— Czego chcesz? — zapytał ostrożnie.
Uniosła oczy, jakby zaskoczona jego widokiem, z namysłem przekrzywiła głowę, potem zaś uśmiechnęła się tak, jakby wszystko to robiła nieświadomie.
— Och, chciałam się przekonać, czy nauczyłeś się przychodzić, gdy cię wołają.
Jej uśmiech pogłębił się, a to dlatego, że usłyszała, jak zgrzyta zębami. Potarł nos; powietrze tutaj zachowało lekką skazę jakiegoś paskudnego zapachu.
Gaul zachichotał cicho.
— Równie dobrze mógłbyś próbować zrozumieć słońce, Perrin. Po prostu jest, i nic w nim do rozumienia. Nie potrafisz żyć bez niego, ale ono zawsze wyrówna z tobą rachunki. Podobnie jest z kobietami.
Bain pochyliła się, aby wyszeptać coś do ucha Chain, i obie wybuchnęły śmiechem. Ze sposobu, w jaki spoglądały na niego i Gaula, Perrin osądził, że raczej wolałby nie wiedzieć, co je tak rozśmieszyło.
— To zupełnie nie tak — zagrzmiał Loial, jego uszy poruszyły się niespokojnie. Rzucił Faile oskarżycielskie spojrzenie, które jednak w najmniejszym stopniu nie zbiło jej z tropu. Uśmiechnęła się doń szeroko i wróciła do swoich rękawiczek, ponownie naciągając je na każdy palec.
— Przykro mi, Perrin. Nalegała na to, żeby to właśnie ona ciebie zawołała. To dlatego. Dojechaliśmy. — Wskazał na podstawę Drogowskazu, gdzie upstrzona wyżłobieniami szeroka biała linia biegła, kierując się nie ku mostowi czy kolejnej rampie, lecz w ciemność.
— Brama w Manetheren, Perrin.
Perrin pokiwał głową, ale nic nie powiedział. Nie chciał zasugerować, by jechali po tej linii, by Faile nie mogła tego po raz kolejny wykorzystać dla uzyskania przewagi. Machinalnie znowu potarł nos; ten niemalże niewyczuwalny, daleki zapach paskudztwa był denerwujący. Nie zamierzał już więcej się odzywać, nawet po to, by sformułować najbardziej choćby rozsądną propozycję. Jeżeli chciała jechać na czele, pozwoli jej na to. Siedziała tylko w siodle, zabawiała się bezmyślnie rękawiczkami, najwyraźniej czekając, aż on pierwszy coś powie, aby mogła mu jakoś błyskotliwie dociąć. Lubiła być błyskotliwa, on, przeciwnie, zazwyczaj mówił, co myśli. Zdenerwował się wreszcie, zawrócił Steppera, zamierzając jechać choćby i bez niej czy Loiala. Linia prowadziła do Bramy, sam był w stanie znaleźć otwierający ją liść Avendesory.
Nagle posłyszał odległy, stłumiony odgłos kopyt w ciemnościach, a wrażenie wstrętnego zapachu odnalazło drogę do jego pamięci.
— Trolloki! — wrzasnął.
Gaul odwrócił się lekko, wbijając włócznię w osłoniętą czarną kolczugą pierś wilczopyskiego trolloka, który skoczył na niego z ciemności, wznosząc miecz o klindze przypominającej ostrze kosy. Chwilę później Aiel uwolnił włócznię i dał niewielki krok na bok pozwalając, by wielka postać swobodnie runęła na ziemię. Za nią jednak pojawiły się kolejne, krąg światła ujawnił koźle pyski, kły dzików, okrutne dzioby i poskręcane rogi, w dłoniach stworów zalśniły wygięte miecze, ostrza i kolce toporów, hakowate włócznie. Konie zaczęły wierzgać i rżeć.
Trzymając wysoko tyczkę z latarnią — na myśl o konieczności walki w ciemnościach, zimny pot wystąpił mu na czoło — Perrin sięgnął po broń i ciął w oblicze zniekształcone ostrozębym pyskiem. Zdumiony zdał sobie sprawę, że trzyma w dłoni młot, który choć nie wyposażony w ostrze jak topór, to ze swą wagą dziesięciu funtów był równie groźną bronią; uderzenie potężnego obucha, wzmocnione siłą kowalskiego ramienia, odrzuciło trolloka do tyłu — zatoczył się, wrzeszcząc i ściskając pazurami zmiażdżoną twarz.
Loial uderzył tyczką latarni w łeb o koźlich rogach i jego latarnia pękła; zalany płonącą oliwą, trollok pomknął z wyciem w ciemność. Ogir sięgnął za nim tyczką, jego wielkie dłonie wykonały szybki, nieznaczny zamach, kiedy jednak cios doszedł celu, rozległo się ostre chrupnięcie pękających kości. Jeden z noży Faile rozkwitł krwią w aż nazbyt ludzkim oku ponad pyskiem, z którego sterczały kły odyńca. Aielowie przedstawiali w tańcu włócznie, w jakiś sposób znaleźli czas, by naciągnąć zasłony na twarze. Perrin uderzał, uderzał, uderzał. Wir śmierci, który trwał... Minutę? Pięć? Zdawało się, że minęła godzina. Nagle jednak okazało się, że wszystkie trolloki leżą na ziemi, martwe lub wierzgające w przedśmiertnej agonii.
Perrin łapał powietrze urywanym oddechem; prawe ramię zdrętwiało tak, iż wydawało mu się, że ciężar młota może je oderwać. Twarz go paliła, czuł wilgoć spływającą po boku, po nodze, gdzie stal trolloka dosięgnęła ciała. Ubiór każdego z Aielów znaczyła przynajmniej jedna ciemniejsza plama na brązowoszarej materii, a po udzie Loiala również spływała krwawa strużka. Oczy Perrina przemknęły po całej gromadzie, szukając Faile. Jeżeli coś jej się stało... Siedziała na grzbiecie swej karej klaczy, z nożem w dłoni przygotowanym do rzutu. Udało jej się nawet ściągnąć rękawiczki i schludnie zatknąć za pasek. Nie widział, żeby odniosła jakąś ranę. W mieszających się zapachach krwi — ludzkiej, ogira, trolloków — nie potrafiłby rozpoznać, że krwawi, ale znał jej normalny zapach i nie wyczuwał w nim bolesnej woni rany. Jaskrawe światło poraziło wzrok trolloków, ich oczy nie przystosowały się doń dość szybko. Całkiem niewykluczone, iż to gwałtowne wtargnięcie w oświetlony obszar stanowiło jedną z głównych przyczyn, dla których jeszcze wszyscy żyli, natomiast martwe ciała tamtych leżały u ich stóp.
To było wszystko, co zostało im ofiarowane, chwila spokoju, moment na złapanie oddechu, wystarczająco długi, by rozejrzeć się dookoła. Z rykiem przypominającym grzechot setek funtów kości w wielkiej maszynce do mielenia mięsa, w krąg światła wskoczył Pomor, w jego bezokim spojrzeniu była śmierć, czarny miecz zamigotał niczym błyskawica. Konie zakwiczały, rwąc się do ucieczki.
Gaulowi ledwie udało się odeprzeć cios miecza swoją małą tarczą, ostrze odcięło jej fragment, jakby warstwy sprasowanej byczej skóry nie były niczym mocniejszym niż papier. Aiel zachwiał się, uchylił przed następnym ciosem — ledwie — i zachwiał ponownie. Dwie strzały utkwiły w piersi Myrddraala. Bain i Chiad zatknęły swoje włócznie za uprząż, mocującą futerał łuku na plecach, i teraz strzelały ze swych wygiętych rogowych łuków. Kolejne strzały wbiły się w pierś Półczłowieka. Gaul zadawał ciosy i kłuł włócznią. Jeden z noży Faile wbił się nagle w tę gładką, białą jak u robaka twarz. Pomor jednak nie upadł, jakby nic nie mogło mu przeszkodzić w realizacji opętańczego zamiaru pozabijania ich wszystkich. Tylko najbardziej szaleńcze uniki Gaula ratowały go przed śmiercią.
Zęby Perrina obnażył nieświadomy grymas. Nienawidził trolloków jako wroga swej rasy, ale Niezrodzony...? Warto było umrzeć, by tylko zabić Niezrodzonego.
„Zatopić swoje zęby w jego gardle...!”
Nie dbając o to, że może stanąć na drodze strzał Bain i Chiad, podprowadził Steppera bliżej do grzbietu Niezrodzonego, przemocą niemalże popychając kasztana naprzód, i kolanami, i wędzidłem. W ostatniej chwili stwór odwrócił się od Gaula, najwyraźniej zupełnie nie dbając o ostrze włóczni, sterczące mu z pleców, i spojrzał na Perrina tym bezokim spojrzeniem, które napełniało strachem każde ludzkie serce. Za późno. Młot Perrina opadł, roztrzaskując tę głowę razem z jej spojrzeniem.