Выбрать главу

Na obliczach Verin i Alarmy pojawił się ten sam nieodgadniony wyraz, wpiły bliźniacze spojrzenia nie mrugających oczu w Perrina. Trudno było stwierdzić, o czym każda myślała.

Rzecz jasna zwierzęta juczne należało zostawić. Juczne konie z pewnością wywołałyby komentarze, gadanie o długiej podróży; w najlepszych czasach nikt z Dwu Rzek nie podróżował zbyt daleko od domu. Alanna obserwowała, jak siodłają wierzchowce z nieznacznym uśmieszkiem satysfakcji, bez wątpienia sądząc, iż z powodu zwierząt i wiklinowych koszy jest uwiązany do starego lazaretu, a także do niej i Verin. Czekała ją niespodzianka, skoro już do tego doszło. Od czasu wyjazdu z domu dostatecznie często obywał się bez sakwy przy siodle. Podobnie obywał się również bez mieszka przy pasie i kieszeni kaftana.

Po zaciśnięciu popręgu przy siodle Steppera wyprostował się i aż podskoczył. Verin obserwowała Perrina z tą wszystkowiedzącą miną, bynajmniej nie nieodgadnioną, jakby bawiło ją dociekanie, o czym on myśli. Dość już to było paskudne, gdy coś takiego robiła Faile; ze strony Aes Sedai stokroć gorsze. Niemniej jednak wyraźnie zaintrygował ją młot przymocowany do sakw i zrolowanego koca. Ucieszył się, że jest coś, czego wydawała się nie rozumieć. Ale z drugiej strony mógłby się obyć bez jej zaintrygowania. Cóż takiego w młocie mogło zafascynować Aes Sedai?

Dzięki temu, że należało przygotować jedynie wierzchowce, przysposobienie się do drogi nie zajęło dużo czasu. Verin miała brązowego wałacha o nieokreślonym wyglądzie, dla niewprawnego oka równie pospolitego jak jej przyodziewek, jednakże głęboka pierś i silny zad zwierzęcia sugerowały taką samą wytrwałość, jaką odznaczał się wysoki i smukły, toczący ognistym okiem siwek Strażnika. Na widok drugiego ogiera Stepper zaczął parskać, dopóki Perrin nie poklepał go po karku. Siwek był bardziej zdyscyplinowany, choć równie chętny do walki, zakładając, że Tomas dopuściłby do niej. Strażnik sprawował kontrolę nad swym wierzchowcem tak za pomocą kolan jak i wodzy, przez co obaj sprawiali wrażenie zespolonych w jedną całość.

Pan Cauthon z zaciekawieniem przyjrzał się ogierowi Tomasa — w tych okolicach nieczęsto spotykało się konie wyszkolone do walki — natomiast wałach Verin już na pierwszy rzut oka zasłużył sobie na pełne aprobaty skinienie głową. Znawcą koni był tak dobrym, jak dobre były konie w Dwu Rzekach. Bez wątpienia to on właśnie wybrał dla siebie i pana al’Thora zwierzęta ze zmierzwioną sierścią, ale za to mocne, o chodzie, który świadczył, że potrafią rozwijać należytą szybkość, a nadto są wytrwałe.

Kiedy cała grupa wyruszyła na północ, troje Aielów wysforowało się do przodu. Maszerując długimi krokami, prędko zniknęli z zasięgu wzroku, roztapiając się w leśnych głębinach, w cieniach wczesnego poranka, wyostrzonych i wydłużonych przez oślepiające promienie wschodzącego słońca. Co jakiś czas między drzewami ukazywał się na mgnienie oka błysk szarości i brązów, prawdopodobnie celowo, by pozostali wiedzieli, gdzie są. Prowadzili Tam i Abell, z łukami przełożonymi przez wysokie łęki siodeł, za nimi podążali Perrin i Faile, tyły zamykała Verin z Tomasem.

Perrin czuł spojrzenie oczu Verin wbite w jego plecy. Czuł je między łopatkami. Dręczyło go, czy tamta wie o wilkach. Mało przyjemna myśl. Ponoć Brązowe siostry wiedziały o sprawach, które pozostałym Ajah nie były wiadome, ponoć posiadały mroczną wiedzę na temat rzeczy z dawnych czasów. Może ona właśnie wiedziała, jak mógłby uniknąć zatraty samego siebie, zatraty tego, co było w nim ludzkie, i nie stać się bez reszty wilkiem. Wobec niemożności odnalezienia Elyasa Machery mogła stanowić jedyną szansę. Wystarczyło jej tylko zaufać. Wykorzysta zapewne wszystko, co wie, by pomóc Białej Wieży albo Randowi, być może. Sęk w tym, że pomaganie Randowi wcale nie musiało przynieść rezultatów zgodnych z jego życzeniem. O ileż wszystko byłoby prostsze bez jakichś Aes Sedai.

Większość drogi odbywali w całkowitej ciszy, wyjąwszy odgłosy lasu, wiewiórek, dzięciołów, rzadkie ptasie trele. W którymś momencie Faile obejrzała się przez ramię.

— Ona ci nic nie zrobi — powiedziała łagodnym głosem, który kłócił się z zapalczywym światłem w ciemnych oczach.

Perrin zamrugał. Chciała go bronić. Bronić przed Aes Sedai. Nigdy jej nie zrozumie, nigdy nie będzie wiedział, czego ma się spodziewać. Czasami potrafiła się zachowywać równie zagadkowo jak Aes Sedai.

Wyjechali z Zachodniego Lasu w odległości czterech, może pięciu mil na północ od Pola Emonda, kiedy słońce w całej swej krasie stało już ponad drzewami. Przestrzeń, dzielącą ich od najbliższych, ogrodzonych żywopłotami pól jęczmienia, owsa, tytoniu i wysokiej trawy hodowanej na siano, wypełniały rzadkie zagajniki, utworzone głównie z drzew skórzanych, sosen i dębów. Rzecz dziwna, w zasięgu wzroku nie było żywej duszy, z kominów domostw stojących za tymi polami nie unosił się dym. Perrin znał ludzi, którzy w nich mieszkali, dwa zajmowali al’Lora’owie, pozostałe Barsterowie. Ludzie zmuszeni do ciężkiej pracy. Jeśli ktoś mieszkał w tych domach, to już od dawna winien był krzątać się przy swych zajęciach. Gaul pomachał do nich ze skraju zarośli i zaraz zniknął wśród drzew.

Naciskiem pięt zmusił Steppera, by zbliżył się do Tama i Abella.

— Czy nie powinniśmy się kryć tak długo, jak się da? Sześciu konnych nie przejedzie niezauważenie.

Obaj jechali stałym tempem.

— Nie bardzo kto ma nas tu zauważyć, chłopcze — odparł pan al’Thor — pod warunkiem, że będziemy się trzymać z dala od Drogi Północnej. Większość farm położonych blisko lasu porzucono. W tych czasach nikt zresztą nie podróżuje samotnie, nikt nie oddala się od własnego progu.

— I tak droga do Wzgórza Czat zabierze nam większą część dnia — zauważył pan Cauthon — nawet jeśli nie będziemy próbowali jej pokonać pod osłoną lasu. Traktem byłoby nieco szybciej, ale wówczas również wzrosłyby szanse napotkania Białych Płaszczy. Albo że ktoś połakomi się na nagrodę i na nas doniesie.

Tam potakująco kiwnął głową.

— Ale przy tej drodze mamy również przyjaciół. Wpadliśmy na pomysł, by zatrzymać się około południa na farmie Jaca al’Seena; damy koniom wytchnąć, a sami rozprostujemy nogi. Dotrzemy do Wzgórza Czat, kiedy będzie jeszcze całkiem widno.

— Całkiem widno — potwierdził zamyślony Perrin, dla niego było zawsze całkiem widno. Wykręcił się w siodle, by popatrzeć na farmy. Opustoszałe, lecz ani nie spalone, ani nie zdewastowane, na ile potrafił się zorientować. W oknach wciąż jeszcze wisiały zasłony. W oknach z całymi szybami. Trolloki lubiły tłuc, a puste domostwa zapraszały. W jęczmieniu i owsie rosły wybujałe chwasty, niemniej pól nikt nie stratował. — Czy trolloki zaatakowały samo Pole Emonda?

— Nie, nie zaatakowały — odparł pan Cauthon przepełnionym wdzięcznością tonem. — Zważ, że nie poszłoby im łatwo, gdyby się na to poważyły. Ludzie nauczyli się baczyć na wszystko od przedostatniej Zimowej Nocy. Obok każdych drzwi stoi łuk, włócznie i tym podobne. A poza tym co kilka dni do Pola Emonda zapuszczają się patrole Białych Płaszczy. Niechętnie to przyznaję, ale naprawdę powstrzymują trolloki.

Perrin potrząsnął głową.

— Macie jakieś pojęcie, ile trolloków tu jest?

— Jednego byłoby za wiele — odburknął Abell.

— Może ze dwieście — odparł Tam. — Może więcej. Zapewne więcej.