— Jeśli zaś chodzi o trolloki — dodała Verin — zabiłyśmy sporą ich liczbę, a ponadto dwóch Myrddraali, ale też mamy swoje ograniczenia. Półludzie potrafią do pewnego stopnia wyczuć, kiedy ktoś przenosi. Jeżeli ściągnęłybyśmy sobie na głowy setkę trolloków, wówczas i tak niewiele więcej mogłybyśmy zrobić, jak tylko uciekać.
Perrin podrapał się po brodzie. Mógł się czegoś takiego spodziewać, powinien wiedzieć. Widział, jak Moiraine walczyła z trollokami, i miał pewne pojęcie na temat tego, na co ją stać, a na co nie. Zdał sobie sprawę, że zastanawia się na tym, w jaki sposób Rand zabił wszystkie trolloki w Kamieniu, tylko że Rand był silniejszy od każdej z tych Aes Sedai, zapewne silniejszy nawet od obu naraz. Cóż, niezależnie od tego, czy mu pomogą czy nie, wciąż miał zamiar pozabijać wszystkie trolloki w Dwu Rzekach. Po tym, jak uwolni rodzinę Mata oraz państwa Luhhan. Jeżeli zastanowi się nad tym dostatecznie głęboko, musi znaleźć jakiś sposób. Udo bolało go coraz bardziej.
— Jesteś ranny. — Alanna ustawiła kubek na podłodze i przysunęła się, klękając przy nim. Ujęła jego głowę w swe dłonie. Przeszył go dreszcz. — Tak. Widzę. Wygląda na to, że nie zrobiłeś sobie tego sam, przy goleniu.
— To były trolloki, Aes Sedai — poinformowała ją Bain. — Kiedy wyszliśmy z Dróg w górach.
Chiad lekko trąciła ją w łokieć, wtedy urwała.
— Zamknąłem Bramę — dodał szybko Loial. — Nikt nie będzie mógł z niej skorzystać, o ile nie otworzy jej z tej strony.
— Tak właśnie przypuszczałam, że muszą wychodzić stamtąd — wymruczała na poły do siebie Verin. — Moiraine mówiła mi, że korzystają z Dróg. Wcześniej czy później zacznie to być dla nas prawdziwym problemem.
Perrin zaczął się zastanawiać, jak wobec tego nazwałaby to, co się właśnie dzieje.
— Drogi — powiedziała Alanna, wciąż trzymając jego głowę. — Ta’veren! Młodzi bohaterowie! — Wypowiedziała te słowa takim tonem, że trudno było się zorientować, czy stanowią pochwałę czy przekleństwo.
— Nie jestem bohaterem — odrzekł flegmatycznie. — Drogi były najszybszym sposobem dostania się tutaj. To wszystko.
Zielona siostra ciągnęła dalej, jakby on w ogóle się nie odzywał.
— Nigdy nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego Zasiadająca na Tronie Amyrlin pozwala wam trzem spacerować sobie swobodnie po świecie. Elaida od dawna ostrzyła sobie na was zęby, i nie tylko ona jedna, ona po prostu robiła to w najbardziej widoczny sposób. Skoro pieczęcie słabną i zbliża się Ostatnia Bitwa, ostatnią rzeczą, jakiej nam potrzeba, są trzej ta’veren spokojnie chodzący swoimi drogami. Ja bym przywiązała was do siebie sznurem, nawet nałożyłabym na was zobowiązania. — Usiłował szarpnąć się, ale ona tylko wzmocniła uchwyt i uśmiechnęła się. — Nie jestem jeszcze tak zdziczała, żeby nakładać na mężczyznę zobowiązania wbrew jego woli. Jeszcze nie całkiem. — Tak naprawdę to nie miał pewności, do jakiego stopnia żartuje; jej uśmiech nie obejmował oczu. Przesunęła palcami po na poły wygojonej ranie na policzku. — Jeśli o to chodzi, minęło już zbyt wiele czasu. Nawet pomimo uzdrawiania zostanie ci blizna.
— Nie obchodzi mnie, czy jestem przystojny — wymamrotał i tego już wystarczyło, by Faile wybuchnęła głośnym śmiechem.
— A któż ci naopowiadał takich rzeczy? — zapytała. Zaskoczyło go, że Alanna również się roześmiała.
Perrin zmarszczył brwi zastanawiając się, czy śmieją się z niego, ale zanim zdążył coś powiedzieć, wstrząsnął nim szok uzdrawiania, podobny do lodowatego podmuchu. Był w stanie tylko z trudem łapać oddech. Te kilka chwil, zanim Alanna go puściła, wydawało się wiecznością.
Kiedy powrócił już normalny oddech, Zielona siostra ujmowała z kolei w dłonie płomiennorudą głowę Bain, Verin zajęła się Gaulem, a Chiad badała sprawność swego lewego ramienia, wymachując nim w górę i w dół, na jej twarzy gościł wyraz zadowolenia.
Faile zajęła miejsce obok Perrina, które opuściła Alanna, i przesunęła palcem po jego policzku, wzdłuż blizny pod okiem.
— Znamię piękności — powiedziała, śmiejąc się leciutko.
— Co?
— Och, to coś, co matują sobie kobiety Domani. To tylko taki idiotyczny komentarz.
Pomimo jej uśmiechu, lub może właśnie z jego powodu, obrzucił ją podejrzliwym spojrzeniem. Naprawdę wyśmiewała się z niego, tylko że on nie rozumiał dokładnie, na czym ta kpina polega.
Do pomieszczenia wślizgnął się Ihvon, wyszeptał coś do ucha Alarmy i ponownie wyszedł na zewnątrz, usłyszawszy, również szeptem wypowiedzianą, odpowiedź. Nawet na drewnianej podłodze jego kroki ledwie było słychać. Kilka chwil później szuranie butów na schodach zapowiedziało kolejnych przybyszów.
Perrin zerwał się na równe nogi, gdy zobaczył w drzwiach Tama al’Thora i Abella Cauthona, z łukami w dłoniach, odzianych w wymiętoszone ubrania, z dwudniowym zarostem połyskującym siwizną i znamionującym mężczyzn, którzy śpią w prymitywnych warunkach. Byli na polowaniu, u pasa Tama wisiały cztery króliki, przy pasie Abella trzy. Oczywiste było, że spodziewali się Aes Sedai oraz gości, ale widok Loiala wprawił ich w najwyższe zdumienie — ponad półtora raza wyższy od nich, z uszami zakończonymi pędzelkami i szerokim nosem, przypominającym zwierzęcy pysk. Na widok Aielów po obliczu Tama przemknął cień, znak że rozpoznał ich.
Krótko przypatrywał się im z namysłem, a potem przeniósł wzrok na Perrina i wówczas jego zaskoczenie stało się równie wielkie, jak wtedy, gdy zobaczył Loiala. Tam był krępym mężczyzną o szerokiej piersi i pomimo włosów całkiem już prawie siwych wciąż wyglądał na kogoś, kogo chyba tylko trzęsienie ziemi potrafiłoby powalić na kolana, a nawet i ono nie starczyłoby, żeby stracił głowę.
— Perrin, chłopcze! — zawołał. — Czy Rand jest z tobą?
— A co z Matem? — zapytał skwapliwie Abell. Z wyglądu do złudzenia przypominał postarzałego, siwiejącego Mata, tylko jego oczy patrzyły znacznie poważniej. Człowiek, który nie utył zanadto wraz z upływem lat, poruszający się nadal szybkim i zwinnym krokiem.
— Mają się dobrze — zapewnił ich Ferrin. — Są w Łzie.
Kątem oka pochwycił spojrzenie Verin; doskonale wiedziała, co dla Randa oznaczała Łza. Alanna natomiast ledwie zdawała się słyszeć wypowiadane słowa.
— Przyjechaliby ze mną, ale nie wiedzieliśmy, iż rzeczy mają się tutaj aż tak źle. — Jedno i drugie było prawdą, tego był pewien. — Mat spędza czas na grze w kości, w które zazwyczaj wygrywa, i całowaniu się z dziewczętami. Rand... Cóż, ostatnim razem, kiedy widziałem Randa, miał na sobie strojny kaftan, a u boku złotowłosą piękność.
— To podobne do mojego Mata — zachichotał Abell.
— Być może dobrze się stało, że nie przyjechali — powiedział powoli Tam. — Biorąc pod uwagę te trolloki. A Białe Płaszcze... — Wzruszył ramionami.
— Wiesz, że trolloki wróciły? — Perrin przytaknął. — Czy tamta Aes Sedai mówiła prawdę? Moiraine. Czy oni wówczas, tamtej Zimowej Nocy, przyszli po was, po trzech chłopców? Dowiedziałeś się może dlaczego?