— Czyżby? — zapytał sucho Perrin. To ma być przykład mistrzowskich rad lorda Luka? — Trolloki widzą w ciemnościach jak koty. Wpadną na was, wyłamując kopniakami drzwi, zanim wasi chłopcy zdążą wznieść bodaj jeden okrzyk.
— Robimy, co możemy — warknął Flann. — Nie próbuj nas straszyć. Tu są dzieci. Lord Luc przynajmniej podsuwa nam pomocne sugestie. Był u mnie na dzień przed pojawieniem się trolloków, żeby sprawdzić, czy wszystkich rozmieściłem na właściwych stanowiskach. Krew i popioły! Gdyby nie on, trolloki wymordowałyby nas wszystkich.
Luc zdawał się nie słyszeć pochwał, jakimi go obdarzono. Bacznie obserwował Perrina, jednocześnie nazbyt skoncentrowany na swych rękawicach, które wpychał za sprzączkę w kształcie złotej lwiej głowy, spinającą pas. Faile też go obserwowała z nieznacznym grymasem.
— A ja myślałem, że uratowały was Białe Płaszcze, panie Lewin. Wydawało mi się, że to patrol Białych Płaszczy przybył w samą porę i przepędził trolloki.
— No cóż, tak było. — Flann przejechał dłonią po siwych włosach. — Ale lord Luc... Gdyby Białe Płaszcze się nie zjawiły, to wtedy... On przynajmniej nie usiłuje nas straszyć — wymamrotał.
— Dobrze więc, niech nie straszy — powiedział Perrin. — Ja natomiast boję się trolloków. A was przed trollokami przecież bronią Białe Płaszcze. Kiedy mogą.
— Chcesz zatem przypisać wszelkie zasługi Białym Płaszczom? — Luc wbił w Perrina zimne spojrzenie, jakby atakował jakiś słaby punkt. — Jak ci się wydaje, kto ponosi odpowiedzialność za Smocze Kły rysowane na drzwiach? Prawda, ich dłonie nigdy nie chwytają węgla drzewnego, ale to oni za tym stoją. To oni podkradają się pod domy tych poczciwych ludzi, zadają pytania i żądają odpowiedzi, jakby każdy dach nad ich głowami należał do nich. Powiadam, ci ludzie są swymi własnymi panami, nie psami przywoływanymi do nogi przez Białe Płaszcze. Można pozwolić im na patrolowanie tych okolic, bo to słuszne, ale witając na progu, mówić, na czyjej są ziemi. Tak ja twierdzę. Jak sobie chcesz być psem Białych Płaszczy, to niech i tak będzie, ale nie zazdrość tym dobrym ludziom ich wolności.
Perrin wytrzymał spojrzenie Luka.
— Nie żywię żadnych ciepłych uczuć względem Białych Płaszczy. Oni przecież chcą mnie powiesić, nie słyszałeś?
Wysoki lord zamrugał, jakby istotnie nie słyszał, a może zapomniał, bo tak usilnie czekał na sposobność doskoczenia Perrinowi do gardła.
— W takim razie cóż takiego proponujesz?
Perrin odwrócił się do niego plecami i stanął twarzą do kominka. Nie miał zamiaru spierać się na osobności z Lukiem. Niech wszyscy posłuchają. Bez wątpienia patrzą na niego. Powie to, co myśli i niech już będzie po wszystkim.
— Musicie polegać na Białych Płaszczach, musicie liczyć na to, że odstraszą trolloki, liczyć, że przybędą w porę w razie ich ataku. A dlaczego? Bo każdy człowiek stara się pozostawać na swej farmie, jeśli może, albo trzymać się jej tak blisko jak się da, jeśli już musi się od niej oddalić. Utworzyliście sto małych grupek, podobnych do dojrzałych kiści winogron, które można zerwać lada chwila. Dopóki tak będzie, dopóki będziecie musieli się modlić, by Białe Płaszcze powstrzymywały trolloki przed rozgnieceniem was na wino — nie macie żadnego wyboru, tylko musicie im pozwolić na zadawanie wszelkich pytań i domaganie się odpowiedzi. Musicie stanąć na uboczu i stamtąd się przyglądać, jak porywają niewinnych ludzi. A może ktoś tutaj uważa, że Haral i Alsbet Luhhanowie to Sprzymierzeńcy Ciemności? Natti Cauthon? Bodewhin i Eldrin?
Spojrzenie, jakim Abell omiótł izbę, odstraszyłoby każdego, kto chciałby ewentualnie dać do zrozumienia, że tak uważa, ale w istocie wcale nie było potrzebne. Nawet Adine Lewin skupiła uwagę na Perrinie. Luc popatrywał na niego krzywo, w przerwach między obserwowaniem reakcji ludzi stłoczonych w izbie.
— Wiem, że oni nie powinni byli aresztować Natti, Alsbet i pozostałych — powiedział Wit — ale dość już na tym.
Potarł dłonią swą łysą czaszkę i obdarzył Abella zakłopotanym spojrzeniem.
— Chciałem rzec, że trzeba ich zmusić, by puścili wszystkich wolno. Nie słyszałem, by kogoś od tego czasu aresztowali.
— Twoim zdaniem to oznacza, że już po wszystkim? — — spytał Perrin. — Naprawdę myślisz, że zadowolili się aresztowaniem Cauthonów i Luhhanów? Dwoma spalonymi farmami? Które z was będzie następne? Za to tylko, że powiedziało coś niewłaściwego albo też zwyczajnie, dla przykładu. Całkiem możliwe, że to Białe Płaszcze a nie trolloki podłożą pochodnię pod ten dom. Albo może to właśnie na waszych drzwiach ktoś nocą wyrysuje Smoczy Kieł. Zawsze się znajdą ludzie, którzy w coś takiego uwierzą.
Kilkoro oczu pomknęło w stronę Adine, która zaszurała nogami i zgarbiła ramiona.
— Nawet, jeśli z tego wszystkiego wynika tylko tyle, że będziecie zasuwać rygle przed każdym Białym Płaszczem, który się tu zjawi, to czy naprawdę chcecie tak żyć? A co z waszymi dziećmi? Zdajecie się na łaskę trolloków, na łaskę Białych Płaszczy, na łaskę każdego, kto żywi wobec was jakieś urazy. Zgódźcie się na opiekę jednych, a wnet spadnie na was jarzmo pozostałych. Ukrywacie się w piwnicy w nadziei, że jeden wściekły pies obroni was przed drugim, w nadziei, że skuszone mrokiem szczury jednak nie zakradną się do niej, żeby was pokąsać.
Jac wymienił zmartwione spojrzenia z Flannem i Witem, z pozostałymi mężczyznami zgromadzonymi w izbie, po czym wolno powiedział:
— Jeśli uważasz, że postępujemy źle, to co w takim razie proponujesz?
Perrin nie spodziewał się tego pytania — był przekonany, że się rozzłoszczą — ale bezzwłocznie podzielił się swymi przemyśleniami.
— Zbierzcie wszystkich ludzi. Zbierzcie owce, krowy, kury, wszystko. Zbierzcie i zaprowadźcie tam, gdzie ludzie i zwierzęta mogą być bezpieczni. Idźcie do Pola Emonda. Albo do Wzgórza Czat, bo to bliżej, z tym że wówczas znajdziecie się pod dozorem Białych Płaszczy. Dopóki tu jest was dwudziestu, tam pięćdziesięciu, stanowicie łatwy łup dla trolloków. Jeśli zbiorą się was setki, wówczas będziecie mieli jakieś szanse i to bez konieczności zginania karku przed Białymi Płaszczami.
To wywołało wybuch, jakiego się spodziewał.
— Ja miałbym opuścić farmę! — zakrzyczał Flann okrzyk Wita.
— Oszalałeś!
Słowa wylewały się z ich ust, z ust ich braci i kuzynów, jedni krzyczeli głośniej od drugich.
— Iść do Pola Emonda? Będę miał za daleko, żeby codziennie sprawdzać pola!
— Wszystko porośnie chwastem!
— Nie wiem, w jaki sposób miałbym zrobić żniwa!
— ...jak przyjdą deszcze...!
— ...próbuję odbudować...!
— ...tytoń zgnije...!
— ...trzeba będzie zostawić...!
Umilkli, gdy Perrin uderzył pięścią w półkę kominka.
— Nie widziałem zdeptanego albo podpalonego pola, ani też spalonego domu bądź stodoły, jeśli nie było tam ludzi. To po ludzi przychodzą trolloki. A nawet jeśli coś spalą? Zboże można zasiać na nowo. To, co z kamienia, zaprawy i drewna da się odbudować. A czy je możecie odbudować?
Wskazał dziecko Laili, a ona przycisnęła je do piersi, spoglądając na niego chmurnie, jakby on sam mu groził. Niemniej jednak spojrzenia, jakimi obdarzyła swego męża i Flanna, były pełne bojaźni. Podniósł się pełen niepokoju szmer.
— Opuścić farmę — mruknął Jac, kręcąc głową. — Nie wiem, Perrin.
— To twój wybór, panie al’Seen. Ziemia wciąż tu będzie, kiedy wrócicie. Trolloki nie mogą jej uprowadzić. Zastanów się, czy to samo da się powiedzieć o twojej rodzinie.
Szmer przeobraził się we wrzawę. Kilka kobiet, głównie te, które obarczone były jednym lub dwójką dzieci, zaatakowało swych mężów, z których żaden nie miał najmniejszej ochoty podejmować sprzeczki.