzi zbocza i patrzył na zachód ponad wodą, na powierzchni której igrały promienie słońca. W odległości stu lig w tamtą stronę leżało Comelle. Przynajmniej kiedyś leżało tam Comelle. Comelle przytulone do zboczy górujących nad morzem. Sto lig na zachód, tam gdzie teraz było już tylko morze. Gdyby Alnora żyła, być może wszystko byłoby łatwiejsze do zniesienia. Bez jej snów, ledwie wiedział, dokąd pójść, co zrobić. Bez niej ledwie potrafił się zmusić, by żyć. Czuł każdy siwy włos na swojej głowie, gdy odwrócił się i powlókł ku wozom czekającym w odległości mili. Wozów było teraz znacznie mniej, zdradzały ślady zużycia. Ludzi również ubywało, kilka tysięcy tam, gdzie powinny być dziesiątki. Wciąż zbyt wielu, by pomieścili się na wozach. Wszyscy wędrowali pieszo, oprócz dzieci, zbyt małych, by iść.