Выбрать главу

Nagle zdała sobie sprawę z obecności Amys, która siedziała obok niej na skrzyżowanych nogach, skryta w cieniu. Otulona w mruk twarz Mądrej była ciemna jak noc i podobnie jak noc wydawała się rodzić złe przeczucia.

— Czy ty to zrobiłaś, Amys? — spytała gniewnie. — Nie miałaś prawa tak mnie wywlekać. Jestem Aes Sedai z Zielonych Ajah... — To kłamstwo z łatwością już przechodziło jej przez usta — ... nie miałaś prawa...

Amys przerwała jej ze złością.

— Aes Sedai jesteś za Murem Smoka, w Białej Wieży. Tutaj jesteś głupią uczennicą, głupim dzieckiem, które raczkuje po jaskini pełnej jadowitych węży.

— Wiem, obiecałam, że nie wejdę do Tel’aran’rhiod bez ciebie — powiedziała Egwene, starając się, by brzmiało to racjonalnie — ale...

Coś ją schwyciło za kostki i poderwało nogi do góry, koce zsunęły się, koszula nocna skręciła przy samych pachach. Wisiała do góry nogami, twarz mając na jednym poziomie z oczyma Amys. Rozwścieczona otworzyła się na saidara, przekonała się jednak, że otacza ją blokada.

— Zachciało ci się iść samej — cicho syknęła Amys. — Zostałaś ostrzeżona, ale uparłaś się, że mimo to pójdziesz.

Oczy Mądrej zdawały się coraz mocniej jarzyć w ciemnościach.

— W ogóle się nie przejmując tym, co może cię tam czekać. We snach zdarzają się rzeczy, które mogą strzaskać najmężniejsze serce.

Jej twarz topniała, rozciągała się wokół oczu płonących jak niebieskie węgle. W skórze zakiełkowały łuski; szczęki, wypełnione rzędami ostrych zębów, wysunęły się do przodu.

— Rzeczy, które mogą pożreć najmężniejsze serce — warknęła.

Krzycząc przeraźliwie, Egwene tłukła się na próżno o tarczę odgradzającą ją od Prawdziwego Źródła. Usiłowała zdzielić pięścią tę potworną twarz, to monstrum, które nie mogło być Amys, coś jednak trzymało ją za nadgarstki, rozciągnęło tak mocno, że naprężona wisiała w powietrzu, podrygując. Mogła tylko zapiszczeć, kiedy te szczęki zamknęły się na jej głowie.

Krzycząc przeraźliwie, Egwene usiadła, kurczowo wczepiając dłonie w koce. Z wielkim wysiłkiem udało jej się zamknąć usta, nie mogła jednak nic zrobić z targającymi ją dreszczami. Znajdowała się w namiocie — czy na pewno? Była tam Amys, siedziała ze skrzyżowanymi nogami w cieniu, otoczona łuną saidara — czy to na pewno ona? Desperacko otworzyła się na Źródło i omal nie zawyła, kiedy ponownie odkryła barierę. Odrzuciwszy koce na bok, popełzła na czworakach przez warstwy dywanów, zaczęła rozrzucać swe porządnie ułożone ubranie. Przy pasie miała nóż. Gdzie on jest? Gdzie? Tutaj!

— Siadaj — rozkazała cierpkim tonem Amys — bo zaraz coś ci zadam na tę histerię i te fochy.

Egwene obróciła się na klęczkach, trzymała krótki nóż obiema dłońmi — drżałyby niepohamowanie, gdyby nie zacisnęła ich na rękojeści.

— Czy teraz to naprawdę ty?

— Ja we własnej osobie, zarówno teraz, jak i wtedy. Srogie lekcje to najlepsze lekcje. Masz zamiar dźgnąć mnie tym nożem?

Egwene, ociągając się, schowała nóż do pochwy.

— Nie masz prawa...

— Mam wszelkie prawo! Dałaś mi słowo. Nie wiedziałam, że Aes Sedai są zdolne do kłamstwa. Jeśli mam cię uczyć, to muszę mieć pewność, że zrobisz to, co ci każę. Nie będę patrzyła, jak moja uczennica podrzyna sobie gardło! — Amys westchnęła; otaczająca ją łuna zniknęła, a wraz z nią bariera dzieląca Egwene od saidara. — Nie mogę cię już dłużej blokować. Jesteś znacznie silniejsza ode mnie. We władaniu Jedyną Mocą. Omal nie roztrzaskałaś tarczy. Ale skoro nie potrafisz dotrzymać danego słowa, nie jestem już pewna, czy naprawdę chcę cię uczyć.

— Dotrzymam słowa, Amys. Obiecuję. Muszę jednak spotkać się z moimi przyjaciółkami w Tel’aran’rhiod. Im też obiecałam. Amys, one mogą potrzebować mojej pomocy, rady. — Wprawdzie niełatwo było w tym mroku dostrzec twarz Amys, mimo to Egwene nie zauważyła, by jej rysy zmiękły choć odrobinę. — Amys, błagam. Tyle mnie już nauczyłaś. Myślę, że umiałabym je znaleźć, gdziekolwiek są. Błagam, nie przerywaj teraz, kiedy muszę się jeszcze tyle dowiedzieć. Zrobię, co tylko zechcesz.

— Zapleć włosy — zażądała obojętnym głosem Amys.

— Moje włosy? — spytała zaskoczona Egwene. Z pewnością nie byłaby to żadna niedogodność, tylko po co? Nosiła je teraz rozpuszczone, opadały jej na ramiona, ale jeszcze wcale nie tak dawno nie posiadała się z dumy w dniu, kiedy członkinie Koła Kobiet w Polu’ Emonda orzekły, że jest już dostatecznie dorosła, by splatać włosy w warkocz, taki sam, jaki nadal nosiła Nynaeve. W Dwu Rzekach warkocz oznaczał, że dziewczyna jest już dostatecznie dorosła, by ją uważano za kobietę.

— Po jednym warkoczu za uszami. — Głos Amys był dalej zupełnie bezbarwny, niby rzeczny kamień. — Jeśli nie masz wstążek do ich związania, to dam ci jakieś. Tak u nas cieszą się małe dziewczynki. Za małe, by im wierzyć na słowo. Kiedy mi udowodnisz, że potrafisz dotrzymać swojego, będziesz mogła się przestać tak czesać. Jeśli jednak znowu mnie okłamiesz, zmuszę cię, byś skróciła spódnice na wzór sukni małych dziewczynek, znajdę też lalkę, którą będziesz stale przy sobie nosiła. Będziesz traktowana jak kobieta, kiedy zdecydujesz, że chcesz się zachowywać jak kobieta. Zgódź się na to, bo inaczej przestanę cię uczyć.

— Zgodzę się, jeśli dotrzymasz mi towarzystwa, gdy będę musiała się spotkać...

— Zgódź się, Aes Sedai! Nie targuję się ani z dziećmi, ani z takimi, które nie potrafią dotrzymać danego słowa. Zrobisz, jak każę, przyjmiesz to, co zechcę ci dać i nic więcej. Albo idź sobie i daj się zabić na własną rękę. Ja-w-tym-nie-będę-brała udziału!

Egwene była zadowolona, że w namiocie panuje mrok; ukrył jej naburmuszoną minę. Dała słowo, ale to wszystko było tak niesprawiedliwe. Nikt nie próbował osaczyć głupimi zasadami Randa. Cóż, on być może był inny. Nie miała w każdym razie pewności, czy naprawdę chciałaby zamienić nakazy Amys na chęć Couladina przeszycia ją włócznią. Mat bez wątpienia nigdy by nie uznał zasad narzucanych mu przez innych. A jednak, ta’veren czy nie, Mat nie musiał niczego się uczyć; wystarczyło, że istniał, i na tym koniec, nic więcej robić już nie musiał. Wielce prawdopodobne, że odmówi nauczenia się czegokolwiek, nawet jeśli dać mu taką szansę, chyba że miałoby to coś wspólnego z hazardem albo okpieniem kogoś. Ona natomiast chciała się uczyć. Czasami ten głód wiedzy zdawał się nienasycony; nie potrafiła go zaspokoić, ile by nie wchłonęła. Przez to jednak wcale nie czuła się lepiej.

„Tak już po prostu jest” — pomyślała ponuro.

— Zgadzam się — odparła. — Będę postępowała tak, jak każesz, przyjmę to, co zechcesz mi dać i nic więcej.

— Dobrze.

Po dłuższym milczeniu, czekając jakby, czy Egwene chce coś jeszcze powiedzieć — ta zaś roztropnie trzymała język za zębami — Amys dodała:

— Mam zamiar być dla ciebie surowa, Egwene, ale nie bez powodu. Fakt, że tobie się wydaje, iż wiele się już nauczyłaś, dowodzi, jak niewiele wiedziałaś z początku. Jesteś obdarzona silnym talentem śnienia; całkiem prawdopodobne, że któregoś dnia nas prześcigniesz. Jeśli jednak się nie nauczysz tego, czego ja mogę cię nauczyć... tego, czego nauczyć cię możemy wszystkie cztery... nigdy w pełni nie rozwiniesz swego talentu. Najprawdopodobniej nie będziesz dostatecznie długo żyła.