— Później — odparł Rhuarc. — Zatrzymamy się na noc w Stanicy Imre i wówczas będziesz mógł pokazać swe towary.
Usłyszawszy nazwę Stanica Imre, cokolwiek oznaczała, Couladin zaczął się oddalać. Kadere włożył z powrotem swój kapelusz.
— Kapelusz — powiedział Mat, podjeżdżając do handlarza. Skoro musi zostać na Pustkowiu dłużej, to mógłby przynajmniej ochronić oczy przed tym cholernym słońcem. — Dam ci złotą markę za taki kapelusz.
— Umowa stoi! — zawołał dźwięcznie melodyjny kobiecy głos.
Mat obejrzał się i wzdrygnął. Oprócz Aviendhy i Panien w najbliższym otoczeniu pojawiła się kolejna kobieta, zbliżała się właśnie do nich od strony drugiego wozu, ale z pewnością nie pasowała do tego głosu, jednego z najpowabniejszych, jakie kiedykolwiek słyszał. Rand spojrzał na nią krzywo i potrząsnął głową z niedowierzaniem,. a niewątpliwie miał ku temu powód. O stopę niższa od Kadere, musiała ważyć tyle samo albo i więcej. Zwały tłuszczu niemalże całkowicie zakrywały jej ciemne oczy, nie pozwalając nawet stwierdzić, czy są skośne, za to nos stanowił miniaturę wędziska, jakie zdobiło twarz handlarza. Ubrana w suknię z jasnokremowego jedwabiu, mocno opiętą na opasłym cielsku, z białym, koronkowym szalem przymocowanym do zmierzwionych, czarnych włosów ozdobnymi grzebieniami z kości słoniowej, poruszała się z całkiem nie przystającą do niej lekkością, niemalże jak jedna z Panien.
— To znakomita oferta — powiedziała śpiewnym tonem. — Jestem Keille Shaogi, handlarka.
Wyrwała kapelusz z rąk Kadere i gwłatownym ruchem wyciągnęła go w górę, w kierunku Mata.
— Mocny, dobry panie, i prawie nowy. Przyda ci się taki, żeby ujść z życiem z Ziemi Trzech Sfer. Człowiek może tu sczeznąć... — Tłuste palce wydały odgłos przypominający trzaśnięcie z bata — ...ot tak.
Kaskada śmiechu, którą znienacka eksplodowała, brzmiała równie gardławo i pieszczotliwie jak głos.
— Złota marka, rzekłeś. — Oczy, zatopione po części w tłuszczu, zalśniły kruczą czernią, kiedy się zawahał. — Rzadko pozwalam mężczyźnie targować się dwa razy.
Szczególna kobieta, wyrażając się najoględniej. Kadere nie zaprotestował, wyjąwszy nieznaczny grymas. Jeśli Keille była jego partnerką, to nie ulegało wątpliwości, kto tu przewodzi. I zdaniem Mata, jeśli kapelusz miał ochronić jego głowę przed spaleniem się na węgiel, to istotnie wart był tej ceny. Kobieta nadgryzła taireńską markę, którą jej wręczył, zanim oddała kapelusz. O dziwo, pasował. Szerokie rondo rzucało przynajmniej błogosławiony cień, mimo iż wcale nie było pod nim chłodniej. Chusta powędrowała do kieszeni kaftana.
— Może ktoś jeszcze czegoś chce? — Tęga kobieta otaksowała Aielów wzrokiem, mrucząc na widok Aviendhy: „Cóż za piękne dziewczątko”. W stronę Randa rzuciła przymilne: „A co dla ciebie, dobry panie?” Głos dobywający się z tej twarzy zaiste porażał, zwłaszcza wówczas, gdy pojawiał się w nim ten swoisty, słodki ton. — Może coś dla osłony przed tą rozpaczliwą krainą?
Rand tylko pokręcił głową i zawrócił Jeade’ena w taki sposób, by móc przyjrzeć się bacznie woźnicom. W shoufie okalającej twarz naprawdę wyglądał jak Aiel.
— Dziś wieczorem, Keille — pohamował ją Kadere. — Handel zaczynamy wieczorem, w miejscu zwanym Stanicą Imre.
— Doprawdy? — Przez dłuższą chwilę przypatrywała się kolumnie Shaido, jeszcze dłużej grupie Mądrych, po czym zupełnie niespodziewanie odwróciła się w stronę swojego wozu, mówiąc przez ramię do handlarza: — Dlaczego więc zatrzymujesz tutaj tych dobrych panów? Ruszaj, Kadere! Ruszaj!
Rand odprowadził ją wzrokiem, ponownie kręcąc głową.
Za jej wozem stał bard. Mat zamrugał, myśląc, że pewnie upał go zmógł, ale osobnik nie zniknął, ciemnowłosy mężczyzna w średnim wieku ubrany w kaftan z naszytymi łatkami. Uważnie obserwował zgromadzenie, dopóki Keille nie pognała go przed sobą do wnętrza wozu. Kadere popatrzył najpierw na jej biały wóz, z twarzą jeszcze bardziej pozbawioną wyrazu niźli oblicza Aielów, i dopiero wtedy ruszył sztywnym krokiem w kierunku swojego. Doprawdy osobliwe towarzystwo.
— Zauważyłeś barda? — spytał Mat Randa, który niewyraźnie pokiwał głową, mierząc rząd wozów takim wzrokiem, jakby nigdy wcześniej nie widział na oczy takich pojazdów. Rhuarc i Heim już wracali do pozostałych Jindo. Setka otaczająca Randa czekała cierpliwie, dzieląc spojrzenia między niego i wszystko, w czym mogła się ukryć bodaj mysz. Woźnice unosili już lejce, ale Rand nadal nie ruszał z miejsca.
— Dziwni jacyś ci handlarze, nie sądzisz, Rand? Ale z kolei trzeba być naprawdę kimś dziwnym, żeby przyjechać na Pustkowie, tak mi się przynajmniej wydaje. Spójrz zresztą na nas.
Wywołał tym grymas na twarzy Aviendhy, natomiast Rand jakby w ogóle go nie słuchał. Mat bardzo chciał, by tamten coś wreszcie powiedział. Cokolwiek. To milczenie było denerwujące.
— Przyszłoby ci do głowy, że eskortowanie handlarza to zaszczyt, o który Rhuarc i Couladin będą się sprzeczać? Czy rozumiesz cokolwiek z tego ji’e’toh`?
— Głupiś — mruknęła Aviendha. — To nie ma nic wspólnego z ji’e’toh. Couladin usiłuje się zachowywać jak wódz klanu. Rhuarc nie może na to pozwolić, dopóki... pozwoli pod warunkiem, że on pójdzie do Rhuidean. Shaido ukradną kości psu, ukradną kości razem z psem, ale nawet oni zasługują na prawdziwego wodza. A z powodu Randa al’Thora musimy pozwolić im na rozbicie tysiąca namiotów na naszych ziemiach.
— Jego oczy — odezwał się Rand, nie odrywając wzroku od karawany wozów. — To niebezpieczny człowiek.
Mat spojrzał na niego spod uniesionych brwi.
— Czyje oczy? Couladina?
— Oczy Kadere. Niby cały czas się pocił i bladł. A wyraz oczu ani razu nie uległ zmianie. Trzeba zawsze przyglądać się oczom. Jest inny, niż mówią pozory.
— Pewnie, Rand. — Mat poprawił się w siodle, do połowy uniósł wodze, jakby miał zamiar zaraz ruszyć w drogę. Może to milczenie nie jest aż takie złe. — Oczom trzeba się przyglądać.
Rand dla odmiany badał teraz szczyty najbliższych skalpych iglic i pagórków, obracając głowę to w jedną, to w drugą stronę.
— Czas to ryzyko — mruknął. — Czas zastawia sidła. Muszę unikać ich sideł, jednocześnie zastawiając własne.
Oprócz rozproszonych skupisk zarośli oraz rosnących gdzie — niegdzie karłowatych drzew, Mat nic tam jakoś nie umiał wypatrzyć. Aviendha powiodła podejrzliwym wzrokiem po wzniesieniach, po czym spojrzała koso na Randa, poprawiając chustę.
— Sidła? — spytał Mat.
„Światłości, niech on mi powie, że nie jest szalony”.
— Kto zastawia sidła?
Przez chwilę Rand patrzył na niego tak, jakby nie rozumiał pytania. Wozy handlarzy ruszyły w drogę eskortowane przez Panny, które przez jakiś czas długimi krokami biegły równolegle do nich, po czym, gdy minęli je Jindo, dołączyły do nich na samym końcu. Niczym lustrzane odbicia, naśladowali je Shaido. Znacznie liczniejsza grupa Panien wybiegła naprzód na zwiady. Aielowie otaczający samego Randa stali wciąż nieruchomo, za to grupa Mądrych ociągała się i obserwowała, a osądziwszy gesty Egwene, Mat uznał, że zamierza podejść i przyjrzeć się im z bliska.
— Nie zobaczysz tego ani nie poczujesz — odezwał się wreszcie Rand. Pochylając się lekko w stronę Mata, szepnął głośno, jakby udawał tylko, że szepcze. — Towarzyszy nam teraz zło, Mat. Pilnuj się.
Obserwował przetaczające się obok wozy, znowu z tym krzywym uśmiechem na twarzy.
— Mówiąc o złu, myślisz o Kadere?
— To niebezpieczny człowiek, Mat; jego oczy cały czas to zdradzają, któż jednak wie, jak jest naprawdę? Ale z jakiego to powodu muszę się martwić, skoro Moiraine i Mądre pilnują wszystkiego za mnie? Nie wolno nam też zapominać o Lanfear. Czy żył kiedykolwiek człowiek pilnowany przez tyle czujnych oczu?