Przed nastaniem burzliwych czasów, „Ogród Srebrnych Wiatrów” dzięki pozłacanym lampom i sklepieniom, w których osadzono mosiężne zdobienia, wypolerowane do złotego połysku, dzięki usługującym kobietom i mężczyznom, wybranym do tej pracy za sprawą ich gracji, urody i dyskrecji, był najdroższym składem win w mieście jeszcze przed kłopotami. Teraz jego istnienie uważano za coś skandalicznego. Ci jednak, którzy obracali niebotycznymi sumami, wciąż tutaj bywali, a także ci, którzy posiadali władzę i wpływy, czy też tak im się wydawało. W pewnym sensie tych wszystkich rzeczy obecnie ubyło, w innym zaś było ich wszak więcej.
Wszystkie stoły otoczone były niskimi parawanami, tworzącymi rodzaj wysepek na zielonych i złotych płytkach posadzek. Każde skrzydło parawanu pokrywały ażurowe rzeźbienia, dzięki którym nikt nie mógł niezauważenie podsłuchiwać, były zaś dostatecznie wysokie, by skryć przed ewentualnym przypadkowym spojrzeniem przechodzących obok osób. Mimo to jednak goście zazwyczaj przychodzili tutaj w maskach, zwłaszcza ostatnimi czasy, a niektórzy, ci najbardziej ostrożni, chcąc uniknąć rozpoznania, stawiali obok swych stołów osobistych strażników, również zamaskowanych. I pozbawionych języków, jak głosiły plotki, odnoszące się do tych, których ostrożność graniczyła z paranoją. Żaden ze strażników nie był na pozór uzbrojony; właścicielka „Ogrodu Srebrnych Wiatrów”, szczupła kobieta w nieokreślonym wieku, o imieniu Selindrin, nie pozwalała obecnie, by wnoszono z ulicy broń. Wprowadzonej przez nią zasady nie łamano, w każdym razie nie otwarcie.
Egeanin, znad blatu stołu obok balustrady, przy którym zwykła przesiadywać, przypatrywała się statkom stojącym w porcie, w szczególności tym, na których właśnie stawiano żagle. Widząc je, czuła przemożną tęsknotę, by znów wrócić na pokład i móc wydawać rozkazy. Nigdy się nie spodziewała, że obowiązek przymusi ją do czegoś takiego.
Odruchowo poprawiła aksamitną maskę, która kryła górną połowę twarzy; czuła się w niej idiotycznie, ale musiała do pewnego stopnia wtopić się w otoczenie. Maska — niebieska, dopasowana do jedwabnej szaty z wysokim kołnierzem — oraz sama szata i ciemne włosy, sięgające teraz do ramion, stanowiły ustępstwa, na które poszła. Udawanie mieszkanki Tarabon nie było konieczne — Tanchico pękało w szwach od uchodźców, między innymi licznych obcokrajowców, wessanych przez zawieruchę, jaka ogarnęła kraj — zresztą i tak przekraczałoby to jej siły. Ci ludzie byli jak zwierzęta, nie znali ani dyscypliny, ani porządku.
Zdjęta żalem, odwróciła wzrok od portu, by spojrzeć na swego współbiesiadnika, człowieka o wąskiej twarzy, na której nieustannie gościł chciwy, szczurzy uśmieszek. Postrzępiony kołnierz Floriana Gelba nie pasował do „Ogrodu Srebrnych Wiatrów”. Poza tym człowiek ten miał denerwujący zwyczaj bezustannego wycierania dłoni o kaftan. Zawsze spotykała się z nimi w tym miejscu, z tymi płaszczącymi się, małymi ludźmi, z którymi była zmuszona wchodzić w układy. To stanowiło ich nagrodę, a jednocześnie było znakomitym sposobem onieśmielania ich.
— Co masz dla mnie, Gelb?
Ponownie wytarł dłonie i położył na stole zgrzebny, jutowy worek, potem spojrzał na nią z niepokojem. Postawiła worek na posadzce, tuż przy stopach i dopiero wtedy go otworzyła. W środku leżała a’dam ze srebrzystego metalu, obręcz i bransoleta połączone smyczą, przemyślnie wykonane i zmontowane. Zamknęła worek i ułożyła go na podłodze. Łącznie z tą Gelb odzyskał w sumie już trzy sztuki, to było o wiele więcej niż pozostali.
— Bardzo dobrze, panie Gelb. — Ponad stołem powędrowała mała sakiewka; Gelb ukrył ją w zanadrzu kaftana takim ruchem, jakby kryła koronę Cesarzowej, a nie garść srebra. — Masz coś jeszcze?
— Te kobiety. Te, których miałem zgodnie z twym życzeniem szukać.
Zdążyła już przywyknąć do szybkiego sposobu mówienia tych ludzi, wolałaby jednak, żeby nie oblizywał warg w taki sposób. Nie chodziło o to, iż trudniej go zrozumieć, po prostu widok nie należał do przyjemnych.
Była bliska oznajmienia mu, że już jej to nie interesuje. Ale ostatecznie częściowo właśnie dlatego w ogóle się znalazła w Tanchico, obecnie zaś być może był to jedyny powód dalszego jej pobytu.
— Co z nimi?
To, że choćby pomyślała o uchyleniu się od obowiązku, sprawiło, iż przemówiła jeszcze ostrzejszym tonem, niż zamierzyła. Gelb wzdrygnął się.
— Myślę... myślę, że znalazłem jeszcze jedną.
— Jesteś pewien? Zdarzały się... pomyłki.
Pomyłki, to łagodnie powiedziane. Blisko tuzin kobiet, które z opisem łączył jedynie cień podobieństwa, musiała z miejsca zdyskwalifikować po rzuceniu na nie okiem. Z wyjątkiem tamtej arystokratki, uciekinierki z majątków spalonych podczas wojny. Gelb porwał tę kobietę z ulicy, myśląc, że zarobi więcej, jeśli ją dostarczy, a nie tylko powie, gdzie ona jest. W jego obronie należało stwierdzić, iż lady Leilwin była wyjątkowo podobna do jednej z kobiet poszukiwanych przez Egeanin, ale uprzedziła go przecież, że nie będą mówiły z akcentem jemu znanym, a już z całą pewnością nie z akcentem z Tarabon. Egeanin nie chciała zabijać tej kobiety, ale nawet w Tanchico ktoś mógł wysłuchać jej opowieści. Związaną i zakneblowaną Leilwin w samym środku nocy wrzucono na pokład jednej z łodzi kurierskich; była młoda i ładna, ktoś mógł zrobić z niej lepszy użytek, zamiast podrzynać gardło. Tyle że Egeanin nie po to przebywała w Tanchico, by wyszukiwać służebnice Krwi.
— Żadnych pomyłek, pani Elidar — obiecał pośpiesznie, błyskając tym swoim uśmiechem pełnym zębów. — Nie tym razem. Tylko... potrzebuję trochę złota. Żeby się upewnić. By móc podejść dostatecznie blisko. Cztery... pięć koron?
— Płacę za wyniki — odparła stanowczo Egeanin. — Masz szczęście, że po tych twoich... pomyłkach w ogóle ci jeszcze płacę.
Gelb nerwowo oblizał wargi.
— Obiecałaś... Na samym początku obiecałaś, że będziesz miała kilka monet dla tych, którzy potrafią wykonać szczególne zadania. — W policzku Gelba zadrgał jakiś mięsień, oczy zaczęły mu niespokojnie biegać, jakby podsłuchiwał ich ktoś ukryty za koronkowym parawanem otaczającym trzy boki stołu, głos zniżył do chrapliwego szeptu. — Wzniecanie niepokojów, czy nie tak to było? Słyszałem różne plotki, również z ust człowieka, który służy u lorda Brysa, o Zgromadzeniu i wyborze nowej Panarch. Mnie się wydaje, że to prawda. Ten człowiek był pijany i kiedy do niego dotarło, co powiedział, omal nie zanieczyścił sobie spodni. Nawet jeśli to kłamstwo, i tak starczy, by wywrócić Tanchico do góry nogami.
— Naprawdę uważasz, że w tym mieście trzeba płacić za wzniecanie niepokojów?
Tanchico przypominało przegniły owoc klejowca, który gotów spaść z gałęzi pod wpływem pierwszego podmuchu wiatru. Cały ten przeklęty kraj był taki. Przez chwilę czuła pokusę Kupienia tych „plotek”. Oczekiwano od niej, że będzie handlowała wszelkimi towarami albo informacjami, jakie jej wpadną w ręce, kilka nawet sprzedała. Ale od targów z Gelbem mdliło ją. A własne wątpliwości przerażały.
— To będzie wszystko, panie Gelb. Wiesz, jak nawiązać ze mną kontakt, gdybyś znalazł jeszcze jedną. — Musnęła palcami zgrzebny worek.
Zamiast wstać, gapił się na nią, usiłując przeniknąć wzrokiem jej maskę.
— Skąd pochodzisz, pani Elidar? Sposób, w jaki pani mówi, tak zamazując słowa i zmiękczając... dopraszam się wybaczenia, nie chciałem urazić... nie umiem pani umiejscowić.
— To będzie wszystko, Gelb.
Może sprawił to jej głos, surowy niczym rozkaz z mostka kapitańskiego, może maska nie skryła lodowatego spojrzenia, w każdym razie Gelb poderwał się na równe nogi; kłaniał się i bełkotliwie przepraszał, jednocześnie po omacku otwierając drzwi w ażurowej ściance.