Выбрать главу

— Niezły żart, jak widzisz. Jeżeli będę miał kiedykolwiek szansę, potnę ich na kawałki za pomocą tego dowcipu. Już ja im dam „myśl i pamięć”. — Zamrugał, przeczesując palcami włosy. — Światłości, ależ boli mnie głowa. Tak mi się w niej kręci, jakby tam wirowały tysiące fragmentów snów, a każdy z nich kłuł niczym igła. Czy myślisz, że Moiraine będzie chciała coś z tym zrobić, jeśli poproszę?

— Na pewno się zgodzi — odpowiedział powoli Rand. Mat musiał nieźle oberwać, jeśli myślał o pomocy Aes Sedai. Ponownie spojrzał na drzewce czarnej włóczni. Większość napisu zakrywała dłoń Mata, ale część była widoczna. Cokolwiek było tam napisane, nie potrafił tego odczytać. W jaki sposób udało się Matowi? Puste okna Rhuidean spoglądały na niego szyderczo. Wciąż skrywamy wiele sekretów, zdawały się mówić. Gorszych znacznie niż te, które znasz.

— Wracajmy już, Mat. Nie mam pojęcia, co się może zdarzyć, jeżeli będziemy zmuszeni wędrować o zmroku przez dolinę. A nie chcę zostawać tu ani chwili dłużej.

— Ten pomysł mi się podoba — zgodził się Mat kaszląc. — Pod warunkiem że zatrzymamy się przy fontannie, żeby się napić.

Rand dostosował swój krok do tempa marszu Mata; tamten z początku szedł powoli, kuśtykał właściwie, podpierając się przy każdym kroku włócznią niczym kosturem. Zatrzymał się raz, by spojrzeć na dwie figurki, przedstawiające postacie mężczyzny i kobiety, z kryształową kulą w dłoniach, ale zostawił je na miejscu. Jeszcze nie. Jeszcze długo nie, o ile będzie miał szczęście.

Kiedy zostawili za sobą plac, wyszli na ulicę, wzdłuż której wznosiły się nie dokończone pałace; ich wygląd przerażał, poszarpane dachy górowały na nimi niczym mury potężnej fortecy. Ran objął saidina, chociaż nie dostrzegł nigdzie bezpośredniego zagrożenia. Czuł jednak przez skórę, jakby mordercze oczy wwiercały się w jego plecy. Rhuidean rozciągało się wokół spokojne i puste, pozbawione cieni w padającej zewsząd błękitnej poświacie swego mgielnego dachu. Pył na ulicach marszczyły podmuchy lekkiego wiatru... Wiatr? Nie było żadnego wiatru.

— Och, niech sczeznę — wymamrotał Mat. — Wydaje mi się, że wpakowaliśmy się w kłopoty, Rand. Gdy przebywam blisko ciebie, to zawsze wciągasz mnie w kłopoty.

Zmarszczki pyłu zaczęły biec szybciej, nakładały się na siebie, tworząc większe bruzdy, wciąż drżały.

— Czy możemy iść szybciej? — zapytał Rand.

— Iść? Krew i krwawe popioły, mogę już biec. — Przyłożywszy ukośnie włócznię do piersi, Mat, zgodnie z tym co powiedział wcześniej, ruszył niezgrabnym galopem.

Biegnąc obok niego, Rand przywołał z powrotem swój miecz, niepewny, czy w ogóle na coś się przyda przeciwko drżącym liniom pyłu, niepewny, czy w ogóle jest to konieczne. To tylko kurz.

„Nie, nie jest to żaden przeklęty kurz. To jedna z tych baniek. Zło Czarnego, dryfujące po Wzorze, w poszukiwaniu Przeklętych ta’veren. Wiem, że to jest to”.

Wszędzie wokół nich pył drżał i marszczył się, stając coraz grubszy, jego fałdy zbiegały się ze sobą. Znienacka, dokładnie naprzeciwko nich, jakiś kształt wyłonił się z basenu wyschniętej fontanny, materialna postać przypominająca ludzką, ciemna, o twarzy pozbawionej rysów, z palcami niczym ostre szpony. W absolutnym milczeniu skoczyła w ich stronę.

Ran poruszał się instynktownie — Księżyc Wschodzący Ponad Wodą — i wykute z Mocy ostrze przecięło ciemną postać. W mgnieniu oka zmieniła się w sporą chmurę pyłu, która opadła na bruk.

W jej miejsce jednakże pojawiły się zaraz kolejne ciemne zjawy bez twarzy i ruszyły na nich ze wszystkich stron naraz, żadna nie była podobna do drugiej, choć wszystkie wyciągały te same szpony. Rand tańczył między nimi formy, klinga jego miecza kreśliła w powietrzu zawiłe wzory — tam, gdzie przeszła, zostawały obłoki kurzu. Mat operował swą włócznią jak pałką, uderzał wirowymi ruchami, czasem jednak korzystając z ostrza, tak sprawnie, jakby posługiwał się nim przez całe życie. Stwory ginęły — albo przynamniej na powrót zmieniały się w pył — było ich jednak tak wiele, ponadto poruszały się niezwykle szybko. Krew spływała po twarzy Randa, a stara rana w boku paliła grożąc, iż otworzy się ponownie. Czerwone krople spryskiwały również oblicze Mata, spływając na pierś. Zbyt wiele i nazbyt szybkie.

„Nie wykorzystujesz nawet w dziesiątej części tego, co już potrafisz”.

Tak powiedziała mu Lanfear. Zaśmiał się, nie ustając w tańcu form. Nauczył się więc czegoś od jednej z Przeklętych. Nie miał nic przeciwko temu, nawet jeśli niekoniecznie takie były jej intencje. Tak, potrafił. Zaczerpnął ze Źródła, splótł pasma Mocy i wysłał powietrzny wir do wnętrza każdej ze zjaw. Eksplodowały naraz kłębami kurzu, od którego schwycił go kaszel. Jak daleko okiem sięgnąć, powietrze przesycał kurz.

Kaszląc i ciężko dysząc, Mat stał wsparty na swej czarnej włóczni.

— Czy to twoje dzieło? — wyskrzeczał, ocierając krew zalewającą mu oczy. — Rychło w czas. Jeżeli wiedziałeś, jak to zrobić, dlaczego, do cholery, nie zrobiłeś tego od razu?

Rand roześmiał się ponownie...

„Ponieważ o tym nie pomyślałem. Ponieważ nie wiedziałem jak, dopóki tego nie zrobiłem”.

...ale śmiech zamarł mu w gardle. Pył powoli osiadał na ziemi, ale w momencie gdy dotykał bruku, zaczynał się znowu marszczyć i poruszać.

— Uciekamy — powiedział. — Musimy się stąd wydostać. Uciekajmy!

Ramię w ramię wbiegli w mgłę, po drodze uderzając we wszystkie bruzdy pyłu, które osiągały niebezpieczną grubość, kopali je, uderzali, byle tylko powstrzymać fuzję. Rand na wszystkie strony rozsyłał powietrzne wiry. Rozproszony kurz jednakże natychmiast zaczynał znowu gromadzić się, teraz już szybciej, jeszcze zanim opadł na ziemię. Nie przerywali biegu, pokonali mgłę, wypadli na przestrzeń zalaną mglistym światłem rzucającym ostre cienie.

Z obolałym bokiem Rand odwrócił się, gotów cisnąć błyskawicą, ogniem, czymkolwiek. Z mgły jednak nic nie wyszło za nimi. Być może stanowiła ona nieprzekraczalny mur dla tych ciemnych postaci. Może należały do niej, jak do swego naturalnego środowiska. Może... Nie wiedział. I tak naprawdę wcale o to nie dbał, dopóki nie szły za nimi.

— Niech skonam — wymamrotał ochryple Mat — spędziliśmy w tym miejscu całą noc. Już prawie świta. Nie sądziłem, że trwało to tak długo.

Rand spojrzał w niebo. Słońce nie zdążyło się wspiąć jeszcze ponad górskie szczyty; jasna, do bólu nieomal, aureola kreśliła linię poszarpanych wierzchołków. Długie cienie kładły się na dnie doliny.

„Wyjdzie z Rhuidean o świcie i zwiąże was więzią, której nie będziecie w stanie rozerwać. Zabierze was z powrotem i zniszczy was”.

— Wracajmy w góry — powiedział cicho. — Będą na nas czekać.

„Na mnie”.

27

W Drogach

Ciemność zalegająca w Drogach dławiła światło latarni Perrina; wokół tyczki, na której ją powiesił, rozlewała się niewielka plama jasności o ostrych brzegach — pośrodku niej stali on i Gaul. Skrzypienie siodła, zgrzytliwy szczęk kopyt na kamieniu, zdawały się nie sięgać dalej w mrok niż słabe światło. W powietrzu nie było żadnych zapachów, kompletnie nic. Aiel bez trudu dotrzymywał kroku Stepperowi, nie spuszczając z oka niewyraźnie majaczącej poświaty latarni należącej do grupy Loiala. Perrin nawet w myślach nie potrafił nazywać jej grupą Faile. Nastrój panujący w Drogach zdawał się nie wywierać na Gaulu najmniejszego wrażenia, niezależnie od reputacji, jaką się cieszyły. Perrin jednak nie potrafił się powstrzymać od nerwowego nasłuchiwania, i dwa dni — lub to, co można by liczyć jako dni w tym pozbawionym światła miejscu — niczego nie zmieniły w jego zachowaniu. To jego uszy jako pierwsze zapewne pochwycą odgłos, który będzie zapowiedzią ich rychłej śmierci lub gorszego od niej losu — odgłos wiatru zrywającego się tam, gdzie żaden wiatr nie ma prawa wiać. I rzeczywiście, nie będzie to żaden wiatr, lecz Machin Shin, Czarny Wiatr, który pożera dusze. Nie potrafił pozbyć się myśli, że podróżowanie po Drogach było przejawem bezrozumnej kompletnie głupoty, ale kiedy nagliła potrzeba, pojęcie głupoty również ulegało zmianie.