Brązowa siostra rzuciła Perrinowi ostrzegawcze spojrzenie. Alanna zdawała się całkowicie pochłonięta przeglądaniem swoich toreb podróżnych, ale podejrzewał, że mimo to z pewnością uważnie słucha. Jednak nie dlatego się zawahał. Po prostu nie było sposobu, by zwyczajnie spojrzeć mu w oczy i powiedzieć Tamowi, że jego syn potrafi przenosić, że Rand jest Smokiem Odrodzonym. Jak w ogóle można komuś coś takiego powiedzieć? Zamiast prawdy wyrzucił z siebie tylko:
— Będziesz musiał zapytać Moiraine. Aes Sedai nie mówią więcej, niż uznają za stosowne.
— Zauważyłem — powiedział sucho Tam.
Obie Aes Sedai bez najmniejszych wątpliwości uważnie przysłuchiwały się jego słowom i teraz już żadna nie udawała, iż jest inaczej. Alanna spod wygiętych w lodowaty łuk brwi spoglądała na Tama, Abell zaś nerwowo przebierał nogami, jakby sądził, że Tam wystawia na niebezpieczną próbę swoje szczęście. Jednakowoż potrzeba było czegoś więcej niźli spojrzenia, by onieśmielić Tama al’Thora.
— Czy możemy porozmawiać na zewnątrz? — Perrin zwrócił się do mężczyzn z pytaniem. — Chciałbym odetchnąć świeżym powietrzem.
W istocie chciał porozmawiać bez podsłuchujących i obserwujących go Aes Sedai, ale nie mógł przecież tego na głos powiedzieć.
Tam i Abell zgodzili się, przypuszczalnie im również ciążyły badawcze spojrzenia Verin i Alarmy, ale najpierw zajęli się sprawą królików, które wręczyli Zielonej siostrze.
— Mieliśmy zamiar zatrzymać dwa dla siebie — powiedział Abell — ale zdaje się, że przybyło gąb do wykarmienia.
— Nie ma potrzeby, byście dzielili się z nami. – Alanna powiedziała to takim tonem, jakby wcześniej już wielokrotnie mówiła te same słowa.
— Lubimy spłacać zaciągnięte długi — odrzekł jej Tam, podobnym tonem głosu. — Aes Sedai były na tyle miłe, że trochę nas uzdrowiły — dodał na użytek Perrina — a my nie chcemy nic na kredyt, na wypadek gdybyśmy ponownie znaleźli się w potrzebie.
Perrin pokiwał głową. Rozumiał, że można nie chcieć przyjmować podarunków od Aes Sedai.
„Dar Aes Sedai ma w sobie zawsze jakiś haczyk” — głosiło stare powiedzenie.
Cóż, on z pewnością zdążył się o tym przekonać. W istocie jednak nie miało znaczenia, czy przyjmujesz prezent, czy za niego płacisz, Aes Sedai i tak zawsze potrafiły zastawić pułapkę. Verin patrzyła na niego z lekkim uśmiechem, jakby doskonale rozumiała, jakie myśli właśnie przelatują mu przez głowę.
Kiedy trójka mężczyzn ruszyła do wyjścia, zabierając ze sobą łuki, Faile podniosła się, by pójść za nimi. Perrin jednak spojrzał na nią i przecząco pokręcił głową, a ku jego zdumieniu ona nie upierała się i posłusznie siadła z powrotem. Zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem nie jest chora.
Po krótkiej przerwie, podczas której Tam i Abell podziwiali Steppera i Jaskółkę, odeszli kawałek dalej pod osłonę drzew. Słońce zachodziło już, wydłużały się cienie. Starsi mężczyźni powiedzieli kilka żartów na temat jego brody, ale ani słowem nie wspomnieli o oczach. Dziwne, ale wcale się tym nie przejął. Miał znacznie poważniejsze zmartwienia niż to, czy ktoś uzna kolor jego oczu za osobliwość.
Odpowiadając na żartobliwe pytanie Abella, czy „ta rzecz” dobra jest do przecedzania zupy, pogładził brodę i powiedział spokojnie:
— Faile się podoba.
— Oho — zachichotał Tam. — To ta dziewczyna, czyż nie? Wygląda na osóbkę z niezłym charakterem. Przez nią spędzisz bezsenne noce, starając się odróżnić górę od dołu.
— Jest tylko jeden sposób na radzenie sobie z takimi dziewczynami — dodał Abell, kiwając głową. — Pozwól jej myśleć, że to ona wszystkim kieruje. Wówczas, kiedy w ważnej kwestii będziesz miał inne zdanie, zanim otrząśnie się z szoku, wszystko ułoży się po twojej myśli i będzie już za późno, aby dręczyła cię, żebyś coś zmienił.
To przypominało Perrinowi w dużej mierze rady, jakich pani al’Vere udzielała Faile na temat postępowania z mężczyznami. Zaczął się nawet zastanawiać, czy przypadkiem Abell i Marin nie porównywali kiedyś notatek. Niepodobna. Być może warto byłoby tego spróbować z Faile. Tylko że w każdym przypadku ona zdawała się mieć własny sposób na załatwianie takich spraw.
Spojrzał przez ramię. Lazaret skryły nieomal całkowicie drzewa. Powinni być już bezpieczni przed wzrokiem i słuchem Aes Sedai. Wsłuchał się uważnie w odgłosy lasu, wziął głęboki oddech. W oddali dzięcioł stukał w drzewo. Na liściastych gałęziach ponad głową harcowały wiewiórki, a niedaleko przemknął lis, niosąc w pysku swoją zdobycz — królika. Poza nimi trzema nie wyczuwał dookoła żadnego ludzkiego zapachu, nic, co mogłoby zdradzić podsłuchującego, ukrytego w gęstwinie Strażnika. Być może był nazbyt ostrożny, ale niezależnie od tego, czy miał rację czy nie, nie potrafił przejść do porządku dziennego nad przypadkiem, stawiającym na jego drodze dwie Aes Sedai, które znał już wcześniej, przy czym jednej z nich nie ufała Egwene, co do drugiej zaś nie miał pewności, czy sam jej ufa.
— Macie zamiar zostać tutaj? — zapytał. — Z Verin i Alanną?
— Raczej niechętnie — odpowiedział Abell. — Jak człowiek może spokojnie spać pod tym samym dachem z Aes Sedai? A do tego się to tutaj sprowadza.
— Wydawało nam się, że to będzie dobre miejsce na kryjówkę — dodał Tam. — Ale one były tu już przed nami. Sądzę, że ci dwaj Strażnicy mogli nas obu zabić, gdyby w pobliżu nie było Marin oraz kilku kobiet z Koła.
Abell skrzywił się.
— Ja myślę natomiast, że to Aes Sedai zapobiegły wszystkiemu, kiedy dowiedziały się, kim jesteśmy. To znaczy kim są nasi synowie. Zbyt się wami interesują, jak na mój gust. — Zawahał się i napiął łuk. — Ta Alanna zdradziła nam, że jesteście ta’veren. Wszyscy trzej. Słyszałem, że Aes Sedai nie mogą kłamać.
— Nie widzę po sobie żadnych śladów czegoś takiego — powiedział gniewnie Perrin. — Po Macie również nie.
Tam spojrzał na niego, kiedy nie wspomniał o Randzie — musiał się nauczyć lepiej kłamać, aby łatwiej dochowywać własnych i cudzych tajemnic — ale powiedział tylko tyle:
— Może nie wiesz po prostu, jakich śladów szukać. Jak to się stało, że podróżujesz w towarzystwie ogira oraz Aielów?
— Ostatni handlarz, z którym rozmawiałem, mówił mi, że Aielowie przeszli przez Grzbiet Świata — wtrącił Abell — ale nie uwierzyłem mu. Mówił też, że słyszał, iż Aielowie są w Murandy oraz być może w Altarze. Nie był pewien dokładnie, gdzie ich widziano, ale upierał się, że daleko od Pustkowia.
— To wszystko nie ma nic wspólnego z ta’veren — odrzekł Perrin. — Loial jest przyjacielem i przyjechał tu ze mną, aby mi pomóc. Gaul również jest przyjacielem, jak przypuszczam. Bain zaś i Chiad podróżują z Faile, a nie ze mną. Wszystko jest trochę skomplikowane, ale jakoś tak się to ułożyło. Nie ma to nic wspólnego z byciem ta’veren.
— Cóż, niezależnie, jakie są po temu powody — podsumował Abell — te Aes Sedai interesują się wami, chłopcy. Tam i ja przejechaliśmy całą drogę do Tar Valon, starając się dowiedzieć, gdzie jesteście. Z trudem udało nam się wydobyć spod ziemi jedną, która znała wasze imiona, ale było jasne, że coś ukrywa. Praktycznie, ledwie zdążyliśmy się ukłonić, Strażniczka Kronik wsadziła nas już na statek płynący w dół rzeki, z kieszeniami wypchanymi złotem i uszami pełnymi mętnych obietnic. Nie podoba mi się pomysł, że Wieża mogłaby w jakiś sposób wykorzystywać Mata.
Perrin igłował, że nie może opowiedzieć ojcu Mata nic z tego, co się naprawdę działo, ale nie był pewien, czy uda mu się z niewzruszoną twarzą wygłosić tak wielkie kłamstwo. Moiraine nie strzegła Mata dlatego, że lubiła jego uśmiech; Mat zaplątał się w sprawy Wieży równie głęboko jak on sam, być może nawet głębiej. Wszyscy trzej zostali już ściśle związani, a Wieża trzymała sznurki.