— O tak — powiedziała Eldrith, uśmiechając się błogo. — Na smycz.
Liandrin doprawdy miała nadzieję, że wreszcie tak się stanie. Była zmęczona czekaniem, zmęczona ukrywaniem się. Niech wreszcie świat ją pozna. Niech ludzie ugną kolana, tak jak jej to obiecano, gdy wyparła się starych przysiąg, by złożyć nowe.
Egeanin wiedziała, że nie jest sama, już w chwili, gdy kuchennymi drzwiami weszła do swego małego domku, beztrosko rzuciła jednak maskę i jutowy worek na stół, po czym podeszła do wiadra z wodą, stojącego obok murowanego kominka. Pochyliła się, by wziąć do ręki miedziany czerpak i w tym samym momencie jej prawa dłoń powędrowała do otworu powstałego po dwóch usuniętych cegłach, ukrytego za wiadrem; odwróciła się już wyprostowana z niewielką kuszą w ręku. Długości zaledwie stopy, miała niewielką siłę i zasięg, ale Egeanin trzymała ją zawsze naciągniętą, ciemna plama zaś na ostrym stalowym grocie zabijała w jedno uderzenie serca.
Jeśli mężczyzna, oparty niedbale o kąt izby, zauważył kuszę, to niczym nie dał po sobie tego poznać. Jasnowłosy i niebieskooki, w średnim wieku, przystojny, aczkolwiek zbyt szczupły jak na jej gust. Wyraźnie obserwował ją z okna zabezpieczonego żelazną kratą, jak szła przez wąskie podwórze.
— Sądzisz, że ci zagrażam? — spytał po chwili.
Rozpoznała znajomy akcent z rodzinnych stron, ale nie opuściła kuszy.
— Kim jesteś?
Zamiast odpowiedzi ostrożnie zagłębił dwa palce w sakwie przy pasie — najwyraźniej jednak zauważył — i wyciągnął jakiś mały; płaski przedmiot. Gestem ręki kazała mu go położyć na stole i znowu się cofnąć.
Dopiero gdy z powrotem stanął w kącie, podeszła bliżej na taką odległość, by móc wziąć do ręki to, co położył na blacie. Ani na moment nie spuszczając zeń wzroku i nie przestając mierzyć doń z kuszy, podniosła przedmiot, by mu się dobrze przyjrzeć. Mała płytka z kości słoniowej, obrzeżona złotem, z wygrawerowanym krukiem i wieżą. Oczy kruka były z czarnych szafirów. Kruk, symbol rodziny cesarskiej; Wieża Kruków, symbol Cesarskiej Sprawiedliwości.
— Normalnie to by wystarczyło — powiedziała mu — ale jesteśmy daleko od Seanchan, w kraju, gdzie dziwne rzeczy zdarzają się niemalże na porządku dziennym. Jaki inny dowód możesz okazać?
Uśmiechając się w milczącym rozbawieniu, zdjął kaftan, rozwiązał tasiemki przy koszuli i ściągnął ją. Na obu ramionach widniały tatuaże przedstawiające kruka i wieżę.
Większość Słuchaczy Prawdy miała takie tatuaże, ale nawet ktoś, kto ośmieliłby się ukraść płytkę, nie dałby się nimi napiętnować. Kruki na ramionach oznaczały, że jest się własnością rodziny cesarskiej. Była taka opowieść, sprzed około trzystu lat, o. pewnym głupim młodym lordzie i jego lady, którzy po pijanemu dali się tak wytatuować. Gdy dowiedziała się o tym Cesarzowa, zażądała, by ich sprowadzono na Dwór Dziewięciu Księżyców, po czym rozkazała im szorować podłogi. Ten jegomość mógł być jednym z ich potomków. Piętno kruka otrzymywało się na zawsze.
— Przyjmij przeprosiny, Słuchaczu — powiedziała, odstawiając kuszę. — Jaki jest powód twej wizyty?
Nie spytała o imię; każde, jakie by podał, mogło, ale nie musiało być prawdziwe.
Pozostawił ją tak z płytką w ręku, a sam ubrał się nieśpiesznie. Subtelne upomnienie. Ona była kapitanem, a on stanowił czyjąś własność, ale był również Słuchaczem i prawo upoważniało go do przesłuchania jej. Zgodnie z nim mógł ją posłać, by kupiła sznur, którym ją zwiąże na czas przesłuchania, i spodziewałby się, że ona wróci z tym sznurem. Ucieczka przed Słuchaczem stanowiła przestępstwo. Odmowa współpracy z nim również stanowiła przestępstwo. Nigdy w życiu nie zastanawiała się nad popełnieniem aktu przestępstwa, podobnie jak nie przyszła jej do głowy zdrada Kryształowego Tronu. Ale gdyby zadawał niewłaściwe pytania, żądając niewłaściwych odpowiedzi... Kusza wciąż znajdowała się w zasięgu ręki, a Cantorin było daleko. Szalone myśli. Niebezpieczne myśli.
— Służę Czcigodnej Suroth i Corenne, w imieniu Cesarzowej — odparł. — Sprawdzam postępy, jakie poczynili agenci, których Czcigodna ulokowała na tych ziemiach.
Sprawdzam? Co takiego domaga się sprawdzenia, i to przez Słuchacza?
— Nie otrzymałam takich informacji z łodzi kurierskich. Uśmiechnął się szerzej, sprawiając, że się zaczerwieniła. To oczywiste, że załogi łodzi nie będą nic mówić o Słuchaczu. Odpowiedział jednak, nie przestając sznurować koszuli.
— Nie mogę narażać łodzi kurierskich na ryzyko swymi podróżami. Przypłynąłem na jednym ze statków należących do miejscowego przemytnika, człowieka nazwiskiem Bayle Domon. Jego flota zatrzymuje się we wszystkich portach Tarabonu, Arad Doman oraz tych, które są położone między nimi.
— Słyszałam o nim — odparła spokojnie. — Wszystko idzie jak trzeba?
— Na razie tak. Cieszę się, że chociaż ty jedna pojęłaś właściwie swoje instrukcje. Z pozostałych zrozumieli je wyłącznie Słuchacze. To pożałowania godne, że jest tak niewielu Słuchaczy z Hailene. — Narzuciwszy kaftan na ramiona, zabrał płytkę z jej rąk. — Powrotowi zbiegłych sul’dam towarzyszyła niejakie zażenowanie. Takie dezercje nie mogą stać się powszechnie znane. Będzie znacznie lepiej, jeśli one zwyczajnie znikną.
Tylko dzięki temu, że na myślenie miała niewiele czasu, jakoś udało jej się zachować kamienną twarz. Mówiono jej, że sul’dam zostały porzucone na pastwę losu podczas pogromu w Falme. Być może niektóre istotnie zdezerterowały. Jej instrukcje, których źródłem była osobiście Czcigodna Suroth, nakazywały odsyłanie z powrotem wszystkich sul’dam, jakie udało się odnaleźć, czy chciały, czy nie chciały wracać, a w razie, gdy to okaże się niemożliwe, likwidować. Wydawało się wówczas, że to ostatnie rozwiązanie należy stosować jedynie w ostateczności. Do teraz.
— Żałuję, że na tych ziemiach nie znają kaf — powiedział, siadając przy stole. — Nawet w Cantorin jedynie Krew ma jeszcze zapasy kaf. Tak przynajmniej było przed moim wyjazdem stamtąd. Może do tego czasu dotarły tam już statki dostawcze z Seanchan. Zrób mi herbaty.
Omal nie zrzuciła go z krzesła. Ten człowiek był własnością. I Słuchaczem. Zaparzyła herbatę. I podała mu ją, stając jednocześnie obok jego krzesła z imbrykiem w dłoniach, by w każdej chwili napełnić filiżankę. Dziwiła się, że nie kazał jej włożyć welonu i zatańczyć na stole.
Na koniec, gdy przyniosła pióro, atrament i papier, wolno jej było wreszcie usiąść, ale tylko dlatego, by mogła naszkicować mapy Tanchico i jego fortyfikacji oraz wszystkich miast i miasteczek, o których wiedziała cokolwiek. Sporządziła listę najrozmaitszych, aktywnych obecnie ugrupowań, według tego, co wiedziała o ich sile i sojuszach.
Kiedy skończyła, wepchnął to wszystko do kieszeni, kazał wysłać zawartość jutowego worka następną łodzią kurierską i wyszedł, z pełnym rozbawienia uśmiechem oznajmiając, że być może za kilka tygodni sprawdzi, jakie poczyniła postępy.
Po jego wyjściu jeszcze długo tam siedziała. Wszystkie naszkicowane przez nią mapy, wszystkie sporządzone przez nią listy powielały materiały, które dawno temu posłała za pośrednictwem łodzi kurierskich. Zmuszanie jej do robienia tego ponownie na jego oczach mogło stanowić karę za to, że zmusiła go do pokazania tatuaży. Straż Skazańców pyszniła się swymi krukami; Słuchacze Prawdy rzadko. Mogło o to chodzić. Na szczęście nie zszedł przed jej przyjściem do piwnicy. A może zszedł? Czekał na nią po to tylko, żeby porozmawiać?
Mocny, żelazny zamek na drzwiach wiodących do korytarza za kuchnią wisiał pozornie nietknięty, ale mówiono, że Słuchacze potrafią otwierać zamki bez pomocy kluczy. Wyjęła klucz z mieszka przy pasie, otworzyła zamek i wąskimi schodkami zeszła na dół.