Выбрать главу

Woźnice ściągnęli wodze, gdy tylko spostrzegli Aielów i czekali teraz, aż kolumny zbliżą się do nich. Z wozu jadącego na czele wysiadł zwalisty mężczyzna w jasnoszarym kaftanie i ciemnym kapeluszu z szerokim rondem, stał i patrzył, co chwila zdejmując swój płaski kapelusz, by otrzeć czoło wielką, białą chustką. Mat nie potrafił go winić, że denerwował się widokiem około półtora tysiąca Aielów sunących w jego stronę. Zdziwiły go natomiast twarze towarzyszących mu najbliżej Aielów. Rhuarc, który biegł przed koniem Randa, wyglądał niezwykle groźnie, podobnie Heirn.

— Nie rozumiem — powiedział Mat. — Macie takie miny, jakbyście chcieli kogoś zabić.

To mogło oznaczać kres jego wszystkich nadziei.

— Myślałem, że są trzy rodzaje ludzi, których wy, Aielowie, wpuszczacie na Pustkowie: handlarze, bardowie i Lud Wędrowców.

— Handlarze i bardowie są witani z wdzięcznością — odparł zwięźle Heirn.

Jeśli to było wdzięczne powitanie, to Mat nie chciałby oglądać Aielów, którzy witają kogoś niewdzięcznie.

— A co z Ludem Wędrowców? — spytał z ciekawością. Kiedy Heirn wciąż milczał, dodał: — Z Druciarzami? Tuatha’anami?

Twarz wodza szczepu stwardniała jeszcze bardziej, zanim ponownie skierował wzrok w stronę wozów. Aviendha obrzuciła Mata takim spojrzeniem, jakby uważała go za głupca.

Rand podjechał na Jeade’enie do Oczka.

— Na twoim miejscu nie wspominałbym o Druciarzach w obecności Aielów — powiedział ściszonym głosem. — Druciarze to... drażliwy temat.

— Skoro tak mówisz. — Czemuż to Druciarze mieliby stanowić drażliwy temat? — A mnie się wydaje, że ten handlarz już ich dość rozdrażnił. Handlarz! Pamiętam kupców, którzy przyjeżdżali do Pola Emonda i mieli mniej wozów.

— Ten przyjechał na Pustkowie — zachichotał Rand. Jeade’en podrzucił łeb i kilka następnych kroków wykonał tak, jakby tańczył. — Ciekaw jestem, czy uda mu się stąd wyjechać?

Krzywy uśmiech Randa nie objął oczu. Czasami Mat niemalże pragnął, by przyjaciel zdecydował wreszcie, czy jest szalony czy nie, i raz na zawsze byłby z tym wreszcie spokój. Niemalże.

W odległości trzystu kroków od wozów Rhuarc dał znak, że mają się zatrzymać, dalej poszli tylko on i Heirn. Przynajmniej taki chyba miał zamiar, jednakże Rand zmusił piętami swego pstrokatego wierzchowca do jazdy za nimi, a jego śladem podążyła nieodłączna straż złożona ze stu Jindo. I oczywiście Aviendha, trzymając się tak blisko, jakby była uwiązana do konia Randa. Mat bez wahania dotrzymał im towarzystwa. Jeśli Rhuarc zamierzał powiedzieć temu jegomościowi, że ma stąd zabierać manatki, to on za nic nie straci takiej szansy i zabierze się razem z nim.

Z kolumny Shaido wybiegł Couladin. Sam. Chciał być może postąpić tak samo jak Rhuarc i Heirn, niemniej Mat podejrzewał, że demonstruje w ten sposób, iż wybiera się w pojedynkę tam, gdzie Rand potrzebuje stu strażników. Z początku wydawało się, że Moiraine też idzie, lecz między nią i Mądrymi doszło do wymiany słów, po której wszystkie zostały na swoich miejscach. Patrzyły jednak uważnie. Aes Sedai zsiadła z konia i zaczęła się bawić jakimś małym, roziskrzonym przedmiotem, Egwene i Mądre zaś zbiły się wokół niej w ciasną gromadkę.

Z bliska, mimo iż ciągle wycierał twarz, rosły, odziany w szary kaftan jegomość nie sprawiał bynajmniej wrażenia zdenerwowanego, aczkolwiek drgnął, gdy jakby spad ziemi wyskoczyły znienacka Panny, otaczając kręgiem jego wozy. Woźnice, mężczyźni o twardych twarzach naznaczonych złamanymi nosami i nazbyt wielką liczbą blizn, by pokazywać się publicznie, wyglądali na gotowych do wpełznięcia pod kozły; w porównaniu z Aielowymi wilkami byli jak uliczne psy. Kupiec natychmiast odzyskał panowanie nad sobą. Nie był tęgi jak na swój wzrost; zwalistość sylwetki zawdzięczał przede wszystkim mięśniom. Rand i Mat na swych koniach przyciągnęli jego pełne ciekawości spojrzenie, natychmiast jednak wyróżnił Rhuarka. Nos w kształcie haczykowatego dzioba i ciemne, skośne oczy nadawały jego kanciastej, śniadej twarzy drapieżny wyraz, który nie złagodniał, gdy mężczyzna uśmiechnął się szeroko i zakreślił kapeluszem szeroki łuk.

— Jestem Hadnan Kadere — powiedział — handlarz. Poszukuję Siedziby Zimnych Skał, dobrzy panowie i handlował będę z każdym, ale jednocześnie tylko ze wszystkimi naraz. Mam wiele przednich...

Rhuarc uciął to lodowatym głosem.

— Znajdujesz się w sporej odległości od Zimnych Skał i wszelkich innych siedzib. Jak to się stało, żeś tak daleko ujechał od Muru Smoka bez przewodnika?

— Doprawdy nie wiem, dobry panie. — Kadere nie przestał się uśmiechać, ale kąciki jego ust odrobinę stężały. — Podróżuję jawnie. To moja pierwsza wyprawa tak daleko na południe Ziemi Trzech Sfer. Myślałem, że być może tu nie ma przewodników.

Couladin parsknął głośno, leniwie obracając w palcach jedną ze swych włóczni. Kadere zgarbił się, jakby już teraz czuł stal przenikającą jego krzepkie ciało.

— Przewodnicy są wszędzie — odparł chłodno Rhuarc. — Miałeś szczęście, żeś dotarł bez żadnego tak daleko. Szczęście, żeś żyw, że wracasz we własnej skórze do Muru Smoka.

Kadere błysnął niespokojnym uśmiechem; pełnym wyszczerzonych zębów, a wódz klanu mówił dalej.

— Szczęście, żeś nas spotkał. Jechałbyś tak jeszcze dzień albo dwa, a dotarłbyś do Rhuidean.

Twarz handlarza zszarzała.

— Słyszałem... — Urwał, by przełknąć ślinę. — Nie wiedziałem, dobrzy panowie. Musicie mi uwierzyć, nie zrobiłbym Czegoś takiego z rozmysłem. Ani też przypadkiem — dodał pośpiesznie. — Oby Światłość przyświecała prawdziwości mych słów, dobrzy panowie, nie postąpiłbym tak!

— To dobrze — powiedział Rhuarc. — Kary są bowiem surowe. Możesz podróżować ze mną do Zimnych Skał. Nie pozwolę, byś się znowu zagubił. Ziemia Trzech Sfer bywa niebezpiecznym miejscem dla tych, którzy jej nie znają.

Couladin butnie uniósł głowę.

— Czemu nie ze mną? — spytał ostrym tonem. — Shaido są tutaj liczniejsi, Rhuarc. On będzie podróżował ze mną, tak jak nakazuje obyczaj.

— Czyżbyś został wodzem klanu, podczas gdy oczy me zwrócone były w inną stronę? — Shaido o włosach jak ogień zarumienił się, ale Rhuarc nie zdradził ani śladu satysfakcji, tylko mówił dalej beznamiętnym głosem. — Ten handlarz poszukuje Zimnych Skał. Będzie podróżował ze mną. Towarzyszącym ci Shaido będzie wolno handlować z nim po drodze. Taardad nie są aż tak złaknieni widoku handlarzy, by próbować ich zatrzymać wyłącznie dla siebie.

Twarz Couladina pociemniała jeszcze mocniej, złagodził jednakże brzmienie swego głosu, mimo iż z wysiłku aż zaczął chrypieć.

— Rozbiję obóz w pobliżu Zimnych Skał, Rhuarc. Ten Który Przychodzi Ze Świtem interesuje wszystkich Aielów, nie tylko Taardad. Shaido zajmą właściwe im miejsce. Shaido też pójdą za Tym Który Przychodzi ze Świtem.

Nie zaznaczył, zauważył Mat, że mówi o Randzie. Przyglądający się wozom Rand wydawał się nie słuchać.

Rhuarc milczał przez chwilę.

— Shaido będą gośćmi witanymi na ziemiach Taardad z wdzięcznością, jeśli pójdą za Tym Który Przychodzi Ze Świtem. — To również można było odebrać na dwa sposoby.

Kadere cały czas wycierał twarz, najprawdopodobniej widząc siebie w samym środku wojny klanowej Aielów. Ciężkim westchnieniem ulgi zaakcentował, że przyjmuje zaproszenie Rhuarka.

— Dziękuję wam, dobrzy panowie. Dziękuję wam. — Prawdopodobnie za to, że go nie zabili. — Może zechcielibyście zobaczyć, co moje wozy mają do zaoferowania? Może znajdzie się na nich coś szczególnego, co mogłoby się wam spodobać?