Farma al’Seenów była niemal tak duża jak farmy w Dwu Rzekach, z trzema wysokimi stodołami i pięcioma szopami, w których dojrzewał tytoń. Kamienna owczarnia, pełna owiec o czarnych pyskach, była równie szeroka jak niektóre pastwiska; płoty otaczające podwórka odgradzały mleczne krowy z białymi łatami od czarnego bydła hodowanego na ubój. W chlewie pochrząkiwały z ukontentowaniem świnie, wszędzie wałęsały się kury, po sporym stawie pływały białe gęsi.
Pierwszą dziwną rzeczą, jaką Perrin zauważył, byli chłopcy na strzechach domu i stodół, ośmiu, może dziewięciu, uzbrojeni w łuki, z kołczanami przy pasach. Na widok konnych natychmiast zaczęli krzyczeć, a kobiety zaraz zagnały małe dzieci do domu, nawet nie osłoniwszy oczu dłońmi, by zobaczyć, kto nadjeżdża. Na podwórzu farmy zgromadzili się mężczyźni, jedni z łukami, inni z widłami i cepami, które trzymali niczym broń. Za dużo ludzi. O wielu za dużo, nawet jak na tak wielką farmę. Spojrzał pytająco na pana al’Thora.
— Jac przyjął rodzinę swego kuzyna Wita — wyjaśnił Tam — ponieważ jego farma znajduje się zbyt blisko Zachodniego Lasu. Oprócz nich także rodzinę Flanna Lewina po tym, jak ich farma zośtała zaatakowana. Białe Płaszcze przegnały trolloki, zanim zdążyło spłonąć coś jeszcze prócz stodół, ale Flann stwierdził, że czas uciekać. Jac to poczciwy człowiek.
Kiedy wjechali na podwórze, gdzie wreszcie rozpoznano Tama oraz Abella, mężczyźni i kobiety wśród uśmiechów i gwaru powitań otoczyli ich ciasnym kręgiem, gdy zsiadali z koni. Na ten widok z domu wypadły pędem dzieci, tuż za nimi pilnujące je kobiety, prosto z kuchni, jeszcze wycierając dłonie o fartuchy. Reprezentowane były wszystkie pokolenia, począwszy od siwowłosej Astelle al’Seen, zgarbionej, lecz częściej używającej kostura do przepędzania ludzi ze swej drogi niźli do podpierania się, aż po niemowlę w powijakach, w ramionach pulchnej młodej kobiety, której okrągłe oblicze rozpromieniał uśmiech.
Perrin objął wzrokiem zażywną, młodą kobietę, po czym natychmiast odwrócił spojrzenie. Kiedy wyjeżdżał z Dwu Rzek, Laila Dearn była szczupłą dziewczyną, która potrafiła zatańczyć trzech chłopców na śmierć. Tylko ten uśmiech i oczy pozostały te same. Zadrżał. Był kiedyś taki czas, kiedy marzył o poślubieniu Laili, a ona do pewnego stopnia odwzajemniała to uczucie. Prawdę mówiąc, pielęgnowała je dłużej niż on. Na szczęście była zbyt oczarowana swym dzieckiem oraz bardziej jeszcze od niego korpulentnym jegomościem, który stał u jej boku, by skupić na nim uwagę. Jej towarzysza Perrin również rozpoznaj. Natley Lewin. A więc Laila nazywała się teraz Lewin. Dziwne. Nat nigdy nie umiał tańczyć. Dziękując Światłości za to, że udało mu się uniknąć jego losu, Perrin rozejrzał się dookoła w poszukiwaniu Faile.
Znalazł ją; bezcelowo potrząsała wodzami Jaskółki, a klacz trącała pyskiem jej ramię. Zanadto była zajęta posyłaniem pełnych zachwytu uśmiechów w stronę Wila al’Seena, kuzyna z okolic Deven Ride, by zwracać uwagę na swego konia, zwłaszcza że Wil odwzajemniał te uśmiechy. Przystojny chłopiec z tego Wila. Cóż, niby o rok starszy od Perrina, ale tak przystojny, że wyglądał niezwykle młodo. Kiedy przyjeżdżał do Pola Emonda na tańce, wszystkie dziewczęta wpatrywały się w niego i wzdychały. Tak jak teraz Faile. Ona co prawda nie wzdychała, ale jej uśmiech wyrażał zdecydowany zachwyt.
Perrin podszedł do niej i objął ją ramieniem, wspierając drugą rękę na toporze.
— Jak się masz, Wil? — zapytał, uśmiechając się najszerzej, jak potrafił. Nie było sensu pozwalać, by Faile pomyślała sobie, że jest zazdrosny. Zwłaszcza, że wcale nie był.
— Nieźle, Perrin. — Wzrok Wila umknął przed jego oczyma, po czym odbił się od topora; na twarzy tamtego rozlał się wyraz głębokiego obrzydzenia. — Całkiem nieźle.
Starając się nie spojrzeć już więcej na Faile, pośpiesznie dołączył do ludzi stłoczonych wokół Verin.
Faile zadarła głowę, by spojrzeć Perrinowi w oczy i wydęła usta, a potem dłonią złapała go za brodę i delikatnie targnęła głową.
— Perrin, Perrin, Perrin — wymruczała cicho.
Nie całkiem rozumiał, co chciała przez to powiedzieć, ale uznał, że roztropniej będzie, jeśli nie zapyta. Wyglądała tak, jakby sama nie wiedziała, czy jest zła, czy raczej... a może przypadkiem rozbawiona? Lepiej nie zmuszać jej, by musiała się zdecydować.
Wil nie był oczywiście jedynym, który popatrywał z ukosa w jego oczy. Zdawało się, że każdy, młody czy stary, kobieta czy mężczyzna, wzdragał się za pierwszym razem, gdy napotykał jego wzrok. Stara pani al’Seen dźgnęła go kosturem, a jej ciemne, starcze oczy rozszerzyły się ze zdziwienia, kiedy coś niezrozumiale bąknął. Może uznała, że nie jest do końca realny. Nikt jednak nie powiedział ani słowa.
Niebawem konie zostały zaprowadzone do stodół. — Tomas sam zawiódł swego siwka; zwierzę wyraźnie nie życzyło sobie, by ktoś inny dotykał jego wodzy — po czym wszyscy, z wyjątkiem chłopców na dachach, wtłoczyli się do domu, wypełniając go niemal bez reszty. Przemieszani Lewinowie i al’Seenowie, ci dorośli, utworzyli we frontowej izbie podwójny rząd, z pominięciem wszelkich względów porządku albo starszeństwa. Dzieci trafiły w objęcia matek albo, przegnane, zaglądały do środka między nogami starszych, którzy szczelnie zastawili drzwi.
Dla nowo przybyłych przyniesiono mocną herbatę i krzesła, wyposażone w siedzenia z sitowia oraz wysokie oparcia, Verin i Faile dostały dodatkowo haftowane poduszki. Osoby Verin, Tomasa i Faile wywołały stosowne poruszenie. Izbę wypełniał gwar podobny do trajkotania gęsi, wszyscy gapili się na tych troje, jakby nosili korony albo lada moment mieli przystąpić do pokazu kuglarskich sztuczek. Obcy zawsze stanowili przedmiot zaciekawienia w Dwu Rzekach. Miecz Tomasa sprowokował do szczególnych komentarzy wygłaszanych półszeptem, które Perrin z łatwością słyszał. Miecze nie były tu rzeczą na porządku dziennym, przynajmniej do czasu pojawienia się Białych Płaszczy. Niektórzy uważali, że Tomas należy do Białych Płaszczy, inni, że jest lordem. Chłopiec, który sięgał niewiele wyżej pasa dorosłych, wspomniał Strażników, ale starsi go wyśmiali.
Gdy goście już siedzieli, Jac al’Seen, potężnie zbudowany, barczysty mężczyzna, którego włosy były mocniej jeszcze przerzedzone niż u pana al’Vere, ale za to równie siwe, usadowił się przed szerokim, kamiennym kominkiem. Na półce za jego głową, między dwoma dużymi srebrnymi pucharami tykał zegar, dowód, iż dobrze sobie radził jako farmer. Wrzawa ucichła, kiedy podniósł rękę, aczkolwiek jego kuzyn Wit, niemalże bliźniaczo podobny, gdyby nie całkowity brak włosów, oraz Flann Lynn, sękata tyka od fasoli, zwieńczona siwą czupryną, i tak zabrali się za uciszanie swoich rodzin.
— Pani Mathwin, lady Faile — zagaił Jac, kłaniając się im obu niezdarnie — jest nam miło gościć was tutaj tak długo, jak sobie zażyczycie. Muszę was jednak przestrzec. Wiecie, jakie przeżywamy strapienia w tej okolicy. Najlepiej będzie dla was, jeśli udacie się prosto do Pola Emonda albo Wzgórza Czat i tam już zostaniecie. Zbyt wielkie to kłopoty, by dodatkowo je potęgować. Poradziłbym wam, byście w ogóle opuściły Dwie Rzeki, ale, jak rozumiem, Synowie Światłości nie przepuszczają nikogo przez Taren. Nie wiem dlaczego, ale tak właśnie jest.
— Kiedy tyle wspaniałych historii krąży po tej okolicy — odparła Verin, łagodnie mrugając. — Zmarnowałabym sposobność ich poznania, gdybym zatrzymała się w jakiejś wiosce.