Połapał się nagle, że wydaje rozkazy, ale kiedy próbował przeprosić, Tam uśmiechnął się szeroko i powiedział:
— Perrin, przejąłeś dowodzenie już w domu Jaka. Nie po raz pierwszy jestem posłuszny młodszemu mężczyźnie, który rozumie znakomicie, co należy robić.
— Dobrze sobie radzisz, Perrin — pochwalił go Abell, zanim obaj starsi mężczyźni wślizgnęli się pomiędzy drzewa.
Zaskoczony Perrin podrapał się po brodzie. On przejął do — wodzenie? Teraz, jak o tym myślał, to rzeczywiście ani Tam, ani Abell nie podjęli jeszcze żadnej decyzji od momentu, gdy wyjechali z farmy al’Seenów, a tylko podsuwali sugestie i pozostawiali rozstrzygnięcia jemu. Od tego czasu żaden też nie nazwał go „chłopcem”.
— Interesujące — orzekła Verin. Wyciągnęła swoją książeczkę. Bardzo żałował, że nie będzie miał nigdy okazji przeczytać, co też ona w niej pisze.
— Masz zamiar znowu mnie przestrzegać przed głupimi wyczynami? — spytał.
Zamiast udzielić mu bezpośredniej odpowiedzi, pojednawczym tonem stwierdziła:
— Jeszcze bardziej interesujące będzie zobaczyć, co teraz zrobisz. Nie mogę powiedzieć, byś zmieniał bieg świata, tak jak to robi Rand al’Thor, ale Dwie Rzeki z pewnością ruszyły z miejsca. Ciekawam, czy masz jakieś pojęcie, w jakim kierunku je popychasz.
— Mam tylko zamiar uwolnić Luhhanów i Cauthonów — odparł ze złością. — To wszystko!
Z wyjątkiem trolloków. Oparł głowę o pień drzewa skórzanego i zamknął oczy.
— Ja robię tylko to, co muszę. Dwie Rzeki pozostaną dokładnie na tym samym miejscu, na którym zawsze były.
— Naturalnie — odrzekła Verin.
Słyszał, jak odchodzi razem z Tomasem, trzewiki i wysokie buty stąpały jednako cicho po ziemi usłanej zeszłorocznymi liśćmi. Otworzył oczy. Faile odprowadzała ich niezbyt zadowolonym spojrzeniem.
— Ona cię nie zostawi w spokoju — burknęła. Korona spleciona z rumieniczek, którą pozostawił przy siodle, kołysała się teraz w jej dłoni.
— Aes Sedai nigdy nie zostawiają człowieka w spokoju — powiedział.
Odwróciła się ku niemu z wyzywającym spojrzeniem.
— Jak sądzę, masz zamiar wyprowadzić ich stąd dzisiejszej nocy?
Trzeba to będzie zrobić wkrótce. Wszak czy nie ostrzegł wszystkich okolicznych mieszkańców? Ludzie z pewnością go zapamiętali. Białe Płaszcze mogą zdecydować się wyrządzić jakąś krzywdę swym więźniom. To możliwe. W miłosierdzie Białych Płaszczy wierzył w takim samym stopniu, jak w swoją umiejętność rzucania końmi na odległość. Zerknął na Gaula, który skinął głową.
— Tam al’Thor i Abell Cauthon potrafią się umiejętnie skradać, oczywiście jak na mieszkańców mokradeł, ale moim zdaniem Białe Płaszcze nie będą mogły dostrzec wszystkiego, co porusza się w mroku. Moim zdaniem spodziewają się, że ich ewentualni wrogowie przybędą wielką rzeszą i zatrzymają się w miejscu, w którym będzie można ich łatwo wypatrzyć.
Chiad spojrzała rozbawionymi, szarymi oczyma na Aiela.
— Czyżbyś zamierzał poruszać się jak wiatr, Kamienny Psie? Cóż za ciekawe widowisko, Kamienny Pies, który próbuje poruszać się tak lekko. Kiedy moja siostra włóczni i ja wyswobodzimy więźniów, to być może wrócimy po ciebie, gdy będziesz już zbyt stary, by sam odnaleźć drogę.
Bain dotknęła jej ramienia i Chiad popatrzyła ze zdziwieniem na kobietę o płomiennych włosach. Po jakiejś chwili poczerwieniała nieznacznie pod swoją opalenizną. Obie przeniosły wzrok na Faile, która wciąż obserwowała Perrina z zadartą do góry głową i rękoma skrzyżowanymi na piersiach.
Zrobił głęboki wdech. Bain i Chiad na pewno go nie poprą, jeśli jej powie, że nie chce, by mu towarzyszyła. Nadal podkreślały, że są z nią, a nie z nim. Może Faile również była z nimi. Być może on i Gaul daliby radę zrobić to sami, ale nie miał pojęcia, jak ją zmusić do pozostania, gdy postanowi inaczej. Faile, jak to Faile, zapewne zakradnie się za nimi.
— Będziesz się trzymała blisko mnie — oznajmił stanowczym tonem. — Chcę uwolnić więźniów, a nie zostawiać za sobą jeszcze jednego.
Z uśmiechem przysiadła obok, wciskając ramię pod jego pachę.
— Moim zdaniem trzymanie się blisko ciebie to wyśmienity pomysł.
Bain zachichotała, gdy narzuciła mu na głowę koronę z czerwonych kwiatów.
Wzniósł oczy ku niebu; zobaczył skraj tego okropieństwa, które wisiało mu na czole. Pewnie wyglądał jak jakiś dureń. Ale mimo to nie zdjął wianka.
Słońce sunęło w dół tak wolno jak paciorek wrzucony do miodu. Abell przyniósł trochę chleba i sera — ponad połowa przyszłych bohaterów nie zabrała nic do jedzenia — posilili się i czekali. Zapadła noc; rozświetlał ją księżyc, który stał już wprawdzie wysoko, ale przesłaniały go od czasu do czasu pędzące po niebie chmury. Perrin czekał. Światła w obozie Białych Płaszczy pogasły, podobnie jak we Wzgórzu Czat, przywołał więc Tama, Faile i Aielów. Dla niego ich twarze były wyraźnie widoczne. Verin stała dostatecznie blisko, by słyszeć ich naradę. Abell i Tomas towarzyszyli pozostałym ludziom z Dwu Rzek, pilnowali, by zachowywali się cicho.
Czuł się nieco dziwnie, wydając polecenia, toteż starał się, aby brzmiały jak najprościej. Tam al’Thor miał dopatrzyć, by wszyscy byli przygotowani do jazdy wraz z chwilą, gdy Perrin powróci z więźniami. Białe Płaszcze zaczną ich ścigać, jak tylko odkryją, co się stało, więc potrzebowali miejsca, w którym będą mogli się ukryć. Tam znał jedno takie, dom na opustoszałej farmie na skraju Zachodniego Lasu.
— W miarę możliwości starajcie się nikogo nie zabić — — przestrzegł Aielów Perrin. — Białe Płaszcze dostatecznie się wściekną z powodu utraty więźniów. Będą gotowi podpalić słońce, jeśli polegną jacyś ich ludzie.
Gaul i Panny pokiwali głowami, jakby już nie mogli się tego doczekać. Dziwni ludzie. Zniknęli w nocnym mroku.
— Uważaj na siebie — przestrzegła go cichym głosem Verin, kiedy przewiesił swój łuk przez plecy. — Ta’veren bynajmniej nie są nieśmiertelni.
— Wiesz, Tomas mógłby się przydać.
— Uważasz, że naprawdę jego obecność coś zmieni? — spytała z zadumą w głosie. — A poza tym mam dla niego inne zadania.
Kręcąc głową, wyszedł z zarośli i zaraz gdy tylko znalazł się poza skrajem gęstwiny, padł na czworaki, niemal przywierając do ziemi. Faile, u jego boku, zrobiła dokładnie to samo. Osłaniały ich wystarczająco wysokie źdźbła trawy i polne kwiaty. Cieszył się, że nie widzi jego twarzy. Bał się rozpaczliwie. Nie o siebie, ale jeśli jej coś się przydarzy...
Pełzli przez otwartą przestrzeń, kolejne dwa ruchliwe cienie, rzucane przez księżyc, a na znak dany przez Perrina zatrzymali się w odległości około dziesięciu kroków od linii, po której tam i z powrotem chodzili wartownicy w płaszczach połyskujących bielą w księżycowym blasku. Dwaj z nich właśnie zatrzymali się, głośno tupiąc, niemal tui przed ich kryjówką.
— Noc jest spokojna — obwieścił jeden. — Oby nas Światłość oświeciła i chroniła przed Cieniem.
— Noc jest spokojna — odparł drugi. — Oby nas Światłość oświeciła i chroniła przed Cieniem.
Odwróciwszy się na pięcie, odmaszerowali, nie spojrzawszy nawet ani w lewo, ani w prawo.