Nie musiał pukać do drzwi, których szukał. Nie były to jedne z tych wielkich inkrustowanych odrzwi do komnat zebrań, ale zwykłe, niczym nie wyróżniające się drzwiczki. Do środka wślizgnął się jednak po cichu i po chwili zrozumiał, że dobrze zrobił. Jakaś szóstka Aes Sedai stała wokół długiego stołu sprzeczając się, najwyraźniej nie zwracając najmniejszej uwagi na wstrząsy, od których drżał budynek. Wszystkie były kobietami.
Zadrżał zastanawiając się, czy kiedykolwiek mężczyźni zajmą jeszcze miejsce w tego typu zgromadzeniu. Kiedy jednak zobaczył przedmiot leżący na stole, drżenie zmieniło się w niepohamowany dygot. Kryształowy miecz — zapewne przedmiot Mocy, choć być może jedynie zdobna zabawka, nie potrafił powiedzieć — leżał na sztandarze Smoka, Lewsa Therina Telamona, który przykrywał stół niczym obrus, spływając na posadzkę. Coś zakłuło go w sercu. A cóż on tutaj robi? Dlaczego nie został zniszczony wraz z pamięcią o tym przeklętym człowieku?
— Cóż za pożytek z twojego Przepowiadania — Oselle niemalże krzyczała — jeżeli nie potrafisz nam powiedzieć „kiedy”? — Trzęsła się cała z gniewu. — Od tego zależą losy świata! Przyszłość! Samo Koło!
Ciemnooka Deindre spojrzała na nią ze swoim zwykłym spokojem.
— Nie jestem Stwórcą. Mogę wam powiedzieć tylko to, co Przepowiadam.
— Pokój, siostry. — Solinda zachowała najwięcej spokoju z nich wszystkich, jej staroświecka suknia wyglądała, jakby zrobiono ją z jednolitej, bladobłękitnej mgiełki. Rude włosy o złotawym odcieniu, spływające aż na biodra, były niemalże tego koloru co jego włosy. Jego pradziadek służył jej jeszcze jako młody człowiek, ale ona wciąż wyglądała młodziej od samego Jonai; była wszak Aes Sedai. — Czas na kłótnie w naszym gronie dawno minął. Jaraic i Haindar będą tutaj jutro.
— Co oznacza, że nie możemy pozwolić sobie na pomyłki, Solinda.
— Musimy wiedzieć...
— Czy jest jakaś szansa...?
Jonai przestał słuchać. Zwrócą na niego uwagę, kiedy będą gotowe. Prócz Aes Sedai nie był sam w pomieszczeniu. Oparty o ścianę w pobliżu drzwi siedział Someshta, wielka postać upleciona jakby z liści i pnączy, siedział, a mimo to jeszcze górował odrobinę wzrostem nad Jonai. Szczelina zeschłych brązów i węglowej czerni biegła po twarzy Nyma, wplatając się w zieloną trawę jego włosów, a kiedy spojrzał na Jonai, w jego oczach rozbłysnął smutek.
Kiedy Jonai kiwnął mu głową, rozchylił palcami szparę i zmarszczył brwi.
— Czy ja cię znam? — zapytał cicho.
— Jestem twoim przyjacielem — odrzekł ze smutkiem Jonai. Od lat już nie widział Somesthy, ale słyszał, że większość Nym wyginęła. — Kiedy byłem dzieckiem, woziłeś mnie na barana. Czy nic z tego nie pamiętasz?
— Śpiew — powiedział Somestha. — Czy w ogóle był śpiew? Tak wiele przepadło. Aes Sedai powiadają, że niektóre rzeczy powrócą. Jesteś Synem Smoka, nieprawdaż?
Jonai zamrugał. To miano mogło przysporzyć kłopotów, mimo że było prawdziwe. Jak wielu obywateli jednak wierzyło jeszcze, że Da’shain Aiel służyli kiedyś Smokowi, nie zaś pozostałym Aes Sedai?
— Jonai?
Odwrócił się na dźwięk głosu Solindy, przyklęknął na kolanie, kiedy podeszła bliżej. Pozostałe wciąż się kłóciły, choć znacznie ciszej.
— Czy wszystko jest gotowe, Jonai? — zapytała.
— Wszystko, Aes Sedai. Solinda Sedai... — Zawahał się, zrobił głęboki wdech. — Solinda Sedai, niektórzy z nas chcą zostać. Możemy wciąż wam służyć.
— Czy wiesz, co stało się z Aielami w Tzora? — Pokiwał głową, a wtedy ona westchnęła i rozczesała mu dłonią włosy, jak czyniła to, kiedy był dzieckiem. — Oczywiście, że wiesz. Wy, Da’shain, macie więcej odwagi niż... Dziesięć tysięcy Aielów splotło dłonie i śpiewało, starając się przypomnieć szaleńcowi, kim byli kiedyś i kim był on, starając się zawrócić go swymi ciałami i swoją pieśnią. Jaric Mondoran pozabijał ich. Stał tam, wpatrując się w nich jak w układankę, zabijał ich, a oni tylko zwierali szyki nad pomordowanymi i śpiewali. Powiedziano mi, że ostatniego Aiela słuchał niemal przez godzinę, zanim go spalił. A potem samo Tzora stanęło w płomieniach, będących jednym wielkim ogniem, który pochłonął kamień, metal i ciało. W miejscu, gdzie stało niegdyś drugie co do wielkości miasto świata, jest teraz szklana pustynia.
— Wielu ludzi miało możliwość ucieczki, Aes Sedai. Da’shain dali im czas, by mogli się uratować. My się nie boimy.
Jej dłoń wpiła się boleśnie w jego włosy.
— Obywatele już opuścili Paaren Disen, Jonai. Oprócz tego Da’shain wciąż mają swoją rolę do odegrania, gdyby tylko Deindre mogła widzieć wystarczająco daleko, aby dowiedzieć się, na czym ta rola polega. W każdym razie coś mam zamiar stąd uratować, a tym czymś jesteś ty.
— Jak powiadasz — powiedział niechętnie. — Zajmiemy się tym, co oddasz pod naszą opiekę, dopóki nie zechcecie tego na powrót odebrać.
— Oczywiście. Rzeczy, które wam damy. — Uśmiechnęła się do niego i zwolniła swój uchwyt, wygładzając mu włosy jeszcze raz, zanim splotła dłonie. — Zawieziecie te... rzeczy... w bezpieczne miejsce, Jonai. Nie zatrzymujcie się nigdzie, bądźcie cały czas w ruchu, dopóki nie znajdziecie bezpiecznego miejsca, gdzie nikt nie będzie mógł was skrzywdzić.
— Jak rozkażesz, Aes Sedai.
— A co z Couminem, Jonai? Czy już się uspokoił?
Nie potrafił nic wymyślić, musiał powiedzieć jej prawdę, chociaż raczej wolałby odgryźć sobie język.
— Mój ojciec ukrywa się gdzieś w mieście. Starał się namówić nas do... oporu. Nie posłucha nas, Aes Sedai. Nie posłucha. Znalazł gdzieś starą lancę udarową i... — Nie potrafił mówić dalej. Spodziewał się, że będzie zła, ale jej oczy lśniły od łez.
— Dotrzymuj Przymierza, Jonai. Choćby Da’shain stracili wszystko, dopilnuj, by zachowali Drogę Liścia. Obiecaj mi.
— Oczywiście, Aes Sedai — powiedział, głęboko wstrząśnięty. Przymierze było tożsame z Aielami, a Aielowie byli Przymierzem; porzucić Drogę Liścia znaczyło wyprzeć się tego, czym byli. Coumin był odmieńcem. Już od dzieciństwa był dziwny, jak powiadano, nie chciał być uważany za Aiela, choć nikt nie wiedział dlaczego.
— Idź już, Jonai. Chcę, byś do jutra znalazł się daleko od Paaren Disen. I pamiętaj, cały czas w ruchu. Dbaj o bezpieczeństwo Aielów.
Przykląkł na kolano i skłonił głowę, ale ona już zdążyła odejść, wracając do przerwanej dyskusji.
— Czy możemy zaufać Kodamowi i jego towarzyszom, Solinda?
— Musimy, Oselle. Są młodzi i niedoświadczeni, ale skaza ledwie ich dotknęła i... I nie mamy innego wyboru.
— A więc zrobimy to, co konieczne. Miecz musi poczekać. Someshta, mamy zadanie dla ostatniego z Nym, jeżeli zechcesz się go podjąć. Prosiliśmy was już o nazbyt wiele, teraz musimy prosić o jeszcze.
Kiedy Nym podniósł się, zamiatając włosami sufit, Jonai, kłaniając się oficjalnie, ruszył do wyjścia. Pochłonięte już bez reszty kolejnymi planami, nie zwróciły nań najmniejszej uwagi, ale nie uważał, by poniósł przez to uszczerbek na honorze. Nie sądził, by jeszcze kiedykolwiek miał je zobaczyć ponownie.
Wybiegł z Komnaty Sług i biegł całą drogę przez miasto aż do miejsca, gdzie czekało wielkie zgromadzenie. Tysiące wozów, ustawionych w dziesięciu kolumnach, rozciągało się na przestrzeni niemalże dwu lig; wozy załadowane żywnością i beczułkami z wodą, wozy załadowane zapakowanymi w skrzynie rzeczami, które Aes Sedai oddały pod opiekę Aielom, angreale, sa’angreale oraz ter’angreale, wszystkie rzeczy, które należało trzymać poza zasięgiem mężczyzn, którzy popadali w szaleństwo, gdy przenosili Jedyną Moc. Kiedyś znalazłyby się inne sposoby na przetransportowanie ich, jo-karty i skoczki, koptery i wielkie megaloty. Teraz z trudem zebrane konie i wozy będą musiały wystarczyć. Pomiędzy wozami stali ludzie, tak wielu, że mogliby zasiedlić całe miasto, przypuszczalnie wszyscy Aielowie, którzy pozostali przy życiu na całym świecie.