Zachodni Las rósł na kamienistej glebie, w której od czasu do czasu pojawiały się porośnięte jeżynami skalne odkrywki, drzewa były potężne, rosły gęsto, tylko czasami gąszcz przecinały nieliczne ścieżki, nieliczne były też farmy w tej okolicy. Jako chłopiec przemierzał często nieprzebytą knieję, sam albo w towarzystwie Randa i Mata, polując z łukiem lub procą, zastawiając sidła na króliki, lub najzwyczajniej wędrował tylko, bez celu, dla samej wędrówki. Wiewiórki o puszystych kitach skakały z drzewa na drzewo, cętkowane drozdy szczebiotały przedrzeźniane przez czarnoskrzydłe przedrzeźniacze, niebieskogrzbieta przepiórka wyprysnęła z krzaków tuż przed podróżnymi — to wszystko mówiło mu o domu. Sam zapach ziemi, przewracanej końskimi kopytami, już był swojski.
Mógł skierować się prosto do Pola Emonda, ale zamiast tak uczynić, skręcił bardziej na północ, przez las, aby na koniec, w momencie gdy słońce chyliło się już ku wierzchołkom drzew, przeciąć szeroki, nierówny trakt zwany Drogą Kamieniołomu. Skąd ta nazwa, nikt w Dwu Rzekach nie wiedział, trakt zresztą ledwie przypominał drogę, po prostu porośnięta zielskiem przecinka wśród drzew, z bliska dopiero ujawniająca głębokie koleiny, jakie zostawiły na niej całe generacje wozów i wózków. Gdzieniegdzie fragmenty dawnego bruku wystawały na powierzchnię. Być może droga prowadziła do kamieniołomu, z którego brano kamień do budowy Manetheren.
Farma, do której zmieszał Perrin, leżała niedaleko drogi, schowana za rzędami jabłoni i grusz, na których właśnie dojrzewały owoce. Poczuł zapach dobiegający z farmy, zanim jeszcze ją zobaczył. Zapach spalonego drzewa; zastarzały zapach, który jednak nawet po roku wciąż jeszcze dawałby się wyczuć.
Zatrzymał konia na skraju drzew i przez chwilę patrzył tylko, zanim wjechał na teren tego, co niegdyś stanowiło farmę al’Thorów; juczne konie szły w ślad za jego kasztanem. Z farmy została jedynie otoczona kamiennym murem zagroda dla owiec, brama była otwarta i wisiała na jednym zawiasie. Pociemniały od sadzy komin rzucał skośny cień na stos poplątanych, zwęglonych belek farmy. Ze stodoły i pomieszczenia, w którym dojrzewał tytoń, zostały jedynie popioły. Na polu tytoniowym i w warzywniku rosło zielsko, a ogród najwyraźniej ktoś stratował; większość roślin prócz zęboliści i pióropuszników była połamana i uschła.
Nawet nie pomyślał o nałożeniu strzały na cięciwę. Pogorcelisko było stare, spalone drzewo wygładzone i poczerniałe przez wiele już deszczów. Dławnik potrzebował co najmniej miesiąca, aby wyrosnąć tak wysoko. Obrósł nawet pług i bronę, leżące na skraju pola; rdza przebijała spod bladych, wąskich liści.
Aielowie przeszukiwali uważnie farmę, z włóczniami w pogotowiu, dokładnie badali teren, rozgrzebując popioły. Bain wyszła z ruin domu, spojrzała na Perrina i potrząsnęła przecząco głową. Przynajmniej Tam al’Thor nie zginął tutaj.
„Oni wiedzą. Wiedzą, Rand. Powinieneś przyjechać ze mną”.
Powstrzymanie się przed pchnięciem Steppera w galop, który trwałby przez całą drogę na farmę jego rodziny, niemal przekraczało jego siły. Ostatecznie wszak było to i tak niemożliwe, nawet Stepper zajeździłby się na śmierć, zmuszony biec tak daleko. Być może tutaj miał do czynienia z dziełem trolloków. Jeżeli tak, to wówczas niewykluczone, że jego rodzina wciąż uprawiała swoją farmę, nadal bezpieczna. Wciągnął głęboko powietrze w nozdrza, ale zapach spalonego drzewa tłumił wszelkie inne wonie.
Gaul zatrzymał się obok niego.
— Ktokolwiek to zrobił, dawno temu już odszedł. Zabili kilka owiec i rozpędzili resztę. Później ktoś przyszedł, aby pozbierać stado i popędził je na północ. Dwóch ludzi, jak sądzę, ale ślady są tak stare, że nie można mieć pewności.
— Czy jest jakaś wskazówka mówiąca, kto to mógł być?
Gaul potrząsnął głową. To mogły być trolloki. Dziwne było życzyć sobie takiej rzeczy. I głupie. Białe Płaszcze znały jego imię i jak się okazało, zapewne wiedziały również o Randzie.
„Wiedzą, jak się nazywam”.
Spojrzał na popioły, które zostały z farmy al’Thorów, a Stepper poruszył się niespokojnie, kiedy wodze zadrżały mu w dłoniach.
Loial zsiadł z konia na skraju sadu, ale jego głowa i tak tonęła w koronie drzewa. Faile podjechała do Perrina, z wzrokiem wbitym w jego twarz, jej klacz stąpała lekko i wdzięcznie.
— Czy to...? Czy znałeś ludzi, którzy tutaj mieszkali?
— Rand tu mieszkał, razem z ojcem.
— Och. Sądziłam, że to może być... — Nie musiała kończyć zdania, ulga i współczucie w jej głosie mówiły same za siebie. — Czy twoja rodzina mieszka w pobliżu?
— Nie — odparł oschle, a ona cofnęła się, jakby ją uderzył. Wciąż jednak patrzyła na niego, jakby na coś czekała. Co musiałby zrobić, aby ją zniechęcić? Skoro nie udało się dotąd, nic więcej nie byłby zdolny uczynić.
Cienie stawały się coraz dłuższe, słońce dotykało już wierzchołków drzew. Zawrócił Steppera, niegrzecznie odwracając się do niej plecami.
— Gaul, dzisiejszej nocy będziemy obozować w pobliżu. Chciałbym wyruszyć wczesnym rankiem. — Rzucił ukradkowe spojrzenie przez ramię, Faile jechała za Loialem, sztywno siedząc w siodle. — W Polu Emonda będą wiedzieli... — Gdzie stacjonują Białe Płaszcze tak, żeby mógł oddać się w ich ręce, zanim skrzywdzą jego rodzinę. Jeżeli dotąd się to jeszcze nie stało. Jeżeli farma, na której przyszedł na świat, nie wygląda jak widok rozpościerający się przed jego oczami. Nie. Musi zdążyć na czas, aby to wszystko przerwać.
— Oni będą wiedzieli, jak się rzeczy mają.
— Wczesnym rankiem więc — Gaul zawahał się. — Nie powinieneś jej w ten sposób traktować. Ona jest prawie Far Dareis Mai, a jeśli Panna cię kocha, nie uciekniesz przed nią, choćbyś nie wiadomo jak szybko biegł.
— Pozwól mi samemu martwić się o Faile. — W ostatniej chwili złagodził nieco ton głosu, to nie Gaula wszak chciał się pozbyć. — Tak rychło, jak się tylko da. Dopóki Faile wciąż będzie spała.
Tej nocy w obu obozowiskach pod gałęziami jabłoni panowała cisza. Kilkukrotnie wstawała jedna z kobiet Aiel i spoglądała w kierunku małego ogniska, przy którym siedzieli on i Gaul, ale pohukiwanie sowy i końskie człapanie stanowiły jedyne dźwięki, jakie rozlegały się wśród ciemności i ciszy. Perrin nie mógł spać, wciąż jeszcze pozostała godzina do świtu, księżyc w pełni wciąż wisiał na niebie, gdy wraz z Gaulem wymknęli się — Aiel zupełnie bezgłośnie w swych miękkich butach, a końskie kopyta również nie zrobiły większego hałasu. Bain, a może Chiad, obserwowała, jak odjeżdżali. Nie potrafił powiedzieć która, w każdym razie nie obudziła Faile, za co był jej wdzięczny.
Słońce stało już wysoko na niebie, kiedy wreszcie wydostali się z Zachodniego Lasu, nieco poniżej wioski, i wjechali na polne drogi naznaczone koleinami wozów oraz ścieżki w większości obrośnięte żywopłotem lub ograniczone niskimi kamiennymi murkami. Nad kominami farm unosiły się szare pasma dymu, jak można było osądzić po zapachu, dobre gospodynie zajęte były porannymi wypiekami. Mężczyźni znajdowali się już na polach tytoniu lub jęczmienia, a chłopcy doglądali stad czarnołbych owiec na pastwiskach. Niektórzy ludzie dostrzegli ich, gdy przejeżdżali obok, ale Perrin prowadził Steppera szybkim krokiem w nadziei, że nikt nie znajduje się dostatecznie blisko, by go rozpoznać czy ewentualnie dziwować się osobliwemu ubiorowi Gaula lub jego włóczniom.