Podczas gdy woźnice wyprzęgali konie i ściągali wiadra z wozów, w których trzymali zapasy wody, Kadere zgotował wszystkim niespodziankę. Wysiadł z wozu w towarzystwie ciemnowłosej kobiety, w sukni z czerwonego jedwabiu oraz czerwonych, aksamitnych kamaszach, bardziej nadających się do pałacowych wnętrz niźli na Pustkowie. Przezroczysta czerwona chusta, zamotana prawie jak shoufa oraz welon nie zapewniały dostatecznej osłony przed słońcem i z pewnością w najmniejszej mierze nie skrywały bladej, pięknej twarzy w kształcie serca. Przywarłszy do grubego ramienia handlarza, kołysała się kusząco, gdy prowadził ją na oględziny splamionej krwią izby; Moiraine i pozostali udali się do miejsca, gdzie gai’shain rozbijali obozowisko Mądrych. Gdy oboje wyszli na zewnątrz, młoda kobieta drżała nieznacznie. Rand był pewien, że to udawane, równie pewien jak tego, że sama poprosiła, by pokazać jej tę rzeźnię. Demonstracja obrzydzenia trwała całe dwie sekundy, po czym kobieta zaczęła się przyglądać z takim samym zainteresowaniem Aielom.
Wyszło na jaw, iż również postać Randa zalicza do widoków, które miała ochotę zobaczyć. Kadere był wyraźnie gotów zabrać ją z powrotem do wozu, ona jednak poprowadziła go do Randa z uwodzicielskim uśmiechem na pełnych wargach przesłoniętych przezroczystym welonem.
— Hadnan opowiadał mi o tobie — powiedziała głosem przywodzącym na myśl snujący się nisko nad ziemią dym. Na pozór przytulała się ściśle do handlarza, uwieszona na jego ramieniu, ale jej ciemne oczy bezceremonialnie prześlizgiwały się po sylwetce Randa. — Ty jesteś ten, o którym rozmawiają Aielowie. Ten Który Przychodzi Ze Świtem.
Z drugiego wozu wyłonili się Keille i bard; stanęli w niewielkim oddaleniu, przysłuchując się rozmowie.
— Na to wychodzi — odparł.
— Dziwne. — Uśmiech stał się podejrzanie szelmowski. — Myślałam, że będziesz przystojniejszy.
Poklepawszy Kadere po policzku, westchnęła.
— Ten potworny upał tak męczy. Chciałabym już wrócić. Nie każ na siebie długo czekać.
Kadere nic nie powiedział, dopóki nie wspięła się po schodkach, by zniknąć we wnętrzu wozu. Zastąpił kapelusz długą, białą chustą, zawiązaną na czubku głowy, z końcami dyndającymi na karku.
— Musisz wybaczyć Isendre, dobry panie. Ona bywa czasami... zbyt śmiała. — Mówił łagodnym głosem, ale oczy miał jak drapieżny ptak. Zawahał się, po chwili ciągnął dalej: — Słyszałem o tobie jeszcze inne rzeczy. Słyszałem, żeś zabrał Callandora z Serca Kamienia.
Wyraz oczu mężczyzny nie zmienił się nawet odrobinę. Skoro wiedział o Callandorze, to wiedział też, że Rand jest Smokiem Odrodzonym, wiedział, że potrafi władać Jedyną Mocą. A w jego oczach nawet na moment nie pojawił się snach, czy choćby niepewność. Niebezpieczny człowiek.
— A ja słyszałem, iż powiadają — replikował Rand — że w to, co się słyszy, nie powinno się wcale wierzyć, zaś w to, co się widzi, tylko w połowie.
— Roztropna zasada — rzekł Kadere po chwili. — Jednakże człowiek, jeśli pragnie osiągnąć coś wielkiego, musi w coś wierzyć. Wiarą i wiedzą wyłożona jest droga do wielkości. Wiedza jest być może najcenniejsza ze wszystkiego. Wszyscy poszukujemy skarbu wiedzy. Wybacz, dobry panie. Isendre nie jest kobietą cierpliwą. Być może znajdziemy inną sposobność do rozmowy.
Zanim mężczyzna zdążył zrobić trzy kroki, Aviendha powiedziała cichym i jednocześnie twardym głosem:
— Należysz do Elayne, Randzie al’Thor. Gapisz się tak na każdą kobietę, która pojawia się przed twymi oczami, czy tylko na te, które chodzą półnagie? Jeśli zedrę z siebie ubranie, czy też będziesz tak patrzył? Należysz do Elayne!
Zupełnie zapomniał o jej obecności.
— Nie należę do nikogo, Aviendho. Elayne? Ona najwyraźniej nie może w ogóle się zdecydować, o co jej właściwie chodzi.
— Elayne obnażyła przed tobą swe serce, Randzie al’Thor. Jeśli nie udowodniła ci tego w Kamieniu Łzy, to czy jej dwa listy nie powiedziały ci, co ona czuje? Jesteś jej, inne nie mają do ciebie prawa.
Rand uniósł bezradnie ręce i odszedł od niej. Przynajmniej próbował. Deptała mu po piętach, wciąż czuł na sobie jej pełne dezaprobaty spojrzenie.
Miecz. Wprawdzie Aielowie zapomnieli być może przyczynę, dla której przestali się posługiwać mieczami, ale pogarda pozostała. Miecz mógł sprawić, że Aviendha zostawi go w spokoju. Odszukał Lana w obozie Mądrych i poprosił, by obserwował i korygował ćwiczone formy. Spośród czterech Mądrych dostrzec mógł tylko Bair, wyraz pogardy pogłębił zmarszczki na jej twarzy. Egwene też gdzieś zniknęła. Moiraine przywdziała maskę spokoju, ciemne oczy były chłodne, jak zwykle nie można było stwierdzić, jakie ma zdanie na ten temat.
Nie miał zamiaru obrażać Aielów, więc ukrył się z Lanem między namiotami Mądrych i Jindo. Używał jednego z mieczy ćwiczebnych, które Lan woził w swoich bagażach, z wiązką ściśle powiązanych rózg zamiast ostrza. Waga i balans były właściwe, toteż mógł się zapomnieć w podobnym do tańca przechodzeniu od formy do formy z mieczem, który ożywał w jego rękach, zrastając się z nim w jedną całość. Zazwyczaj tak było. Dzisiaj wszak słońce przemieniło się w palenisko, które wypiekało zeń całą wilgoć i siły. Aviendha przycupnęła z boku, przyciskała kolana do piersi i wpatrywała się w niego uporczywie.
Zadyszany, w końcu opuścił rękę.
— Tracisz zdolność koncentracji — powiedział mu Lan. — Musisz ją utrzymywać nawet wtedy, gdy twe mięśnie zmieniają się w wodę. Strać ją i to będzie ten dzień, w którym zginiesz. A zabije cię prawdopodobnie wiejski parobek, który po raz pierwszy ujmie miecz w swe dłonie.
Uśmiech na kamiennej twarzy był nagły, niespodziewany.
— Tak. Cóż, ja już nie jestem parobkiem, prawda?
Doczekali się widowni, choć zgromadzonej w oddali. Aielowie ustawili się szpalerami wzdłuż skrajów obozowisk Jindo i Shaido. Wśród tych pierwszych wyróżniało się wyraźnie otulone w kremowe barwy cielsko Keille, obok niej stał bard w kaftanie z kolorowych łatek. Po czyjej stronie ten stoi? Nie chciał, by zauważyli, że ich obserwuje.
— Jak walczą Aielowie, Lan?
— Do ostatka — odparł sucho Strażnik. — Nigdy nie tracą koncentracji. Popatrz tutaj.
Czubkiem miecza wyrysował w ubitej, spękanej glinie koło i strzałki.
— Aielowie zmieniają taktykę w zależności od okoliczności, ale oto jedna, którą preferują. Poruszają się kolumną, podzieloną na ćwierci. Kiedy napotykają wroga, pierwsza ćwiartka przypuszcza atak, by go przyszpilić. Druga i trzecia grupa rozstawiają się z obu stron szerokim łukiem, po czym uderzają z flanek i od tyłu. Ostatnia drużyna czeka w rezerwie, często nawet nie obserwując bitwy, robi to tylko ich dowódca. Kiedy w szeregach wroga pojawi się jakiś słaby punkt, luka, cokolwiek, tam uderza rezerwa. Koniec! — Wbił miecz w środek pokreślonego strzałkami koła.
— Jak zwyciężyć przeciwko takiej taktyce? — spytał Rand.
— To trudne. Podczas początkowego starcia... nie wypatrzysz Aielów, dopóki nie zaatakują, chyba że masz szczęście... natychmiast wysyłaj konnych, żeby odparli albo przynajmniej opóźnili te szarże z flanki. Jeśli uda ci się zachować większość swych sił i przetrzymać natarcie, możesz wówczas skierować oddziały na pozostałych i ich też rozgromić.
— Dlaczego chcesz się uczyć walki z Aielami? — wybuchnęła Aviendha. — Czyżbyś nie był Tym Który Przychodzi Ze Świtem, który ma nas zjednoczyć i przywrócić nam dawną chwałę? A poza tym, jeśli chcesz wiedzieć, jak się walczy z Aielami, to pytaj o to Aielów, a nie mieszkańca mokradeł. Jego taktyka na nic się nie zda.