Выбрать главу

Przed Rhuidean jego pamięć była pełna dziur. Gdy kierował swe myśli ku przeszłości, przypominał sobie, powiedzmy, jak wchodził rankiem w jakieś drzwi i wychodził stamtąd wieczorem, ale nic pomiędzy. Teraz coś się pojawiło, coś, co wypełniało wszystkie te dziury. Sny na jawie... To było tak, jakby przypominał sobie tańce, bitwy, ulice i miasta, których wszak nigdy nie widział, nie miał nawet pewności, czy się zdarzyły bądź istniały naprawdę, podobne do setek cząstek pamięci należących do setek różnych ludzi. Lepiej może myśleć o nich jako o snach — trochę lepiej — w nich jednak poczynał sobie równie pewnie, jak w każdym z własnych wspomnień. Przeważnie były to bitwy; czasami w jakiś sposób opadały go ukradkiem, zupełnie jak teraz ta kusza. Łapał się wówczas na tym, że przypatruje się jakiemuś skrawkowi ziemi i planuje, jak zorganizować tam zasadzkę, albo jak się przed zasadzką uchronić, jak przygotować armię do bitwy. To było szaleństwo.

Nie patrząc, powiódł palcem po linii falistego pisma, wyrzeźbionego w czarnym drzewcu włóczni. Odczytywał je teraz z taką samą łatwością jak każdą książkę, aczkolwiek potrzebował całej drogi powrotnej do Chaendaer, żeby to sobie uświadomić. Rand nic nie powiedział, ale Mat podejrzewał, że w Rhuidean się zdradził. Znał teraz Dawną Mowę, wyłuskał ją sobie z tych snów.

„Światłości, co oni ze mną zrobili?”

— Sa souvraya niende misain ye — powiedział na głos. — Zagubiłem się we własnym umyśle.

— Uczony, i to pomimo czasów i Wieku.

Mat podniósł wzrok i zobaczył barda, który patrzył na niego ciemnymi, głęboko osadzonymi oczyma. Wyższy ponad przeciętną, mniej więcej w średnim wieku i zapewne atrakcyjny dla kobiet, ale w dziwnie baczny sposób trzymał głowę przekrzywioną, jakby próbował patrzeć na człowieka z ukosa.

— Ja to tylko gdzieś kiedyś usłyszałem — skłamał Mat. Musi bardziej uważać. Jeżeli Moiraine postanowi wpakować go do Białej Wieży na badania, to już go stamtąd nigdy nie wypuszczą. — Człowiek słyszy jakieś strzępy i je zapamiętuje. Znam kilka fraz.

To powinno dostatecznie wyjaśnić wszystko, co mu się głupio wymknęło.

— Jestem Jasin Natael. Bard. — Natael nie wywijał zamaszyście połami kaftana jak Thom; równie dobrze mógł oświadczyć, że jest cieślą albo kołodziejem. — Czy masz coś przeciwko, jeśli się przyłączę?

Mat wskazał skinieniem głowy miejsce na ziemi obok siebie i bard podwinął nogi, podkładając sobie do siedzenia kaftan. Wyraźnie fascynowali go Jindo i Shaido, którzy uwijali się przy wozach, większość wciąż uzbrojona we włócznie i tarcze.

— Aielowie — mruknął. — Nigdy bym się nie spodziewał. Ledwie potrafię w to uwierzyć.

— Przebywam z nimi od kilku tygodni — powiedział Mat — i nie wiem, czy sam w nich wierzę. Dziwny naród. Jeśli któraś z Panien ci zaproponuje, byś się z’ nią zabawił w Pocałunek Panny, to radzę odmówić. Uprzejmie.

Natael spojrzał na niego pytająco.

— Wiedziesz, jak się zdaje, intrygujący żywot.

— Co masz na myśli? — spytał ostrożnie Mat.

— Z pewnością nie traktujesz tego jako jakiejś tajemnicy? Niewielu ludzi podróżuje w towarzystwie... Aes Sedai. Ta kobieta, Moiraine Damodred. No i jeszcze Rand al’Thor. Smok Odrodzony. Ten Który Przychodzi ze Świtem. Kto wie, ile proroctw go zapowiadało? Doprawdy, niezwykli towarzysze podróży.

Aielowie gadali, rzecz jasna. Każdy by gadał. A jednak było trochę niepokojące, że jakiś obcy tak spokojnie mówi o Randzie.

— On nadaje się zupełnie nieźle na towarzysza podróży. Jeśli cię interesuje, to pogadaj z nim. Ja sam wolałbym, żeby mi nie przypominano.

— Może porozmawiam. Może później. Porozmawiajmy o tobie. Jak rozumiem, poszedłeś do Rhuidean, dokąd oprócz Aielów nikt nie wchodził od trzech tysięcy lat. Stamtąd ją masz’? — Sięgnął do włóczni ułożonej na kolanach Mata, ale opuścił rękę, kiedy Mat lekko ją cofnął. — Bardzo dobrze. Opowiedz mi, co widziałeś.

— Dlaczego?

— Jestem bardem, Matrimie. — Natael przekrzywiał głowę w niepokojący sposób, a jego głos zdradzał irytację, że musi wszystko wyjaśniać. Uniósł rąbek kaftana z kolorowymi łatkami jakby na dowód. — Widziałeś to, czego nikt prócz garstki Aielów nie widział. Cóż za historie mógłbym stworzyć, gdybym znał wizje, na jakie napatrzyły się twoje oczy. Gdybyś chciał, mógłbym nawet uczynić cię bohaterem.

Mat parsknął.

— Nie chcę być żadnym przeklętym bohaterem.

Nie istniały jednak dostatecznie uzasadnione powody do milczenia. Amys i pozostałe z jej zgrai mogły sobie paplać, że nie wolno opowiadać o Rhuidean, ale on nie jest żadnym Aielem. Poza tym mogło się opłacić, jeśli będzie miał kogoś wśród handlarzy, kogoś, kto będzie mu choć odrobinę życzliwy i w razie potrzeby szepnie słowo w jego intencji.

Opowiedział mu całą historię, od momentu dotarcia do muru z mgły aż do samego wyjścia, opuszczając wybrane fragmenty. Nie miał zamiaru mówić nikomu o tamtych krzywych drzwiach ter’angreala i wolałby raczej zapomnieć o pyle, który przybrał kształt postaci, usiłujących go zabić. Opis dziwnego miasta, złożonego z samych ogromnych pałaców, z pewnością wystarczy, nie zapomniał też o Avendesorze.

Drzewo Życia Natael szybko zbył, ale resztę kazał Matowi opowiadać bez końca, rozpytując o coraz to nowe szczegóły, począwszy od wrażenia, jakie towarzyszyło marszowi przez mgłę oraz tego, ile czasu upłynęło, zanim to nie rzucające cienia światło nabrało barwy, a skończywszy na opisach wszystkich przedmiotów, jakie Mat zauważył na wielkim placu w samym sercu miasta. O tych szczegółach Mat mówił niechętnie; jeszcze język mu się omsknie i zacznie opowiadać o ter’angrealu, a kto wie, do czego to doprowadzi? Mimo to wysączył do końca ciepłe ale i ciągnął dalej, dopóki nie zaschło mu w gardle. Wyszła mu z tego opowieść dość nieciekawa; tak o tym wszystkim mówił, jakby tylko tam wszedł, zaczekał na Randa, a potem natychmiast wyszli, lecz Natael najwyraźniej usilnie pragnął się dokopać do ostatniego strzępka całej historii. W tym momencie naprawdę przypominał Thoma; Thom się czasami przyczepiał do człowieka, jakby miał zamiar wyżąć go do sucha.

— Czy tym właśnie miałeś się zajmować?

Mat mimo woli podskoczył na dźwięk głosu Keille, którego melodyjny ton krył twarde nuty. Ta kobieta działała mu na nerwy, a w tej chwili miała taką minę, jakby chciała wydrzeć mu serce, bardowi zresztą również.

Natael niezdarnie podniósł się na nogi.

— Ten młodzieniec opowiedział mi właśnie niesłychanie fascynujące rzeczy na temat Rhuidean. Nie uwierzyłabyś.

— Nie jesteśmy tu z powodu Rhuidean. — Słowa te były równie ostre jak jej haczykowaty nos. Choć teraz przynajmniej patrzyła jedynie na Nataela.

— Powiadam ci...

— Niczego mi nie powiadasz.

— Nie próbuj zamknąć mi ust!

Ignorując Mata, ruszyli w stronę wozów, sprzeczając się zniżonymi głosami i zapalczywie gestykulując. Zanim zniknęli w jej wozie, Keille pogrążyła się w ponurym milczeniu, zupełnie jakby została skutecznie zastraszona.

Mat zadygotał. Nie potrafił sobie wyobrazić, jak to jest mieszkać z taką kobietą. Pewnie tak samo jak razem z niedźwiedziem, którego bolą zęby. Za to Isendre... Ta twarz, te wargi, ten kołyszący chód. Gdyby tak potrafił odciągnąć ją od Kadere, to może stwierdziłaby, że młody bohater — przy niej te stworzenia z pyłu miałyby dziesięć stóp wzrostu; podałby jej każdy szczegół, jaki zapamiętał albo potrafił zmyślić — że przystojny, młody bohater bardziej jej pasuje niż opasły, stary handlarz. Warto było o tym pomyśleć.