— Dlaczego teraz postanowiłaś to zmienić? — zapytał twardym głosem Strażnik.
— Z powodów, które uznałam za odpowiednie i wystarczające, Thomas. — Ze sposobu, w jaki poprawiała szal, Perrin wywnioskował, że wolałaby, aby Koło oraz Aes Sedai przyznały jej rację. Plotki głosiły, że Koło Kobiet potrafi być znacznie bardziej nieprzyjemne względem swoich członkiń, niż bywało wobec reszty mieszkańców wioski. — Gdzie mogłabym cię lepiej ukryć, Perrin, niż w towarzystwie Aes Sedai? Wkrótce sam się przekonasz. Musisz po prostu mi zaufać.
— Są Aes Sedai i Aes Sedai — odrzekł na to Perrin.
Jednak te, które uważał za najgorsze, Czerwone Ajah, nie nakładały zobowiązań na Strażników; Czerwone Ajah w ogóle raczej nie lubiły mężczyzn. Ten Thomas ma takie ciemne, nieruchome oczy. Bez wątpienia mogliby go pokonać albo jeszcze lepiej, zwyczajnie mu uciec, ale on z pewnością przeszyłby strzałą pierwszego, który zrobiłby coś, co by mu się nie spodobało, ponadto Perrin skłonny był się założyć, że tamten ma pod ręką więcej grotów gotowych do natychmiastowego nasadzenia na cięciwę. Aielowie byli podobnego zdania; wciąż wyglądali na przygotowanych w każdej chwili do rozpierzchnięcia się na wszystkie strony, ale jednocześnie widać było, że mogą stać w miejscu, choćby dopokąd słońce nie zamarznie. Perrin klepnął Faile w ramię.
— Wszystko będzie dobrze — powiedział.
— Oczywiście — rzekła z uśmiechem. Schowała już swoje ostrza. — Jeżeli mówi tak pani al’Vere. Ja jej ufam. Perrin miał nadzieję, że się nie pomylił. Nie ufał już tylu ludziom, co kiedyś. Na pewno nie Aes Sedai. I niewykluczone, że również nawet Marin al’Vere. Choć, być może, te Aes Sedai pomogą mu walczyć z trollokami. Każdemu, kto gotów byłby się do niego przyłączyć, zaufa z pewnością. Do jakiego jednak stopnia może polegać na Aes Sedai? Robiły to, co robiły, kierując się wyłącznie własnymi racjami; dla niego Dwie Rzeki stanowiły dom, ale dla nich mogły być jedynie kamieniami na planszy. Faile i Marin jednak zdawały się im ufać, a Aielowie czekali, co przyniesie przyszłość. W tej chwili wyglądało na to, że on również nie ma innego wyjścia.
31
Zapewnienia
Po kilku minutach Ihvon wrócił.
— Możecie jechać, pani al’Vere. — To było wszystko, co powiedział, zanim obaj z Thomasem zniknęli w krzakach, wywołując tylko lekki szmer liści.
— Są bardzo dobrzy — wymruczał Gaul, wciąż podejrzliwie rozglądając się dookoła.
— Dziecko potrafiłoby się w czymś takim schować — zareplikowała Chiad. Wpatrywała się jednak w leśne poszycie równie uważnie jak Gaul.
Żaden z Aielów nie miał szczególnej ochoty iść naprzód. Nie chodziło o jakąś niechęć, z pewnością nie był to też strach, jednak wyraźnie nie mieli ochoty. Perrin miał nadzieję, że któregoś dnia pozna dokładnie uczucia, jakie Aielowie żywią wobec Aes Sedai. Któregoś dnia. Dzisiaj jednak sam nie znajdował się w szczególnie entuzjastycznym nastroju.
— Chodźmy więc spotkać się z tymi twoimi Aes Sedai — zwrócił się kwaśnym tonem do pani al’Vere.
Stary lazaret okazał się znacznie bardziej zrujnowany niźli w jego wspomnieniach, rozkraczona parterowa budowla chwiejnie chyliła się ku ziemi, połowa pomieszczeń pozbawiona była dachu, a w jednym z nich rosło czterdziestostopowe drzewo Borgum. Ze wszystkich stron napierał nań las. Ściany porastała gęstwa pnączy i krzewów dzikiej róży, pozostałości strzechy pokrywała gruba powłoka zieleni; pomyślał sobie, że być może tylko dzięki nim budynek jeszcze stoi. Frontowe drzwi jednak były oczyszczone z roślinności. Poczuł zapach koni oraz słaby aromat fasoli i szynki, jednak, o dziwo, nie towarzyszył mu zapach palonego drewna.
Po przywiązaniu koni do niskich gałęzi weszli za panią al’Vere do wnętrza. W środku panował mrok, zarośnięte pnączami okna nie przepuszczały zbyt dużo światła. Pokój frontowy był dosyć duży i pozbawiony jakiegokolwiek umeblowania, w kątach leżała ziemia, wisiało kilka pajęczyn, które uniknęły skutków niezbyt dokładnego sprzątania. Na podłodze leżały cztery koce, a pod ścianą siodła, torby podróżne i zgrabnie zwinięte tobołki, na kamiennym palenisku stał mały kociołek, dochodziły z niego zapachy gotowanej strawy, choć na palenisku nie płonął ogień. W mniejszym kociołku wrzała właśnie woda, najwyraźniej nastawiona na herbatę. Dwie Aes Sedai oczekiwały ich. Marin al’Vere ukłoniła się pośpiesznie i z jej ust popłynęła lawina niespokojnych wyjaśnień i usprawiedliwień. Potem zreflektowała się i zaczęła równie niezdarnie wszystkich sobie wzajemnie przedstawiać.
Perrin wsparł policzek o drzewce łuku. Rozpoznał te Aes Sedai. Verin Mathwin, pulchna, o kwadratowej twarzy, z ciemnymi włosami, poprzetykanymi pasmami siwizny — pomimo gładkich, nie naznaczonych upływem czasu, policzków Aes Sedai — należała do Brązowych Ajah i jak wszystkie Brązowe zapewne poświęcała połowę swego życia na poszukiwanie wiedzy, nie dbając o to, czy to wiedza dawna i zaginiona, czy nowa. Czasami jej ciemne oczy traciły ten zamglony, senny wyraz, tak jak teraz, gdy nie zwracając uwagi na Marin, patrzyła na niego wzrokiem ostrym niby nóż. Oprócz Moiraine była jedną z dwóch Aes Sedai, co do których miał pewność, że wiedzą o Randzie, podejrzewał też, iż niewykluczone jest, że więcej wie o nim samym, niźli zdradza. Kiedy zaczęła słuchać słów Marin, jej oczy znowu zaszły mgłą, przez chwilę jednak miał wrażenie, że ważyła go na szalkach wagi zastanawiając się, jak włączyć do własnych planów. Powinien być bardzo ostrożny, przebywając w jej pobliżu.
Drugiej, ciemnowłosej, szczupłej kobiety w ciemnozielonej jedwabnej sukni podróżnej, która stanowiła ostry kontrast z prostymi brązami Verin, poplamionymi atramentem na mankietach, nigdy dotąd nie poznał, a widział jedynie raz. Alanna Mosvani była Zieloną Ajah, jeżeli dobrze pamiętał, piękną kobietą o długich czarnych włosach i głębokim spojrzeniu czarnych oczu, które badawaczo wpatrywały się weń, kiedy słuchała wyjaśnień Marin. Przypomniało mu się, co kiedyś powiedziała Egwene.
„Niektóre Aes Sedai, które nie powinny niczego wiedzieć o Randzie, zdradzają nadmierne zainteresowanie jego osobą. Elaida na przykład oraz Alanna Mosvani. Nie sądzę, bym którejś z nich ufała”.
Zapewne najlepiej będzie się zdać na osąd Egwene, zanim sam nie dojdzie do własnych wniosków.
Ożywił się, kiedy Marin, wciąż lękliwym tonem, powiedziała:
— Pytałaś mnie o niego, Verin Sedai. To znaczy o Perrina. O wszystkich trzech chłopców, ale o Perrina również. Wydawało mi się, że najprostszym sposobem uchronienia go przed śmiercią będzie przyprowadzenie go do ciebie. Po prostu nie starczyło czasu, by najpierw zapytać. Proszę postaraj się zro...
— Wszystko jest w najlepszym porządku, pani al’Vere — wtrąciła Verin uspokajającym głosem. — Postąpiłaś, jak należało. Perrin jest teraz w odpowiednich rękach. Ponadto zawsze chciałam dowiedzieć się więcej o Aielach, a możliwość rozmowy z ogirem stanowi sama w sobie przyjemność. Pogrzebię trochę w twojej głowie Loial. Odkryłam ostatnio kilka fascynujących rzeczy w książkach ogirów.
Loial odpowiedział jej pełnym zadowolenia uśmiechem; wszystko, co dotyczyło książek, zdawało się go niepomiernie radować. Gaul, dla odmiany, wymienił ostrzegawcze spojrzenia z Bain i Chiad.
— Wszystko będzie w porządku, pod warunkiem że nie zrobisz tego ponownie — powiedziała twardym głosem Alanna. — Chyba że... Jesteś sam? — zapytała Perrina tonem domagającym się odpowiedzi. I to natychmiastowej. — Czy pozostali dwaj może wrócili razem z tobą?