Zaczerwieniła się, ale mimo to odpowiedziała opanowanym głosem.
— Najprawdopodobniej to jakaś napaść, ktoś kradnie kozy albo owce, jedne i drugie można wypasać w Imre, lecz ze względu na wodę zazwyczaj zapędza się tam kozy. Prawdopodobnie Chareen, szczep Białej Góry albo Jarra. Oni żyją najbliżej. Choć może to być również jeden ze szczepów Goshien. Tomanelle mieszkają za daleko. Tak mi się wydaje.
— Będziemy się bili? — Sięgnął do saidina; w jego wnętrzu rozlał się słodki strumień Mocy. Wysączyła się z niego cuchnąca skaza, z porów skóry trysnął pot. — Aviendho?
— Nie. Adelin powiedziałaby, gdyby napastnicy wciąż tam byli. Do tej pory i stado, i gai’shain są już wiele mil stąd. Nie możemy odzyskać stada, ponieważ musimy towarzyszyć tobie.
Tylko przez moment zastanawiał się, dlaczego nie wspomniała o odzyskaniu jeńców gai’shain. Wysiłek, jakiego wymagało nieugięte utrzymywanie saidina, by nie przełamać się wpół, nie dać się porwać, nie pozostawiał wiele miejsca dla myśli.
Rhuarc i Jindo wybiegli na czoło pochodu, osłaniając po drodze twarze, a Rand znacznie wolniej ruszył ich śladem. Aviendha obrzucała go zniecierpliwionymi spojrzeniami, ale przymuszał Jeade’ena jedynie do żwawego chodu. Nie galopował, nie chciał bowiem wpaść w niczyją pułapkę. Mat. również nie popędził; zawahał się i obejrzał na karawanę handlarzy, dopiero potem ruszył krótkim galopem. Rand ani razu nie spojrzał na wozy.
Shaido zostali w tyle, czekając, aż wyprzedzą ich Mądre. Oczywiście. To były ziemie Taardad. Couladina w najmniejszej mierze nie obchodziły tutejsze waśnie. Rand miał nadzieję, że wodzowie klanów zbiorą się szybko w Alcair Dal. Jak zjednoczyć naród pogrążony w bezustannych bratobójczych walkach? Najmniejsze z jego aktualnych zmartwień.
Widok Stanicy Imre, kiedy wreszcie rozpostarł się przed jego oczyma, stanowił swego rodzaju niespodziankę. Kilka rozproszonych stad długowłosych kóz pasło się na spłachetkach ostrej trawy, obgryzając nawet liście kolczastych krzewów. Z początku nie zauważył prymitywnego, kamiennego budynku stojącego u podstawy wysokiego wzniesienia; nie obrobiony kamień stapiał się idealnie z otoczeniem, a kilka kolczastych krzewów ukorzeniło się w pokrytym ziemią dachu. Niezbyt duży, wyposażony w szczeliny łucznicze zamiast okien i jedne drzwi, niczego więcej nie dostrzegł. Po chwili wypatrzył kolejny budynek, nie większy od tamtego, osadzony w skalnym występie około dwudziestu kroków wyżej. Zza kamiennego budynku, u podstawy wzniesienia, biegła w górę głęboka szczelina, poza nią nie było widać żadnej drogi do położonego wyżej domu.
Rhuarc stał z zasłoną na twarzy na otwartej przestrzeni, w odległości jakichś czterystu kroków od wzniesienia. Chuć oprócz niego nie można było dostrzec żadnego Aiela, nie oznaczało to oczywiście, że innych tam nie ma. Rand podjechał bliżej, ściągnął wodze i zsiadł z konia. Wódz klanu nie oderwał wzroku od kamiennych budowli.
— Kozy — powiedziała Aviendha, wyraźnie zaniepokojona. — Napastnicy nie zostawiliby żadnych kóz. Większość stada zniknęła, ale wygląda to trochę tak, jakby je rozpuszczono swobodnie.
— I to przed wieloma dniami — zgodził się Rhuarc, nie odrywając oczu od budynków — bo inaczej więcej pozostałoby na miejscu. Dlaczego nikt stamtąd nie wychodzi? Przecież z tej odległości łatwo mogą mnie rozpoznać.
Ruszył przed siebie, nie protestując, kiedy Rand przyłączył się do niego, prowadząc za sobą Jeade’ena. Aviendha wsparła dłoń na rękojeści noża, a Mat, nie zsiadając z konia, uniósł włócznię o czarnym drzewcu, jakby się spodziewał, że może być w każdej chwili potrzebna.
Drzwi zbudowano z krótkich, wąskich desek nie obrobionego drewna. Część mocnych klamer była wyłamana, rozrąbana toporami. Rhuarc wahał się chwilę, zanim je otworzył. Ledwie zajrzał do środka, natychmiast zawrócił, by omieść wzrokiem okolicę.
Rand wsunął głowę do środka. Nikogo. Wnętrze, rozjaśnione światłem wsączającym się przez szczeliny łucznicze, składało się z jednej izby, najwyraźniej nie było przeznaczone do zamieszkiwania — po prostu miejsce, w którym pasterze mogą schronić się przed dokuczliwą pogodą lub bronić w razie napaści. Żadnych sprzętów, stołów ani krzeseł. Na podwyższeniu pod okopconym otworem w dachu znajdowało się otwarte palenisko. W szerokiej szczelinie przecinającej tylną ścianę wykuto stopnie wiodące w głąb szarej skały. Pomieszczenie było całkiem zdewastowane. Pościele, koce, garnki — wszystko walało się na kamiennej posadzce wśród porozcinanych poduszek. Ściany, a nawet sufit, wyglądały jakby zalano je jakąś cieczą, która zaschła w postaci czarnych plam.
Kiedy Rand pojął, co to takiego, szarpnął się do tyłu, zanim zdążył choćby pomyśleć, utkany z Mocy miecz rozbłysnął w jego dłoni. Krew. Tyle krwi. To było miejsce mordu i to dokonanego w sposób znacznie bardziej bestialski niźli potrafiłby sobie wyobrazić. Na zewnątrz panował całkowity spokój, od czasu do czasu tylko było słychać delikatne stąpnięcia kopyt kóz.
Aviendha wyszła równie szybko, jak weszła.
— Kto? — spytała z niedowierzaniem, jej wielkie, niebieskozielone oczy wypełniły się wściekłością. — Kto mógł to zrobić? Gdzie są zabici?
— Trolloki — mruknął Mat. — Mnie to wygląda na robotę trolloków.
Parsknęła z pogardą.
— Trolloki nie zapuszczają się do Ziemi Trzech Sfer, mieszkańcu mokradeł. Najdalej na kilka mil od Ugoru i to skrajnie rzadko. Słyszałam, że Ziemię Trzech Sfer nazywają Polami Śmierci. To my polujemy na trolloki, człowieku z bagien, a nie one na nas.
Wciąż całkowity spokój. Rand puścił miecz, odepchnął saidina. Z trudem. Słodyczy Mocy starczało niemalże, by stłumić wstręt, jakim promieniowała skaza, uniesienie sprawiało, że prawie o niej zapomniał. Mat miał rację, cokolwiek mówiła Aviendha, to stało się dawno, trolloki zdążyły uciec. Trolloki na Pustkowiu, w miejscu, do którego przybył. Głupotą byłoby uznać to za zwykły przypadek.
„Ale skoro oni zaczną uważać mnie za głupiego, to może staną się lekkomyślni”.
Rhuarc dał znak Jindo, że mają wejść do środka — wyrośli nagle, jakby spod ziemi — jakiś czas potem nadciągnęli pozostali, Shaido, handlarze ze swymi wozami oraz grupa Mądrych. Wieść o tym, na co się natknęli w stanicy, rozeszła się szybko. Wśród Aielów zapanowało wyczuwalne nieomal napięcie. Poruszali się tak, jakby w każdej chwili oczekiwali nagłego ataku, być może nawet ze strony swoich pobratymców. Zwiadowcy rozbiegli się wachlarzem we wszystkich kierunkach. Woźnice wyprzęgli muły i nerwowo rozglądali się dookoła, wyraźnie gotowi wraz z pierwszym okrzykiem zanurkować pod wozy.
Przez jakiś czas cały obóz przypominał mrowisko, w które ktoś wsadził kij. Rhuarc dopilnował, by handlarze ustawili wozy w szeregu na skraju obozowiska Jindo. Couladin robił groźne miny, to oznaczało bowiem, że wszyscy Shaido, którzy zechcą handlować, będą musieli wejść na teren Jindo, ale nic nie mówił. Być może nawet on rozumiał, że w zaistniałej sytuacji wszystko łatwo może skończyć się tańcem włóczni. Shaido rozbili namioty w odległości niecałej ćwierci mili, Mądre, jak zwykle, pośrodku. One również zbadały wnętrze budynku, podobnie Moiraine i Lan, ale nawet jeśli doszły do jakichś wniosków, nikomu nic nie zdradziły.
Wody Stanicy Imre dostarczało maleńkie źródełko w głębi rozpadliny; zasilało głęboki, mniej więcej okrągły staw — który Rhuarc nazywał zbiornikiem — o średnicy niecałych dwóch kroków. Skoro wody w nim wystarczało dla pasterzy, to wystarczyło jej również dla Jindo, którzy napełnili nią część skórzanych worków. Nie podszedł tam żaden Shaido, na ziemi Taardad pierwszeństwo do wody mieli Jindo. Wyglądało na to, że kory czerpią wilgoć wyłącznie z grubych liści kolczastych krzewów. Rhuarc zapewnił Randa, że tam, gdzie się zatrzymają następnej nocy, będzie więcej wody.