Podniósł szybko obnażoną rękę tak wysoko, by Couladin i jego ludzie mogli ją zobaczyć. Wśród członków klanu Shaido rozległy się szmery; Couladin tylko coś warknął bez słów. Tłum zgromadzony wokół granitowego występu rósł, jako że coraz więcej Shaido nadbiegało ze swoich namiotów. Nieco wyżej na zboczu stał Rhuarc z Heirnem i jego Jindo; czujnie obserwowali Shaido oraz Randa, spowici w aurę wyczekiwania, której nie rozproszył widok symbolu na uniesionym ramieniu. W połowie drogi dzielącej obie grupy przystanął Lan, z rękoma wspartymi o rękojeść miecza i twarzą niby czoło nadciągającej burzy.
W chwili, gdy Rand zaczynał powoli pojmować, że Aielowie czekają na coś więcej jeszcze, zbliżyły się do niego schodzące ze szczytu góry Egwene oraz pozostałe trzy Mądre. Twarze starszych kobiet aż mieniły się kolorami, będącymi w takim samym stopniu rezultatem pośpiechu, do którego zostały zmuszone, jak i złości, przepełniającej je w nie mniejszym stopniu niźli Bair. Amys obrzucała piorunującymi spojrzeniami Couladina, natomiast wzrok słonecznowłosej Melaine obwiniał Randa. Seana wyglądała, ujmując najprościej, na kogoś, kto zaraz zacznie gryźć skały. Egwene, z głową obwiązaną chustą, której końce miała ułożone na ramionach, wpatrywała się w Mata i w niego na poły z konsternacją, a na poły tak, jakby jakiś czas temu porzuciła nadzieję, że ich jeszcze kiedykolwiek zobaczy.
— Głupi mężczyzno — burknęła Bair. — Wszystkie znaki.
Cisnąwszy worek z wodą w stronę Mata, chwyciła prawą rękę Randa i zadarła mu rękaw, ukazując lustrzane odbicie stworzenia wyrytego w skórze lewego przedramienia. Na moment zaparło jej dech w piersiach, dopiero po chwili wydała przeciągłe westchnienie. Zdawała się balansować na ostrej jak brzytwa granicy dzielącej ulgę od lęku. Mimo że spodziewała się zobaczyć drugie piętno, nie potrafiła pozbyć się strachu. Amys i pozostałe dwie Mądre niczym echo odpowiedziały podobnym westchnieniem. Przestraszone kobiety Aiel stanowiły osobliwy widok.
Rand prawie wybuchnął śmiechem, choć wcale nie był rozbawiony.
— „Dwa razy podwójnie będzie naznaczony”.
Tak właśnie mówiły Proroctwa Smoka. Czaple odciśnięte we wnętrzach obu dłoni, a teraz te piętna. Jedno z tych dziwacznych stworzeń — Smoki, tak je nazywało Proroctwo — miało być „przez pamięć utraconą”. Rhuidean z pewnością jej dostarczyło utraconą historię pochodzenia Aielów. Drugie musiało być „przez cenę, którą musi zapłacić”.
„Jak szybko będę ją musiał zapłacić? — zastanawiał się. — I ilu ludzi będzie musiało zapłacić ją razem ze mną?”
Zawsze będą musieli być ci inni, nawet gdyby ze wszystkich sił starał się zapłacić ją sam jeden.
Nie zważając na przepełniający ją lęk, Bair nie zawahała się ani na moment przed uniesieniem jego ręki w górę i głośnym obwieszczeniem:
— Patrzcie na to, czego nigdy dotąd nie widziano. Oto wybrany został Car’a’carn, wódz wodzów. Zrodzony z Panny, przybył o świcie z Rhuidean, by zjednoczyć Aielów, jak powiada proroctwo! Oto zaczyna się spełniać!
Rand zupełnie nie przewidział, że reakcje Aielów będą właśnie takie. Couladin spojrzał na niego z góry, z jeszcze większą nienawiścią niż przedtem, o ile to w ogóle możliwe, i sztywno wyprostowany ruszył w górę zbocza, by zniknąć między namiotami Shaido. Sami Shaido zaczęli się rozchodzić, zerkając na Randa z nieodgadnionymi twarzami, po czym sprężystymi krokami powędrowali do swych schronień. Heirn i wojownicy ze szczepu Jindo, prawie się nie wahając, postąpili tak samo. Po kilku chwilach na zboczu został tylko Rhuarc, jego oczy pełne były niepokoju. Lan podszedł do wodza klanu; sądząc po wyrazie jego twarzy, równie dobrze Rand mógłby dla niego wcale nie istnieć. Rand zaś nie był pewien, czego się właściwie spodziewał, ale z pewnością nie tego.
— A żebym sczezł! — mruknął Mat. Najwyraźniej dopiero teraz zdał sobie sprawę, że trzyma w dłoniach worek pełen wody. Gwałtownym ruchem wyrwał korek, podniósł w górę skórzany bukłak i pił, a woda ciekła mu po twarzy, spływając na pierś. Gdy wreszcie zaspokoił pragnienie, przyjrzał się ponownie piętnom na rękach Randa i potrząsnął głową, powtarzając: „Niech sczeznę!”, i dopiero wtedy podał mu worek z resztą wody.
Rand wpatrywał się z konsternacją w Aielów, po chwili jednak napił się z prawdziwą rozkoszą. Pierwsze łyki przepaliły bólem wyschnięte gardło.
— Co wam się stało? — spytała ostro Egwene. — Czy Muradin was zaatakował?
— Zabronione jest mówić o tym, co zaszło w Rhuidean — surowo zaprotestowała Bair.
— Nie Muradin — odparł Rand. — Gdzie jest Moiraine? Sądziłem, że ona pierwsza nas powita.
Potarł twarz, na dłoni zostały mu czarne płatki zaschniętej krwi.
— Nie dbam teraz o to, czy zapyta o pozwolenie, zanim mnie uzdrowi.
— Ani ja — dodał ochrypłym głosem Mat. Chwiał się, wspierając na włóczni i przyciskał grzbiet dłoni do czoła. — Kręci mi się w głowie.
Egwene skrzywiła się.
— Ona jest chyba jeszcze w Rhuidean. Ale skoro w końcu wy wyszliście stamtąd, to może jej też się uda. Poszła zaraz po was. Aviendha także. Tak długo was wszystkich nie było.
— Moiraine poszła do Rhuidean? — spytał z niedowierzaniem Rand. — I Aviendha? Dlaczego...?
Nagle dotarł do niego sens pozostałych jej słów.
— Co masz na myśli, mówiąc: „tak długo”?
— Upłynęło siedem dni — odparła. — Siedem dni, odkąd wszyscy poszliście do doliny.
Worek wypadł mu z rąk. Seana złapała go, zanim na kamienne zbocze wylała się reszta jakże cennej w Pustkowiu wody. Rand ledwie to zauważył. Siedem dni. Podczas siedmiu dni mogło się zdarzyć wszystko.
„Mogą mnie już ścigać, domyślać się, co planuję. Muszę wykonać ruch. Szybki ruch. Muszę ich wyprzedzić. Nie po to zaszedłem tak daleko, by teraz przegrać”.
Wszyscy wpatrywali się w niego, nawet Rhuarc i Mat, z oczyma pełnymi prawdziwej troski. I z czujnością. Nic dziwnego. Któż może wiedzieć, co mu przyjdzie do głowy, do jakiego stopnia zachował jeszcze zdrowe zmysły? Tylko kamienny wyraz twarzy Lana nie uległ zmianie.
— Mówiłem ci, że to była Aviendha, Rand. Naga jak nowo narodzone niemowlę. — W głosie Mata słychać było pełne bólu zgrzytanie, stał, kołysząc się na niepewnych nogach.
— Kiedy powróci Moiraine? — spytał Rand. — Skoro poszła w tym samym czasie, to powinna niebawem się pojawić.
— Jeśli nie wróci przed upływem dziesiątego dnia — odparła Bair — to nie wróci już nigdy. Nikomu nie udało się powrócić po upływie dziesięciu dni.
A więc dodatkowe trzy dni, być może. Jeszcze trzy dni, a on stracił ich już siedem.
„A niech sobie przychodzą. Nie przegram!”
Ledwie zdołał opanować szyderczy grymas wypełzający mu na twarz.
— Potraficie przenosić Moc. W każdym razie przynajmniej jedna z was potrafi. Widziałem, jak miotałyście ciałem Couladina. Czy uzdrowicie Mata?
Amys i Melaine wymieniły spojrzenia, które można było określić jedynie słowami: „pełne żalu”.
— Nasze drogi rozeszły się w innych kierunkach — ze smutkiem stwierdziła Amys. — Są Mądre, które potrafiłyby zrobić to, o co prosisz, przynajmniej do pewnego stopnia, ale my do nich nie należymy.
— Co chcesz przez to powiedzieć? — spytał gniewnym tonem. — Potraficie przenosić jak Aes Sedai. Dlaczego więc nie potraficie uzdrawiać jak one? Początkowo nawet nie chciałyście, by w ogóle poszedł do Rhuidean. A teraz myślicie, że możecie spokojnie pozwolić mu umrzeć tu, na waszych oczach?