— Łaskawa propozycja. Ale musisz pozwolić mi zachować prawo zdecydowania, kiedy taka pomoc będzie potrzebna.
— Jak powiadasz, pani tego dachu. Twój honor jest moim. — Spod swego kaftana Gaul wyciągnął złotą solniczkę, maleńki dzbanuszek przymocowany do grzbietu pięknie wykonanego lwa, i podał jej.
— Ofiarowuję mały podarek twemu domowi.
Marin al’Vere przyjęła go w taki sposób, jak postąpiłaby z każdym podarunkiem, jej oblicze jednak z trudem skrywało przeżyty szok. Perrin wątpił, by w całych Dwu Rzekach dało się znaleźć równie piękny drobiazg, z pewnością zaś nie wykonany ze złota. W Dwu Rzekach było bardzo niewiele złotych monet, a jeszcze mniej złotych ozdób. Miał nadzieję, że ona nigdy się nie dowie, iż to cacko stanowiło kiedyś własność skarbca Łzy, jednak mógł się założyć, że tak właśnie było.
— Mój chłopcze — powiedział Bran — być może powinienem powiedzieć: „witaj w domu”, ale dlaczego wróciłeś?
— Dowiedziałem się o Białych Płaszczach, panie al’Vere — odpowiedział zwyczajnie Perrin.
Burmistrz wymienił z żoną ponure spojrzenia, a potem powiedział:
— Jednakże ponownie pytam, dlaczego wróciłeś? Nie możesz niczego zatrzymać, mój chłopcze, ani zmienić. Lepiej byłoby, gdybyś odszedł. Jeżeli nie posiadasz konia, dam ci jednego. Jeżeli masz, wskakuj na jego grzbiet i jedź na północ. Sądziłem, że Białe Płaszcze strzegą Taren Ferry... Czy to od nich pochodzi ta ozdoba na twojej twarzy?
— Nie. To...
— To nie ma znaczenia. Jeżeli udało ci się prześlizgnąć obok nich w jedną stronę, zapewne dasz radę wracając. Główny obóz znajduje się powyżej Wzgórza Czat, ale na ich patrole można natknąć się wszędzie. Zrób, jak powiadam, mój chłopcze.
— Nie zwlekaj, Perrin — pani al’Vere dodała szybko, lecz zdecydowanie, takim głosem, który zazwyczaj zamykał dyskusję i powodował, iż ludzie robili to, czego sobie życzyła. — Nie czekaj nawet godziny. Zapakuję ci węzełek, który będziesz mógł zabrać ze sobą. Trochę świeżego chleba i sera, trochę miodu i pieczonej wołowiny, pikle. Musisz uciekać, Perrin.
— Nie mogę. Wiecie więc, że im chodzi o mnie, w przeciwnym razie nie chcielibyście, abym uciekał. — I nie skomentowali koloru jego oczu, nie spytali nawet, czy nie jest chory. Pani al’Vere ledwie wyglądała na zaskoczoną. Wiedzieli. — Jeżeli im się poddam, mogę przerwać to wszystko...
Podskoczył, gdy gwałtownie otworzyły się drzwi korytarza, a do środka weszła Faile, za nią zaś Bain i Chiad.
Pan al’Vere potarł dłonią łyse czoło, widząc odzienie Panien Włóczni identyczne z tym, które nosił Gaul, był tylko trochę zdziwiony, że ma przed sobą kobiety. Wyglądał, jakby zdenerwowało go raczej ich nagłe wtargnięcie. Pazur usiadł i podejrzliwie przyglądał się obcym. Perrin zastanawiał się, czy kot również i jego bierze za jednego z nich. Zastanawiał się także, w jaki sposób go znalazły i gdzie jest Loial.
Nie dała mu wiele czasu na zebranie myśli, stanęła przed nim, wsparła pięści na biodrach. W jakiś sposób udało jej się wykonać tę sztuczkę, do której były zdolne chyba jedynie kobiety — wydawała się wyższa tylko dlatego, że kipiała gniewem.
— Poddać się im? Czy to właśnie zaplanowałeś sobie od samego początku? Ty skończony idioto! Twój mózg już chyba zupełnie skamieniał, Perrinie Aybara. Od samego początku składałeś się z mięśni porośniętych włosami, ale teraz nie ma już nawet tego. Jeżeli Białe Płaszcze ścigają cię, to kiedy im się poddasz, zostaniesz powieszony. Dlaczego im na tobie zależy?
— Ponieważ zabijałem Białe Płaszcze. — Spojrzał na nią z góry, ignorując jęk pani al’Vere. — Tej nocy, kiedy ciebie spotkałem, a oprócz tego jeszcze dwóch wcześniej. Oni wiedzą o tamtych dwóch, Faile, i uważają mnie za Sprzymierzeńca Ciemności.
Wkrótce i tak dowie się wszystkiego. Gdyby przyparła go do muru, opowiedziałby jej, dlaczego to zrobił, ale tylko w cztery oczy. Przynajmniej dwóch z Białych Płaszczy, Geofram Bornhald oraz Jaret Byar, podejrzewało coś na temat jego związków z wilkami. Człowiek, który przestaje z wilkami, musi być Sprzymierzeńcem Ciemności. Być może jeden z tej dwójki lub nawet obaj należeli do Białych Płaszczy stacjonujących tutaj.
— Oni wierzą, że to prawda.
— Nie jesteś w większym stopniu Sprzymierzeńcem Ciemności niż ja — wyszeptała ochryple. — Prędzej słońce stanie się Sprzymierzeńcem Ciemności.
— To niczego nie zmienia, Faile. Muszę zrobić to, co konieczne.
— Ty otumaniony matole! Nie musisz robić żadnej z szaleńczych rzeczy! Ty gęsimózgu! Jeżeli spróbujesz coś takiego zrobić, sama, własnoręcznie, cię powieszę!
— Perrin — powiedziała spokojnie pani al’Vere — czy mógłbyś mnie przedstawić tej młodej kobiecie, która ma o tobie tak wysokie mniemanie?
Twarz Faile zapłonęła jaskrawą purpurą, kiedy zdała sobie sprawę, że zupełnie zignorowała pana i panią al’Vere. Zaczęła nagle się kłaniać w wyszukanie grzeczny sposób i kwieciście przepraszać. Bain i Chiad zachowały się tak samo jak Gaul, prosząc o pozwolenie na ochronę domostwa pani al’Vere i dając jej w prezencie złoty dzbanuszek zdobiony liśćmi oraz zdobny srebrny młynek do pieprzu, większy niż złożone pięści Perrina, którego szczyt wieńczyła jakaś fantastyczna istota, na poły koń, na poły ryba.
Bran al’Vere patrzył na to wszystko, marszcząc brwi, pocierając czoło i mrucząc coś pod nosem. Perrin posłyszał powtarzające się słowo „Aielowie”, wypowiedziane tonem pełnym niedowierzania. Burmistrz bez przerwy spoglądał przez okno. Nie zdziwiłby się na widok kolejnych Aielów, ponieważ zaskoczony był jedynie wówczas, gdy dowiedział się, że Gaul jest Aielem. Być może obawiał się wizyty Białych Płaszczy.
Marin al’Vere natomiast, przeciwnie niż mąż, wzięła całą sprawę w swoje ręce, traktując Faile, Bain i Chiad w ten sam sposób, jak wszystkie inne podróżujące kobiety, którym zdarzało się przekroczyć próg gospody; ze współczuciem wypytywała o trudy podróży, podziwiała suknię Faile do konnej jazdy — dzisiaj był to ciemnoniebieski jedwab — i opowiadała Aielom, jak bardzo podoba jej się kolor i blask ich włosów. Perrin podejrzewał, że Bain i Chiad zapewne nie wiedzą do końca, jak ją traktować, ale nie minęło wiele czasu, gdy za pomocą szczególnego rodzaju macierzyńskiego zdecydowania usadziła je przy stole, wyposażyła w mokre ręczniki, którymi mogły zetrzeć podróżny kurz z twarzy i dłoni, a potem poczęstowała herbatą, którą nalewała z wielkiego, pomalowanego w czerwone paski dzbanuszka, który pamiętał tak dobrze.
Zabawny był widok tych groźnych, gwałtownych kobiet — bez wahania zaliczył do nich również Faile — nagle gorliwie zapewniających panią al’Vere, że jest im bardziej niż wygodnie, że niczego im nie trzeba, że dostatecznie już dużo dla nich zrobiła; zabawne było widzieć, jak siedzą z szeroko otwartymi oczyma, niczym dzieci pozbawione najmniejszej możliwości stawienia jej oporu. Widok ten byłby zabawny, gdyby w istocie w podobny sposób nie zdobyła jego i Gaula, których również posadziła za stołem domagając się, by umyli ręce i twarze, zanim dostaną filiżankę herbaty. Gaul przez cały czas nieznacznie się uśmiechał — posiadał osobliwe poczucie humoru.
Ku jego zaskoczeniu nie spojrzała ani razu na jego łuk i topór ani na broń Aielów. W Dwu Rzekach ludzie rzadko nosili choćby łuk, a ona zawsze nalegała, by odłożyli broń na bok, zanim zasiądą do stołu. Zawsze. Teraz jednak nie zwracała na nią uwagi.
Kolejna niespodzianka spotkała go, gdy Bran postawił przy jego łokciu srebrny kubek wypełniony co najmniej do połowy jabłkową brandy zamiast porcją trunku, nie większą niż naparstek, jaką zazwyczaj pili mężczyźni w gospodzie. W czasie gdy opuszczał Dwie Rzeki, zaproponowano by mu jabłecznik, o ile nie mleko, albo wino obficie rozcieńczone wodą, pół kubka do posiłku, cały zaś tylko z okazji świąt. Przyjemnie było wiedzieć, że jest się traktowanym jak dorosły mężczyzna, ale ledwie zwrócił na to uwagę. Przyzwyczaił się już do wina, rzadko jednak pijał coś mocniejszego.