Выбрать главу

— Kiedy dam znak... — zaczął Perrin i w tym momencie w obozie ktoś krzyknął, po chwili jeszcze raz, tym razem głośniej, rozległ się dźwięk rogu i z namiotów zaczęli się wysypywać rozkrzyczani mężczyźni. Nie miało znaczenia, czy odkryli zniknięcie więźniów, czy też ciało nieprzytomnego mężczyzny, który zaatakował Perrina.

— Za mną! — zawołał Perrin, wbijając pięty w boki ciemnego wałacha, którego dla siebie wybrał. — Naprzód!

Mimo iż ruszył na łeb na szyję, starał się nie tracić nikogo z pola widzenia. Pan Luhhan był niemal równie kiepskim jeźdźcem jak jego żona; podczas gdy konie pozostałych poderwały się galopem, wierzchowce ich obojga tylko dreptały w miejscu, prawie zrzucając swych niefortunnych jeźdźców na ziemię. Któraś z dziewcząt, Bode albo Eldrin, krzyczała co sił w płucach, może z podniecenia, może z panicznego strachu. Na szczęście wartownicy nie spodziewali się kłopotów na terenie obozu. Jakiś odziany na biało mężczyzna, który starał się przebić wzrokiem mrok, odwrócił się w samą porę, by uskoczyć z drogi przed szarżującymi końmi, krzycząc niemal równie przeraźliwie jak dziewczęta Cauthonów. Za ich plecami ponownie rozbrzmiały dźwięki rogów, a nocne ciemności przeszyły wrzaski rozkazów, znacznie wcześniej nim dotarli pod osłonę drzew, które w tej chwili i tak nie stanowiły już żadnej kryjówki.

Tam al’Thor nakazał wcześniej wszystkim dosiąść koni, zgodnie z prośbą Perrina. Albo zgodnie z rozkazem Perrina, który przeskoczył z grzbietu wałacha prosto na grzbiet Steppera. Verin i Tomas byli jedynymi, którzy nie podskakiwali w siodłach; tylko ich konie nie wierzgały, zarażając się zdenerwowaniem swych jeźdźców. Abell ściskał swą żonę i córki, wszyscy czworo śmiali się i płakali jednocześnie. Pan Luhhan potrząsał wyciągniętymi się ku niemu dłońmi. Wszyscy prócz Aielów, Verin i jej Strażnika, gratulowali sobie nawzajem, jakby mieli już całą rzecz za sobą.

— Perrin, to przecież ty! — wykrzyknęła pani Luhhan. Jej okrągła twarz wyzierająca spod hełmu, przekrzywionego na bakier z powodu wepchniętego podeń warkocza, wyglądała dość osobliwie. — Co ty masz na twarzy, młody człowieku? Jestem ci co najmniej wdzięczna, ale nie usiądziesz przy moim stole, jeśli będziesz wyglądał jak...

— Nie czas na gadanie — przerwał, ignorując jej zaniepokojenie jego wyglądem. Wprawdzie nie zaliczała się do kobiet, którym można bezkarnie przerywać, jednakże rogi Białych Płaszczy zaczęły właśnie wygrywać coś jeszcze prócz alarmowej nuty. Były to krótkie, powtarzające się dźwięki, przenikliwe i naglące. Rozkazy. — Tam, Abell, zabierzcie pana Luhhana i kobiety do waszej kryjówki. Gaul, pójdziesz z nimi. Faile też.

A więc również Bain i Chiad.

— Także Hu i Haim. — Powinni wystarczyć dla zapewnienia im bezpieczeństwa. — Poruszajcie się jak najciszej. To będzie ważniejsze od tempa, przynajmniej na początku. Jedźcie już.

Ci, których wymienił, bez słowa sprzeciwu ruszyli na zachód, aczkolwiek pani Luhhan, wczepiona oburącz w grzywę swego wierzchowca, obdarzyła go bardzo nieprzyjemnym spojrzeniem. Oszołomił go natomiast brak sprzeciwu ze strony Faile, do tego stopnia, że dopiero po chwili uprzytomnił sobie, iż zwrócił się do pana al’Thora i pana Cauthona po imieniu.

Verin razem z Tomasem została z tyłu, a Perrin spojrzał na nich ostro.

— Jest jakaś szansa na odrobinę pomocy z waszej strony?

— Być może nie na taką, jakiej byś sobie zażyczył — Aes Sedai odparła spokojnie, jakby w obozie Białych Płaszczy, oddalonym o zaledwie milę, bynajmniej nie wrzało niczym w ulu. — Moje motywy nie różnią się dzisiaj od tych, którymi kierowałam się wczoraj. Wydaje mi się jednak, że za... och... pół godziny zacznie padać. Może wcześniej. Spodziewam się całkiem sporej ulewy.

Pół godziny. Perrin chrząknął i odwrócił się do pozostałych chłopców z Dwu Rzek. Drżeli aż z ochoty rzucenia się do ucieczki, pobielałymi kłykciami rozpaczliwie ściskali łuki. Miał nadzieję, że oni wszyscy pamiętali przynajmniej o zapasowych cięciwach, skoro zanosiło się na deszcz.

— My odciągniemy Białe Płaszcze, dzięki czemu pani Cauthon, pani Luhhan i pozostali będą mogli bezpiecznie uciec  — wyjaśnił. — Poprowadzimy ich Drogą Północną, dopóki nie zgubimy ich w deszczu. Jeśli któryś chce uciekać, to lepiej niech zrobi to zaraz.

Kilka dłoni schwyciło wodze, nikt jednak nie ruszył się, wszyscy siedzieli spokojnie w siodłach i patrzyli na niego.

— No to w porządku. Zacznijcie wrzeszczeć, krzyczcie, jakbyście potracili rozumy, aby nas mogli usłyszeć. Dopóki nie dotrzemy do drogi.

Wyjąc co sił w płucach, zawrócił Steppera i pogalopował w stronę drogi. Z początku nie był wcale taki przekonany, czy za nim pojadą, ale już po chwili ich dzikie wrzaski zagłuszyły jego ryk i tętent kopyt. Jeśli Białe Płaszcze tego nie słyszały, musiały chyba być kompletnie głuche.

Niektórzy nie przestali hałasować, nawet wówczas gdy dotarli do mocno ubitej Północnej Drogi i skręcili na południe, mknąc na łeb na szyję przez nocny mrok. Inni zaś śmiali się i wydawali okrzyki radości. Perrin strząsnął z ramion biały płaszcz i pozwolił mu sfrunąć na ziemię. Rogi rozbrzmiały ponownie, tym razem ciszej, ich głos stłumiła dal.

— Perrin! — zawołał Wil, nachylając się do karku swego konia. — Co teraz zrobimy? Co będziemy robić?

— Polować na trolloki! — odkrzyknął Perrin przez ramię.

Zaczęli się śmiać ze zdwojoną mocą, uznał więc, że mu nie uwierzyli. Czuł jednak wzrok Verin wwiercający się w jego plecy. Ona wiedziała. Nocne niebo przeszył huk grzmotu, jakby echem odpowiedział mu stukot końskich kopyt.

34

Ten który przychodzi ze świtem

Cienie świtu stawały się coraz krótsze i bladły stopniowo, w miarę jak Rand i Mat pokonywali nagie, wciąż ciemne dno doliny, zostawiając za sobą spowite we mgłę Rhuidean. Suche powietrze zwiastowało nadciągającą spiekotę, niemniej jednak Rand, nie mając na sobie kaftana, czuł przenikający chłód, który towarzyszył lekkim podmuchom wiatru. To nie potrwa długo; niebawem zaatakuje ich pełne słońce parzące jak ukrop obnażoną skórę. Biegli najszybciej jak potrafili, w nadziei, że okażą się zwycięzcami w wyścigu z nadciągającym żarem, ale nie sądził, by mieli jakieś szanse. Wbrew wszelkim staraniom nie potrafili biec naprawdę szybko.

Mat truchtał właściwie, ledwo powłócząc obolałymi nogami; połowę jego twarzy znaczyła ciemna smuga, rozchełstany kaftan odsłaniał rozwiązaną koszulę, którą przylepiła do ciała zasychająca krew. Od czasu do czasu ostrożnie dotykał grubej bruzdy otaczającej gardło, sczerniałej już prawie, pomrukując coś przy tym bezgłośnie. Właściwie bez przerwy się potykał, a wówczas wspierał się przez moment dziwaczną włócznią o czarnym drzewcu i ściskał za głowę. Nie skarżył się, co niestety stanowiło zły znak. Mat zawsze mocno utyskiwał z powodu niewielkich niewygód, skoro zaś teraz milczał, znaczyło to, że dręczył go ból naprawdę dojmujący.

Rand nie mógł pozbyć się uczucia, jakby coś się wgryzało w starą, częściowo tylko zaleczoną ranę w boku, piekły go skaleczenia na twarzy i głowie, brnął jednak dalej, zgięty wpół, starając się za wszelką cenę odepchnąć od siebie ból. Za bardzo dręczyła go świadomość, że za jego plecami wschodzi słońce, a gdzieś przed nim, na nagim zboczu czekają Aielowie. Tam była woda i cień, i pomoc dla Mata. Wschodzące słońce za plecami i Aielowie przed nim. Świt i Aielowie.

Ten Który Przychodzi Ze Świtem. Tamta Aes Sedai, którą spotkał, choć może mu się tylko śniło, że ją spotkał, zanim dotarł do Rhuidean — wyrażała się w takich słowach, jakby głosiła Przepowiednię.