Gdy zmrużyła oczy, udało jej się wypatrzyć. w dolinie jakąś postać. Mężczyznę chyba, aczkolwiek z tej odległości widziała tylko, że to ktoś ubrany prawdopodobnie w spodnie i jaskrawoniebieski kaftan. Z pewnością nie Aiel. Człowiek ów szedł skrajem mgły, co jakiś czas zatrzymując się, żeby wsunąć w nią dłoń. Nie mogła być pewna, ale wydawało jej się, że ręka nieruchomiała wówczas na krótko. Może to wcale nie mgła.
— Musisz stąd odejść — usłyszała ponaglający ją kobiecy głos. — Jeśli ktoś cię zobaczy, umrzesz albo stanie ci się coś jeszcze gorszego.
Nynaeve podskoczyła, obracając się z uniesioną pałką, omal nie tracąc punktu oparcia na zboczu.
Stojąca nieco wyżej kobieta była ubrana w krótki, biały kaftan i obszerne, jasnożółte spodnie, ściągnięte nad cholewami krótkich butów. Podmuchy palącego wiatru targały połami jej płaszcza. Te długie, złote włosy, splecione w skomplikowany warkocz oraz srebrny łuk w ręku sprawiły, że Nynaeve wyrwało się imię.
— Birgitte?
Birgitte, bohaterka stu opowieści i jej srebrny łuk, z którym nigdy się nie rozstawała. Birgitte, jedna z umarłych bohaterów, których Róg Valere miał wywołać z grobu, by stanęli do walki w Ostatniej Bitwie.
— To niemożliwe. Kim jesteś?
— Nie ma czasu, kobieto. Musisz odejść, zanim on cię zobaczy. — Jednym, gładkim ruchem wyciągnęła strzałę z kołczana przy pasie, naciągnęła ją na cięciwę i złożyła się do strzału. Srebrny grot mierzył prosto w serce Nynaeve. — Odejdź!
Nynaeve uciekła.
Nie była pewna, jak to się dokonało, ale znalazła się nagle na Łące w Polu Emonda, patrzyła na oberżę „Winna Jagoda” z jej kominami i czerwonymi dachówkami. Łąkę, gdzie ze skalnej odkrywki tryskała Winna Jagoda, otaczały strzechy. Słońce tutaj stało wysoko na niebie, mimo że Dwie Rzeki leżały daleko na zachód od Pustkowia. Pomimo bezchmurnego nieba, wioskę okrywał głęboki cień.
Miała tylko chwilę na zastanowienie, jak oni sobie tutaj radzą bez niej. Jej oko przykuł najpierw nieznaczny ruch, potem lśnienie srebra, na koniec kobieta chowająca się za węgłem schludnego domku Ailys Candwin, za rzeką Winna Jagoda. Birgitte.
Nynaeve nie wahała się. Podbiegła do jednej z kładek porzuconych przez rwący strumień: Jej buty załomotały na drewnianych deszczułkach.
— Wracaj! — krzyknęła. — Wróć tutaj i odpowiedz mi! Kto to był? Wrócisz tu albo już ja zrobię z ciebie bohaterkę! Spuszczę ci takie lanie, że dopiero zrozumiesz, na czym polega prawdziwa przygoda.
Mijając róg domu Ailys, tak naprawdę tylko częściowo spodziewała się napotkać Birgitte. Wcale natomiast nie spodziewała się zobaczyć mężczyzny w ciemnym kaftanie, który biegł w jej stronę, pokonując niecałe sto kroków ubitego błota ulicy. Zaparło jej dech. Lan. Nie, nie Lan, ale twarz biegnącego miała ten sam kształt, te same oczy. Zatrzymawszy się, podniósł łuk i strzelił. Do niej. Krzycząc przeraźliwie, rzuciła się całym ciałem w bok, usiłując pazurami wydrapać sobie drogę do jawy.
Elayne poderwała się na równe nogi, przewracając zydel, kiedy Nynaeve krzyknęła przeraźliwie i z szeroko rozwartymi oczyma usiadła na łóżku.
— Co się stało, Nynaeve? Co się stało?
Nynaeve dygotała.
— Wyglądał jak Lan. Wyglądał jak Lan, a próbował mnie zabić. — Przyłożyła drżącą dłoń do lewej ręki; z płytkiego nacięcia, kilka cali poniżej barku tryskała krew. — Gdybym nie uskoczyła, strzała przebiłaby mi serce.
Elayne usadowiła się na skraju łóżka i zbadała ranę.
— Nie jest tak źle. Przemyję ci to i zabandażuję. — Żałowała, że nie potrafi uzdrawiać; gdyby spróbowała, nie znając się na tym, tylko by pogorszyła sprawę. Tak naprawdę jednak było to tylko troszkę poważniejsze skaleczenie. Nie wspominając o tym, że wciąż miała wrażenie, iż głowę ma pełną galarety. Trzęsącej się galarety. — To nie był Lan. Uspokój się. Ktokolwiek, tylko nie Lan.
— Wiem — odparła kwaśno Nynaeve. Zrelacjonowała zdarzenia równie gniewnym głosem. Mężczyzna, który strzelał do niej z łuku w Polu Emonda i mężczyzna w Pustkowiu; nie miała pewności, czy to był jeden i ten sam. Już pojawienie się samej Birgitte było niezwykłe.
— Jesteś pewna? — spytała Elayne. — Birgitte?
Nynaeve westchnęła.
— Jedyne, czego jestem pewna, to tego, że nie znalazłam Egwene. I że nie wrócę już tam tej nocy. — Uderzyła się pięścią w udo. — Gdzie ona jest? Co się z nią stało? Jeśli ona spotkała tego człowieka z łukiem... Och, Światłości!
Elayne musiała chwilę pomyśleć; tak strasznie chciało jej się spać, myśli jej cały czas wirowały.
— Uprzedziła, że może jej tam nie być, kiedy nadejdzie pora naszego następnego spotkania. Może właśnie dlatego wyszła tak pośpiesznie. Powody, dla których nie może... Chcę przez to powiedzieć... — Te wszystkie słowa raczej nie miały większego sensu, ale nie potrafiła wyrazić tego dokładniej.
— Mam nadzieję — odparła znużonym głosem Nynaeve. Patrząc na Elayne, dodała: — Lepiej będzie, jak położymy cię do łóżka. Wyglądasz, jakbyś zaraz miała się przewrócić.
Elayne była wdzięczna za pomoc przy rozbieraniu. Pamiętała, że ma zabandażować rękę Nynaeve, ale łóżko było tak kuszące, iż ledwie umiała myśleć o czymś innym. Być może rankiem izba przestanie tak wolno krążyć wokół łóżka. Sen przyszedł, ledwie jej głowa dotknęła poduszki.
Rankiem żałowała. że w ogóle żyje.
Słońce dopiero co wzeszło, we wspólnej izbie nie było nikogo prócz Nynaeve. Z głową w dłoniach zapatrzyła się na kielich, który postawiła na stole Nynaeve, zanim poszła szukać oberżystki. Czuła ten zapach wraz z każdym oddechem; nozdrza same usiłowały się zatkać. Głowa zdawała się... Trudno było opisać, jak czuła się jej głowa. Gdyby ktoś zaproponował, że ją utnie, pewnie by mu podziękowała.
— Jak się czujesz?
Drgnęła na dźwięk głosu Thoma, ledwie tłumiąc przenikliwy jęk.
— Czuję się całkiem nieźle, dziękuję. — Od mówienia zaczęło jej łomotać w głowie. Thom bawił się niepewnie jednym ze swych wąsów. — Twoje opowieści ubiegłej nocy były bajeczne, Thom. W każdym razie te, które zapamiętałam.
Zdobyła się jakimś cudem na cichy śmiech, wyrażający dezaprobatę wobec samej siebie.
— Obawiam się, że nie pamiętam wiele prócz tego, że tam siedziałam i słuchałam. Chyba najadłam się nieświeżej galaretki z jabłek.
Nie miała zamiaru się przyznać, że wypiła całe to wino; nadal nie miała pojęcia, ile tego było. Albo że zrobiła z siebie idiotkę w jego izbie. Wszystko, tylko nie to. Thom chyba jej wierzył, z wyraźną ulgą bowiem wziął sobie krzesło.
Pojawiła się Nynaeve; usiadła, podając jej wilgotny ręcznik. Przysunęła też bliżej kielich z tym ohydnym naparem. Elayne z wdzięcznością przycisnęła ręcznik do czoła.
— Czy któreś z was widziało dziś rano pana Sandara? — spytała starsza kobieta.
— Nie spał w naszej izbie — odparł Thom. — Za co powinienem być wdzięczny, biorąc pod uwagę rozmiary łóżka.