Выбрать главу

— Od czasu do czasu całkiem nieźle służyła ludziom z Pogranicza. — Miękkie buty Rhuarka poruszały się prawie bezdźwięcznie po twardej glebie. Pod pachą trzymał worek z wodą. — Zawsze czyni się wyjątek dla kogoś, kto cierpi z powodu zawiedzionych nadziei, Aviendho, ale nawet ci, którzy się dąsają, powinni znać jakieś granice. Wyrzekłaś się włóczni, by spełnić swe zobowiązanie względem ludzi i krwi. Któregoś dnia bez wątpienia zmusisz jakiegoś wodza klanu, by uczynił to, czego ty chcesz, zamiast tego, czego on chce, ale nawet gdybyś została tylko Mądrą najmniejszej siedziby, najmniejszego szczepu Taardad; to zobowiązanie pozostanie i nie będziesz potrafiła go wypełnić, jeżeli będą kierować tobą napady złego humoru.

Mądra. Randowi zrobiło się głupio. Oczywiście dlatego właśnie poszła do Rhuidean. Nigdy by mu jednak nie przyszło do głowy, że zechce wyrzec się włóczni. Ale to niewątpliwie wyjaśniało, dlaczego wybrano właśnie ją, by go szpiegowała. Nagle zaczął się zastanawiać, czy ona potrafi przenosić Moc. Miał wrażenie, że z grona tych wszystkich kobiet, jakie pojawiły się w jego życiu od tamtej pamiętnej Zimowej Nocy, Min była jedyną, która tego nie potrafiła.

Rhuarc cisnął w jego stronę bulgoczący worek. Ciepła woda łagodziła spieczone gardło niczym schłodzone wino. Starał się nie zmarnować ani kropli na opryskanie twarzy, kosztowało to jednak mnóstwo wysiłku.

— Sądziłem, że może zechcesz poćwiczyć włócznią — oznajmił Rhuarc, kiedy Rand wreszcie opuścił do połowy opróżnioną skórę. Dopiero teraz zauważył, że wódz klanu ma dwie włócznie oraz dwie tarcze. Nie były to włócznie ćwiczebne, o ile takowe w ogóle istniały, ale zwykłe, bojowe, zakończone ostrymi, stalowymi grotami, długimi na stopę.

Stal czy drewno, jego mięśnie domagały się odpoczynku. Nogi drżały, głowa ciążyła. Keille i bard zniknęli, ale Aielowie z obu obozów nadal go obserwowali. Widzieli, jak ćwiczy nienawistnym im mieczem, nieważne, że drewnianym. Byli jego ludem. Nie znał ich, ale należeli do niego, i to na wiele sposobów. Aviendha również wciąż mu się przypatrywała spode łba, jakby winiąc go za to, że Rhuarc ją skarcił. Jednakże jej obecność nie miała, oczywiście, najmniejszego wpływu na decyzję, którą podjął. Jindo i Shaido obserwowali, to się liczyło.

— Góra potrafi czasem zrobić się bardzo ciężka — westchnął, biorąc z rąk Rhuarka włócznię i tarczę. — Czy w ogóle się zdarza, że można chociaż na trochę ująć jej wagi?

— Po śmierci — lakonicznie odparł Lan.

Zmuszając obolałe mięśnie nóg do wysiłku — i starając się jednocześnie ignorować Aviendhę — Rand zmierzył się z Rhuarkiem. Nie miał jeszcze zamiaru umierać. Nie, jeszcze wicie czasu upłynie, zanim nabierze ochoty.

Wsparty o wysokie koło, ukryty w cieniu jednego z wozów handlarzy, Mat zerknął na szereg utworzony z obserwujących Randa Jindo. Widział teraz tylko ich plecy. Ten człowiek to wyjątkowy dureń, że chce mu się pląsać na takim upale. Rozsądny człowiek wyszuka sobie jakieś schronienie przed słońcem, coś do picia. Przenosząc siedzenie w cień, zajrzał do kufla z ale, które kupił u woźniców i skrzywił się. Taka już natura ale, że nie smakuje jak należy, kiedy jest ciepłe niczym zupa. To przynajmniej było mokre. Jedyną inną rzeczą, którą kupił oprócz kapelusza, była fajka z krótkim cybuchem i ozdobioną srebrem czaszą; spoczywała teraz w kieszeni kaftana razem z mieszkiem na tytoń. Nie handlowanie było mu obecnie w głowie. Od kiedy pojawiła się możliwość wydostania z Pustkowia, towary na wozach handlarzy nagle przestały sprawiać wrażenie szczególnie atrakcyjnych.

Im natomiast interes szedł nieprzerwanie, i to wcale nie dzięki ale. Aielom temperatura nie przeszkadzała, lecz prawdopodobnie uważali piwo za zbyt słabe. Większość klientów zaliczała się do Jindo, choć również z drugiego obozu napływał stały strumień Shaido. Couladin i Kadere długo nachylali ku sobie głowy, nie doszli chyba jednak do żadnej ugody, ponieważ ręce Couladina pozostały puste. Kadere wyraźnie się nie podobało, że stracił szansę na zawarcie transakcji; długo odprowadzał Couladina spojrzeniem jastrzębich oczu i Jindo, którzy chcieli zwrócić na siebie jego uwagę, musieli przemawiać trzy razy, by ich usłyszał.

Aielowie nie mieli wiele do zaoferowania w brzęczącej monecie, ale handlarze i ich ludzie ochoczo przyjmowali srebrne misy, złote figurynki lub wspaniałe gobeliny złupione we Łzie, ponadto z aielowych mieszków wyłaniały się samorodki złota i srebra, na ich widok Mat aż się podniósł. Tylko że Aiel, który przegra w kości, potrafi sięgnąć do swych włóczni. Zastanawiał się, gdzie też mogą być te kopalnie. Tam, gdzie jeden człowiek może znaleźć złoto, może je znaleźć również inny. Takie zajęcie jednak wiąże się prawdopodobnie z dużymi nakładami pracy. Upił tęgiego łyka piwa i usadowił się z powrotem pod kołem wozu.

Ciekawiło go, co się sprzedaje, a co nie, i jakie ceny osiąga. Aielowie nie byli z tych naiwnych, którzy oddaliby złotą solniczkę za, powiedzmy, zwój tkaniny. Znali wartość rzeczy i nieustępliwie się targowali, a potrzeby mieli szczególne. Książki na przykład szły na pniu, nie każdy wprawdzie je kupował, ale ci, którzy chcieli, wybrali wszystkie, które się kryły w wozach. Koronki i aksamity znikały natychmiast po wyciągnięciu ich na zewnątrz za zdumiewające ilości srebra i złota, wstążki zresztą cenione były podobnie, zupełnie natomiast nie sprzedawały się cienkie jedwabie. Jedwab jest tańszy na wschodzie, podsłuchał, gdy Shaido tłumaczyli to Kadere. Zwalisty woźnica ze złamanym nosem próbował namówić jedną z Panien Jindo na rzeźbioną bransoletę z kości słoniowej. Wyciągnęła z mieszka szerszą i bardziej zdobną, po czym zaproponowała mu walkę o parę. Wahał się, nim odmówił, co udowodniło Matowi, że jest głupszy, niż wygląda. Igły i szpilki wyrywano sobie z rąk, za to garnki i większość noży wywołały szyderstwa; kowale Aielów wytwarzali lepsze. Towary wędrowały z rąk do rąk, począwszy od flakoników z perfumami i solami do kąpieli, a skończywszy na beczułkach z brandy. Wino i brandy osiągało dobre ceny. Z zaskoczeniem usłyszał, jak Heirn pyta o tytoń z Dwu Rzek. Handlarze żadnego nie mieli.

Jeden z woźniców bez powodzenia próbował zainteresować Aielów ciężką kuszą o Leżu wysadzanym złotem. Kusza przykuła oko Mata, zwłaszcza inkrustowane w niej złote lwy z bodajże rubinowymi oczami. Małe, a jednak rubiny. Z dobrego, długiego łuku z Dwu Rzek można było wypuścić sześć strzał, podczas gdy kusznik jeszcze by naciągał cięciwę do drugiego strzału. Niemniej jednak kusza tych rozmiarów miała dalszy zasięg, o całe sto kroków. Mając dwóch ludzi, którzy nie robiliby nic, tylko nasadzali bełty na kusze znajdujące się w rękach kuszników, a nadto jeszcze krzepkich pikinierów, którzy odpieraliby atak kawalerii...

Krzywiąc się, wsparł głowę o szprychy. Znowu to samo. Musi wydostać się z Pustkowia, uciec daleko od Moiraine, daleko od wszelkich Aes Sedai. Mógłby na krótko wrócić do domu. Może nawet uda się zdążyć na czas, by przydać się na coś w kłopotach z Białymi Płaszczami.

.,Niewielka na to szansa, chyba że użyję przeklętych Dróg albo jakiegoś przeklętego Kamienia Portalu”.

To i tak nie rozwiąże jego problemów. Przede wszystkim w Polu Emonda nie wyjaśni, co ci wężowi ludzie mieli na myśli, mówiąc’ o Córce Dziewięciu Księżyców albo o umieraniu i życiu na nowo. Albo o Rhuidean.

Potarł przez kaftan srebrny medalion z głową lisa, który znowu wisiał na jego szyi. Źrenicę lisiego oka stanowiło maleńkie kółko przepołowione falistą linią, jedna strona była tak wypolerowana, że aż lśniła, na drugą jakimś sposobem padał cień. Starożytny symbol Aes Sedai, z czasów poprzedzających Pęknięcie. Włócznia z czarnym drzewcem, na grocie której wyryte były dwa kruki, stała oparta obok niego, wziął ją do ręki i ułożył na kolanach. Kolejne dzieło Aes Sedai. W Rhuidean nie znalazł żadnych wyjaśnień, tylko następne pytania i...