Kiedyś należały do Brązowych. Czasem trudno było pamiętać, że już nimi nie są, ani że ona nie jest już Czerwoną. Tyle jeszcze zostało cech wyraźnie określających ich przynależność do dawnych Ajah, nawet teraz, gdy jawnie się przyłączyły do Czarnych. Na przykład dwie byłe Zielone. Miedzianoskóra Jeane Caide, obdarzona łabędzią szyją, nosiła najcieńsze, najbardziej opięte jedwabne suknie, jakie potrafiła zdobyć — tego dnia białą — i śmiała się, że te suknie będą musiały wystarczyć, w Tarabon bowiem nie da się znaleźć niczego takiego, co by przyciągnęło męskie oko. Jeane pochodziła z Arad Doman; tamtejsze kobiety słynęły ze skandalicznych ubiorów. Asne Zeramene, z czarnymi, skośnymi oczyma i wydatnym nosem, wyglądała niemal przesadnie skromnie w jasnoszarej sukni, prosto skrojonej, z wysokim kołnierzem, Liandrin słyszała jednak nieraz, jak żałowała, że zostawiła swych Strażników. A co do Rianny Andomeran... Czarne włosy z jasnosiwym pasmem nad lewym uchem okalały twarz pełną zimnej, aroganckiej pewności, jaką potrafiły się pysznić tylko Białe.
— Zrobione — oznajmiła Liandrin. — Jaichim Carridin przeniesie Białe Płaszcze do Pałacu Panarch i utrzyma go dla nas. Nie wie jeszcze, że będziemy miały gości... to oczywiste.
Na kilku twarzach pojawił się grymas; zmiana Ajah z pewnością nie zmieniła uczuć żadnej wobec mężczyzn, którzy nienawidzili kobiet zdolnych do przenoszenia Mocy.
— Tu pewna ciekawostka. On był przekonamy, że zjawiłam się tam po to, by go zabić. Za to, że jemu nie udało się zabić Randa al’Thora.
— To całkiem bez sensu — orzekła Asne, marszcząc brwi. — Mamy go zniewolić, kontrolować, nie zabić.
Roześmiała się znienacka, miękko i cicho, po czym rozparła się wygodniej w krześle.
— Jeśli jakiś sposób przejęcia nad nim kontroli istnieje, ta z chęcią związałabym go z sobą. To przystojny młody człowiek, sądząc z tego, co widziałam.
Liandrin pociągnęła nosem, nie żywiła żadnego upodobania do mężczyzn.
Rianna z niepokojem pokręciła głową.
— Wszystko ma sens, i to taki, który wróży kłopoty. Nasze rozkazy z Wieży były jasne, a jednak jest równie jasne, że Carridin dostał inne. Mogę jedynie domniemywać niezgody wśród Przeklętych.
— Przeklęci — mruknęła Jeane, ciasno krzyżując ramiona, przez co cienki, biały jedwab opiął ściśle jej piersi. — Ile są warte obietnice, że będziemy władały światem, kiedy Wielki Władca powróci, skoro najpierw rozgniotą nas na proch wojujący z sobą Przeklęci? Któraś sądzi, że potrafiłybyśmy stawić czoło choć jednemu z nich?
— Ogień stosu. — Asne rozejrzała się dookoła, ciemne, skośne oczy rzuciły wyzywające spojrzenie. — Płomień stosu zniszczy nawet Przeklętego. A my posiadamy środki służące do jego wytworzenia.
Był do tego przeznaczony jeden z ter’angreali, które wyniosły z Wieży, czarny, żłobkowany pręt, długi na krok. Żadna nie wiedziała, dlaczego kazano im go zabrać, nawet sama Liandrin. Za wiele miały takich ter’angreali, zabranych, bo im kazano, bez podania powodów, ale niektórych rozkazów trzeba było słuchać. Liandrin bardzo żałowała, że nie potrafiły zabrać bodaj jednego angreala.
Jeane prychnęła pogardliwie.
— O ile któraś z nas potrafi się nim posłużyć. A może już zapomniałyście, iż omal nie zginęłam w wyniku jedynego sprawdzianu, na jaki się poważyłyśmy? Że w obu burtach statku ter’angreal wypalił dziury, zanim zdążyłam go zatrzymać? Wiele by nam dobra nie przysporzył, gdybyśmy potonęły przed dotarciem do Tanchico.
— Na co nam ogień stosu? — zapytała Liandrin. — Gdyby udało nam się przejąć kontrolę nad Smokiem Odrodzonym, to niech wtedy Przeklęci się zastanawiają, jak sobie z nami poradzić.
Zauważyła nagle, że w izbie jest obecna jeszcze jedna osoba, Gyldin, która w kącie wycierała rzeźbione krzesło z niskim oparciem.
— Co tu robisz, kobieto?
— Sprzątam. — Kobieta z ciemnymi warkoczykami wyprostowała się niczym nie zakłopotana. — Kazałaś mi posprzątać.
Liandrin omal nie zaatakowała jej Jedyną Mocą. Omal. Ale Gyldin z pewnością nie rozumiała, że one są Aes Sedai. Cóż mogła usłyszeć? Nic ważnego.
— Pójdziesz do kucharza — powiedziała z chłodną furią — i powiesz mu, że ma cię wychłostać. Bardzo mocno! I nie wolno ci nic jeść, dopóki nie zniknie stąd wszelki kurz.
Znowu to samo. Przez tę kobietę wyrażała się jak prostaczka.
Marrilin wstała, pocierając nos żółtego kota swoim nosem, potem wręczyła zwierzę Gyldin.
— Dopilnuj, by dostał śmietanki, kiedy kucharz już się z tobą rozprawi. I trochę świeżej jagnięciny. Drobno ją dla niego posiekaj; nie zostało mu za wiele zębów, biedactwu.
Gdy zaś Gyldin popatrzyła na nią, nawet nie mrugając, dodała:
— Czy jest coś, czego nie rozumiesz?
— Wszystko rozumiem. — Gyldin zacisnęła usta. Być może wreszcie zrozumiała; była służącą, a nie im równą.
Liandrin odczekała chwilę po tym, jak tamta wyszła z kotem w ramionach, po czym gwałtownie otworzyła drzwi. W korytarzu było pusto. Gyldin nie podsłuchiwała. Nie ufała tej kobiecie. Ale z kolei nie sądziła, iż może w ogóle komuś ufać.
— Powinnyśmy się troszczyć tylko o to, co dotyczy nas — wycedziła, zamykając drzwi. — Eldrith, czy na tych stronach znalazłaś jakieś nowe wskazówki? Eldrith?
Pulchna kobieta wzdrygnęła się, po czym popatrzyła dookoła po ich twarzach, mrugając. Był to pierwszy raz, kiedy podniosła głowę znad postrzępionego, pożółkłego manuskryptu; widokiem Liandrin wyraźnie się zdziwiła.
— Co? Wskazówki? Ach, tak. Nie. Dość trudno się dostać do Biblioteki Królewskiej; gdybym wydarła bodaj stronę, bibliotekarze natychmiast by o tym wiedzieli. Gdybym zaś się ich pozbyła, to nigdy bym niczego nie znalazła. To miejsce to istny labirynt. Nie, znalazłam go u księgarza nieopodal pałacu Króla. To interesujący traktat o...
Objąwszy saidara, Liandrin rozsypała kartki po podłodze.
— Niech się spalą, jeśli to nie traktat o kontroli nad Randem al’Thorem! Czego się dowiedziałaś na temat tego, czego szukamy?
Eldrith zamrugała nad rozsypanymi kartkami.
— Cóż, ta rzecz znajduje się w Pałacu Panarch.
— O tym wiedziałaś już dwa dni temu.
— I to musi być jakiś ter’angreal. Do przejęcia kontroli nad kimś, kto potrafi przenosić Moc, potrzeba Mocy, a ponieważ to przypadek szczególny, potrzebny jest ter’angreal. Znajdziemy go w komnacie wystawowej, być może wśród zbiorów Panarch.
— Coś nowego, Eldrith. — Liandrin zmusiła się, by jej głos brzmiał mniej piskliwie. — Czy dowiedziałaś się czegoś nowego? Czegokolwiek?
Obdarzona pucołowatą twarzą kobieta zamrugała niepewnie.
— Właściwie... Nie.
— Nieważne — wtrąciła Marrilin. — Za kilka dni, kiedy się już odbędzie inwestytura ich bezcennej Panarch, będziemy mogły zacząć poszukiwania i znajdziemy to, nawet gdyby trzeba było zbadać każdy świecznik. Stoimy na granicy, Liandrin. Weźmiemy Randa al’Thora na smycz i wytresujemy go, żeby siadał i tarzał się na rozkaz.