— Takie, jak ten człowiek, którego ścigałem? Oprawca?
— To jest dobre imię dla niego. Twój Oprawca nie jest stary, łuczniku, ale jego zło sięga najdawniejszych czasów. — Zdało mu się, jakby leciutko wspierała się na czymś, być może na tej srebrnej rzeczy, której nie potrafił dokładnie dostrzec. — Zdaje mi się, że już dużo ci powiedziałam. Nie rozumiem, dlaczego to ja właśnie zaczęłam mówić pierwsza. Oczywiście. Jesteś ta’veren, łuczniku?
— Kim ty jesteś? — Zdawała się wiedzieć niezwykle dużo na temat tej wieży i wilczych snów.
„Ale była zaskoczona, kiedy jej powiedziałem, że potrafię rozmawiać ze Skoczkiem”.
— Wydaje mi się, że gdzieś już musiałem cię spotkać.
— Złamałam już zbyt wiele zakazów, łuczniku.
— Zakazów? Jakich zakazów? — Na ziemię obok Skoczka padł cień, a Perrin odwrócił się szybko, zły, że ponownie dał się zaskoczyć. Nikogo tam jednak nie było. Ale on przecież widział na własne oczy — cień mężczyzny z rękojeściami dwu mieczy wystającymi znad ramion. Coś w tym obrazie poruszyło zapomnianą strunę jego pamięci.
— On ma rację — powiedziała stojąca za nim kobieta. — Nie powinnam z tobą rozmawiać.
Kiedy się odwrócił, jej również już nie było. Jak tylko okiem sięgnąć otaczała go jedynie równina traw, na której co jakiś czas rosły rzadkie zagajniki. Błyszcząca, srebrzysta wieża trwała niewzruszona.
Zmarszczył brwi i spojrzał na Skoczka, który wreszcie uniósł łeb.
— To cud, że nie opadły cię wiewiórki ziemne — wymruczał Perrin. — Co o niej sądzisz?
„O niej? Ona? — Skoczek wstał i rozejrzał się dookoła. — Gdzie?”
— Rozmawiałem z nią. Tutaj. Przed momentem.
„Rzucałeś słowa na wiatr, Młody Byku. Nie ma tu żadnej onej. Tylko ty i ja”.
Perrin zirytowany podrapał brodę. Była tutaj. Nie rozmawiał przecież z samym sobą.
— Dziwne rzeczy mogą się tutaj dziać — wymruczał pod nosem. — Ona mówiła to sarno co ty, Skoczek. Kazała mi się trzymać z daleka od tej wieży.
„Jest mądra”.
W myśli pojawił się element powątpiewania. Skoczek wciąż nie wierzył, że była tu jakaś „ona”.
— Strasznie daleko odszedłem od swego pierwotnego celu — zrzędził Perrin. Wyjaśnił, jaka potrzeba kierowała jego poszukiwaniami wilków w Dwu Rzekach albo wyżej w górach, poinformował Skoczka o krukach i o spotkaniu z trollokami w Drogach.
Kiedy skończył, Skoczek przez dłuższy czas nic nie mówił, jego kosmaty ogon zwisał nisko i sztywno. Na koniec wreszcie...
„Unikaj swego dawnego domu, Młody Byku. — Obraz, który umysł Perrin określił jako dom, przedstawiał w istocie teren oznakowany przez wilcze stado. — Tutaj nie ma już żadnych wilków. Te, które były, a którym nie udało się uciec, nie żyją. Tutaj Oprawca nawiedza sny”.
— Muszę wrócić do domu, Skoczek. Muszę.
„Uważaj na siebie, Młody Byku. Dzień Ostatniego Polowania zbliża się coraz szybciej. Pobiegniemy razem w Ostatnim Polowaniu”.
— Pobiegniemy — powiedział ze smutkiem Perrin. Pięknie było wyobrazić sobie, że po śmierci mógłby dalej tutaj żyć; czasami zdawało mu się, że jest już na poły wilkiem. — Muszę już iść, Skoczek.
„Obyś zażył dobrego polowania, Młody Byku, i poznał tę, która urodzi ci wiele szczeniaków”.
— Do widzenia, Skoczek.
Otworzył oczy i zobaczył odblask mętnego światła, rzucanego przez żar wygasającego ogniska na skalną ścianę. Gaul przycupnął na skraju ciemnej poświaty i wpatrywał się w mrok. W drugim obozowisku właśnie wstawała Faile, obejmując swoją wartę. Księżyc wisiał nad górami, w jego świetle chmury wyglądały niczym perłowe cienie. Perrin ocenił, że musiał spać nie dłużej niż jakieś dwie godziny.
— Teraz ja trochę będę czuwał — powiedział, odrzucając płaszcz.
Gaul pokiwał głową i położył się na ziemi, dokładnie tam, gdzie przedtem kucał.
— Gaul? — Aiel uniósł głowę. — W Dwu Rzekach może być gorzej, niż przypuszczałem.
— Zazwyczaj tak bywa — odrzekł cicho Gaul. — Na tym polega życie.
Aiel spokojnie skłonił głowę i ułożył się do snu.
Oprawca. Kim był? Czym był? Pomiot Cienia przy Bramie, kruki w Górach Mgły oraz ten człowiek, zwany Oprawcą, w Dwu Rzekach. To nie mógł być zbieg okoliczności, niezależnie od tego, czego by się chciało.
29
Powrót do domu
Podróż do Zachodniego Lasu w wilczym śnie nie zabrała mu więcej jak kilka kroków czy coś koło tego, w świecie realnym natomiast, w którym musieli wydostać się z gór i pokonać Piaszczyste Wzgórza, trwała trzy długie dni konnej jazdy. Aielowie nie mieli najmniejszych problemów z dotrzymaniem kroku zwierzętom, ale same wierzchowce nie potrafiły poruszać się szybko po drodze, która na przemian wiodła to w dół, to pod górę. Rany Perrina swędziały dokuczliwie gojąc się — maść Faile najwyraźniej działała.
Przez większość czasu jechali w milczeniu, otaczającą ich ciszę częściej przerywało szczeknięcie polującego lisa czy niesiony echem krzyk jastrzębia niż czyjeś słowa. Przynajmniej nie widzieli już więcej kruków. Niejednokrotnie zdawało mu się, że Faile za chwilę podjedzie do niego na swej klaczy, chcąc coś powiedzieć, ale za każdym razem najwyraźniej coś ją powstrzymywało. Był z tego zadowolony; najbardziej ze wszystkiego pragnął z nią porozmawiać, ale co będzie, jeśli znowu skończy się na kłótni? Skarcił się w myśli za takie zachcianki. Oszukała Loiala, oszukała jego. Przez nią wszystko będzie gorzej, wszystko znacznie trudniejsze. Żałował, że nie może jej znowu pocałować. Żałował, że nie potrafi postanowić, iż ma już tego dość, i odjechać. Dlaczego musiała być taka uparta?
Ona i dwie kobiety Aiel trzymały się razem, Bain i Chiad biegły po obu bokach Jaskółki, żadna z nich nie wysforowywała się naprzód. Czasami wszystkie trzy szeptały coś cicho do siebie, po czym tak demonstracyjnie unikały patrzenia w jego stronę, że równie dobrze mogłyby rzucać weń kamieniami. Na prośbę Perrina Loial jechał razem z nimi, chociaż sytuacja najwyraźniej nie przestawała wytrącać go z równowagi. Strzygł bezustannie uszami, w jego postawie było coś, co mówiło, że wolałby raczej nigdy nawet nie słyszeć o istnieniu ludzi. Gaulowi natomiast wszystko wydawało się raczej zdecydowanie zabawne, kiedy Perrin spoglądał w jego stronę, widział wciąż na twarzy tamtego lekki, tajemniczy uśmiech.
Sam z kolei nie przestawał się zamartwiać, a naciągnięty łuk trzymał wsparty o łęk siodła. Czy ten człowiek, zwany przez Skoczka Oprawcą, grasował po Dwu Rzekach tylko w wilczym śnie, czy również przebywał tam na jawie? Perrin podejrzewał, że raczej prawdziwa jest ta druga możliwość i że to właśnie Oprawca zastrzelił wówczas jastrzębia bez żadnej przyczyny. To był kolejny kłopot, z którym musiał sobie poradzić, nie licząc Synów Światłości.
Jego rodzina mieszkała na sporej farmie, położonej o ponad pół dnia drogi od Pola Emonda, niemalże w samym Wodnym Lesie. Ojciec, matka, siostry i maleńki braciszek. Paetram będzie miał już teraz dziewięć lat i bez wątpienia zdecydowanie zaprotestuje przeciwko nazywaniu go małym braciszkiem, Deselle będzie pulchną dwunastolatką, Adora zaś skończy już lat szesnaście i być może otrzyma pozwolenie na zaplecenie włosów. Wuj Eward, brat ojca oraz ciocia Magde, zbudowana prawie tak potężnie, jak jej mąż, a także ich dzieci. Ciocia Neain, która każdego ranka chodziła na grób wujka Carlina, i również ich dzieci, a także ciocia-babcia Ealsin, która nigdy nie wyszła za mąż, z ostrym nosem i bystrymi oczyma, które zawsze wypatrzyły, co każde z nich zamierzało zrobić. Kiedy został uczniem pana Luhhana, widywał ich jedynie w dni świąteczne, odległość była zbyt duża na przypadkowe odwiedziny, a zawsze tyle miał pracy do wykonania. Jeżeli Białe Płaszcze zajmą się polowaniem na Aybarów, nie będzie trudno ich znaleźć. Za to był odpowiedzialny, nie zaś za jakiegoś Oprawcę. Mógł zrobić tylko tyle. Chronić swoją rodzinę oraz Faile. To przede wszystkim. W następnej kolejności wioska, potem wilki, dopiero na końcu ten Oprawca. Jeden człowiek nie poradzi sobie ze wszystkim.