Выбрать главу

— Zostanę z Perrinem, lordzie Luc.

— Cóż za szkoda — mruknął, wzruszając ramionami, jakby chciał powiedzieć, że trudno brać odpowiedzialność za gusta kobiet. Naciągnął rękawice z wyhaftowanymi na grzbietach wilkami i wskoczył zwinnie na siodło swego czarnego ogiera. — Życzę szczęścia, panie Złotooki. Doprawdy mam nadzieję, że wszystkim wam dopisze szczęście.

Złożywszy półukłon w stronę Faile, popisowo zawrócił konia i spiął go ostrogami do galopu, zmuszając niektórych do uskakiwania mu z drogi.

Faile skrzywiła się do Perrina w sposób, który sugerował, że kiedy będą sami, usłyszy kazanie na temat swego braku manier. Nasłuchiwał odgłosów konia Luka, a gdy wreszcie przestał cokolwiek słyszeć, zwrócił się do Gaula.

— Damy radę wyprzedzić trolloki? Zaczaić się gdzieś, dopóki nie dotrą do tego miejsca, w którym mają zamiar się zatrzymać?

— Dystans nie stanowi problemu, pod warunkiem, że zaraz ruszymy — orzekł Gaul. — Idą po linii prostej i nie śpieszą się. Towarzyszy im Jeździec Nocy. Łatwiej ich będzie zaskoczyć pod kocami, nie zaś wtedy, gdy czuwają.

Chciał w ten sposób powiedzieć, że tak będzie łatwiej dla ludzi z Dwu Rzek; od niego nie biła woń strachu.

Mimo iż kilku niewątpliwie pachniało strachem, żaden nie dał do zrozumienia, że jego zdaniem konfrontacja z czujnymi trollokami i Myrddraalem na dodatek, to raczej nie najlepszy pomysł. Obóz zwinęli natychmiast, ledwie im rozkazał, pogasili ogniska, rozsypali popioły, zebrali nieliczne garnki i na koniec dosiedli swych nieodpowiednich koni i kucyków. Razem z czatownikami — Perrin przypomniał sobie, że ma z nimi do pogadania — było ich prawie siedemdziesięciu. Z pewnością dość, by zgotować zasadzkę na trolloki. Ban al’Seen i Dannil wciąż kierowali obiema połowami — wyraźnie był to najlepszy sposób na uniknięcie kłótni — Bili al’Dai zaś, Kenley i paru innych dowodzili grupami mniej więcej dziesięciosobowymi. Również Wil w zasadzie nie był wcale taki beznadziejny, pod warunkiem, że nie myślał o dziewczętach.

Ruszyli na południe śladem biegnących Aielów. Faile jechała na Jaskółce obok Steppera.

— Ty mu naprawdę nie ufasz — powiedziała. — Myślisz, że jest Sprzymierzeńcem Ciemności.

— Ufam tobie, mojemu łukowi i toporowi — odparł. Posmutniała i jednocześnie się ucieszyła, ale tak właśnie brzmiała prosta prawda.

Przez dwie godziny prowadził ich Gaul na południe, aż wreszcie skręcili do Wodnego Lasu w gęstwinę wysokich dębów, sosen i drzew skórzanych, krzaczastych wawrzynów i stożkowatych tungowców, wysokich jesionów z okrągłymi koronami, jagodowców i czarnych wierzb, brnąc przez oplecione pnączami zarośla. Na gałęziach szwargotały tysiące wiewiórek, stale przeszywały powietrze drozdy, zięby i jemiołuszki. Perrin czuł również zapach jeleni, królików i lisów. Maleńkie strumyki wezbrały, las zapełnił się kałużami i stawami o rwących brzegach. Grunt po ostatnich opadach sprawiał wrażenie zupełnie rozmokłego, mlaskał pod kopytami koni.

Gdy ujechali już jakieś dwie mile przez las, Gaul zatrzymał się między dużym, otoczonym wierzbami stawem a wąskim strumykiem szerokości kroku. Do tego właśnie miejsca miały dojść trolloki, o ile ciągle zdążały tą samą drogą. Troje Aielów rozpłynęło się wśród drzew, żeby to sprawdzić i wrócić z ostrzeżeniem, gdyby już się zbliżały.

Pozostawiwszy Faile i kilkunastu mężczyzn przy koniach, Perrin kazał pozostałym rozstawić się w ostry łuk, w zagłębienie którego miały wejść trolloki. Upewnił się, że wszyscy są dobrze ukryci i że wiedzą, co zamierza, po czym sam zajął stanowisko na samym dnie misy, obok dębu, którego pień miał obwód dłuższy niźli jego wzrost.

Wysunął topór z pętli przy pasie, naciągnął strzałę i czekał. Lekki wiatr, który wiał mu w twarz, to wzmagał się, to słabł. Na pewno wyczuje trolloki dużo wcześniej, zanim się pojawią. Irką przecież prosto na niego. Dotknął raz jeszcze topora, czekał. Minęło kilka minut. Godzina. Dłużej. Ile czasu upłynie, zanim się pojawi Pomiot Cienia? Jeszcze trochę w tej wilgoci i trzeba będzie zmieniać cięciwy.

Ptaki zamilkły chwilę przed tym, jak zniknęły wiewiórki. Perrin zrobił głęboki wdech i zmarszczył czoło. Nic. Przy takim wietrze na pewno wywęszy trolloki, jak tylko wyczują je zwierzęta.

Jakiś zabłąkany powiew przyniósł mu cuchnący smród, smród wiekowego potu i zgnilizny. Obróciwszy się, krzyknął:

— Są za nami! Wszyscy do mnie! Dwie Rzeki do mnie! — Za nimi. Konie. — Faile!

Wkoło wybuchły krzyki, wycia i bestialski wrzask. Na otwartą przestrzeń w odległości dwudziestu kroków wskoczył trollok z baranim łbem. Trzymał w górze długi, zakrzywiony łuk. Perrin jednym spokojnym ruchem napiął łuk i wystrzelił, chwycił błyskawicznie następną strzałę, osadzając ją na cięciwę. Jeden z grotów trafił trolloka między oczy, stwór zawył raz i padł. A jego strzała, dorównująca wielkością małej włóczni, ugodziła Perrina w bok niczym cios młota.

Chwytając spazmatycznie powietrze pod wpływem wstrząsu, zgarbił się, upuszczając łuk i świeżo nasadzoną strzałę. Wokół czarno upierzonego drzewca rozchodził się ból; Perrin dygotał przy każdym oddechu, a każde dygotanie eksplodowało świeżym bólem.

Dwa kolejne trolloki odziane w czarne kolczugi, jeden z wilczym pyskiem, drugi z baranimi rogami, o całą połowę wyższe od Perrina i dwakroć odeń szersze, przeskoczyły ciało martwego towarzysza. Ujadając i wymachując zakrzywionymi mieczami, pędziły prosto na niego.

Prostując się z wysiłkiem, zacisnął zęby i ułamał drzewce grubości kciuka tuż przy ciele, wyswobodził topór i pobiegł im na spotkanie. Wyjąc z wściekłości, od której oczy zaszły mu czerwoną mgłą. Górowali nad nim, zakuci w zbroje z kolcami przy łokciach i ramionach, on jednak wściekle wywijał toporem, jakby każdym ciosem chciał ściąć drzewo. Za Adorę. Za Deselle.

— Moja matka! — krzyknął. — A żebyście sczezły! Za moją matkę!

Nagle się zorientował, że siecze zalane krwią cielska powalone już na ziemię. Warcząc, kazał sobie przestać, trzęsąc się zarówno z wysiłku, jak i z bólu, który przepalał mu bok. Krzyku było już mniej. Mniej wrzasku. Czy w ogóle ktoś przeżył oprócz niego?

— Wszyscy do mnie! Dwie Rzeki do mnie!

— Dwie Rzeki! — rozległo się czyjeś pełne szaleńczego przerażenia wołanie, dochodzące gdzieś z głębin wilgotnego lasu, i zaraz jeszcze jeden głos powtórzył: — Dwie Rzeki!

Dwóch. Tylko dwóch.

— Faile! — zawołał. — Och, Światłości, Faile!

Błysk czerni sunącej wśród drzew zwiastował Myrddraala, jeszcze zanim zobaczył go w całej okazałości, odzianego w podobną do wężowej skóry czarną zbroję opinającą tors i atramentowy płaszcz, nieruchomy nawet w biegu. Zbliżywszy się, zwolnił do krętego, asekuracyjnego kroku; wiedział, że Perrin jest ranny, wiedział, że stanowi łatwą zdobycz. Na widok bezokiego spojrzenia bladej twarzy poczuł użądlenie strachu.

— Faile? — przedrzeźnił go Myrddraal. W jego ustach to imię zabrzmiało jak trzask płonącej skóry. — Twoja Faile... była pyszna.

Perrin z rykiem rzucił się całym ciałem na niego. Miecz o czarnym ostrzu odparował pierwszy cios. I drugi. I trzeci. Biała jak larwa twarz znieruchomiała w skupieniu, ale stwór poruszał się niczym jadowity wąż, niczym błyskawica. Na moment zmusił go do defensywy. Na moment. Krew ciurkała mu z boku, rana paliła jak ogień paleniska w kuźni. Dłużej już nie ·da rady. A gdy całkiem zabraknie mu sił, ten miecz znajdzie pewną drogę do jego serca.

Poślizgnął się w błocie, które zmiesił własnymi butami, ostrze Pomora cofnęło się — a migoczący miecz zrąbał do połowy bezoki łeb, tak że opadł na jedno ramię w fontannie czarnej krwi. Siekąc na oślep, Myrddraal zaczął brnąć zygzakiem do przodu, potykając się, nie chcąc umrzeć do końca, nadal instynktownie próbując mordować.