Выбрать главу

Perrin uskoczył mu niezdarnie z drogi, całą zaś uwagę przeniósł na człowieka, który spokojnie wycierał ostrze garścią liści. Z ramion Ihvona zwisał mieniący się płaszcz.

— Przysłała mnie Alanna, miałem cię odszukać. Mało co, a byłbym was nie znalazł, ale siedemdziesiąt koni zostawia jednak ślady. — Ciemny, szczupły Strażnik wyglądał na tak opanowanego, jakby właśnie zapalał fajkę przed kominkiem. — Gorzej, że te trolloki nie były związane z tym...

Wskazał mieczem Myrddraala; stwór leżał, ale wciąż siekł na oślep.

— ...gdybyś z powrotem zgromadził swych ludzi, to może nie będą miały ochoty mierzyć się z wami, skoro nie ma z nimi Bezokiego, który by je do tego zmusiła Szacuję, że było ich z początku sto. Teraz o kilka mniej. Parę zarżnąłeś.

Zaczął spokojnie badać cienie zalegające pod drzewami, jedynie miecz w jego ręku wskazywał, że dzieje się coś nienormalnego. Przez krótką chwilę Perrin wpatrywał się w niego szeroko otwartymi oczami. Alanna go szukała? Przysłała Ihvona? W samą porę, by ocalił mu Tycie. Trzęsąc się, znowu podniósł głos.

— Dwie Rzeki do mnie! Na miłość Światłości, wszyscy do mnie! Tutaj! Do mnie! Tutaj!

Tym razem nie przestawał krzyczeć, dopóki się nie pojawiły znajome twarze brnących pomiędzy drzewami. Twarze w większości zalane krwią. Zszokowane twarze o wytrzeszczonych oczach. Szli wsparci jeden o drugiego, niektórzy potracili łuki. Towarzyszyli im Aielowie, najwyraźniej nie byli ranni poza Gaulem, który nieznacznie utykał.

— Nie pojawili się tam, gdzie oczekiwaliśmy — tylko tyle powiedział Aiel. Noc była chłodniejsza, niż oczekiwaliśmy. Padało mocniej, niż oczekiwaliśmy. Takim tonem to wyraził.

Faile zmaterializowała się razem z końmi. Z połową koni, w tym ze Stepperem i Jaskółką, towarzyszyło jej ponadto dziewięciu z tamtych dwunastu ludzi, których razem z nią zostawił. Na policzku miała szramę, ale żyła. Próbował ją objąć, ale odepchnęła jego ręce i, mrucząc coś gniewnie nad ułamaną strzałą, delikatnie odchyliła połę kaftana, usiłując zbadać, w którym dokładnie miejscu grube drzewce wbiło się w ciało.

Perrin przyjrzał się otaczającym go ludziom. Przestali już przychodzić, brakowało jednak niektórych twarry. Kenley Ahan. Bili al’Dai. Teven Marwin. Zmusił się do sprawdzenia, kogo brakuje, zmusił się, by ich policzyć. Dwudziestu siedmiu. Brakowało dwudziestu siedmiu.

— Wszystkich rannych przyprowadziliście? — spytał matowym głosem. — Czy ktoś tam jeszcze został?

Dłoń Faile przy jego boku zadrżała; wyraz jej twarzy, krzywiącej się do rany, stanowił kombinację zmartwienia i furii. Miała prawo być zła. Nie powinien był jej w to pakować.

— Tylko martwi — rzekł Ban al’Seen głosem równie ołowianym jak jego twarz.

Wil patrzył krzywo na coś poza zasięgiem wzroku.

— Widziałem Kenleya — wyznał. — Głowę miał wetkniętą w rozwidlenie w pniu dębu, reszta ciała leżała u stóp drzewa. Widziałem go. Już go nie będzie męczyło przeziębienie.

Kichnął i wyraźnie się zdziwił.

Perrin westchnął ciężko i zaraz tego pożałował; zacisnąwszy zęby, usiłował zwalczyć ból, który wybuchł w boku. Faile, ze zwiniętą zielono-złotą, jedwabną chustą w dłoni, próbowała wyciągnąć mu koszulę ze spodni. Odepchnął jej ręce, nie zważając na groźną minę, nie było teraz czasu na opatrywanie ran.

— Ranni na konie — rozkazał, kiedy już mógł mówić. — Ihvon, czy one nas zaatakują?

Las podejrzanie jakby skamieniał.

— Ihvon?

Strażnik pokazał się, prowadząc za sobą szarego wałacha o płonącym wzroku. Perrin powtórzył pytanie.

— Może. Może nie. Trolloki zabijają tych, których im zabić najłatwiej. Bez Półczłowieka będą raczej szukały jakiejś farmy niż kogoś, kto mógłby naszpikować je strzałami. Dopilnuj, by każdy, kto jest w stanie ustać o własnych siłach, niósł łuk z nałożoną strzałą, nawet gdyby nie mógł jej wystrzelić. Może stwierdzą, że cena za tę zabawę jest zbyt wysoka.

Perrin zadrżał. Jeśli trolloki rzeczywiście zaatakują, to zabawią się równie dobrze jak podczas tańców w Niedzielę. Tylko Ihvon i Aielowie mogli stanąć do walki. No i Faile; jej ciemne oczy błyszczały z furii. Musi ją zabrać w jakieś bezpieczne miejsce.

Strażnik nie zaproponował, by wzięli jego konia dla rannych, co miało sens. Zwierzę raczej nie dopuściłoby nikogo na swój grzbiet, a koń wyszkolony do walki ze swoim panem w siodle stanowiłby niezwykle groźną broń, gdyby znowu pojawiły się trolloki. Perrin usiłował wsadzić Faile na grzbiet Jaskółki, powstrzymała go jednak.

— Ranni, sam powiedziałeś — wyszeptała. — Pamiętasz?

Wbrew jego oburzeniu uparła się natomiast, by on dosiadł Steppera. Spodziewał się, że inni zaprotestują po tym, jak poprowadził ich do klęski, ale nikt jakoś nie chciał. Było dość koni dla tych, którzy nie mogli iść o własnych siłach oraz tych, którzy nie byli w stanie iść daleko — ponuro przyznał, że należy do tych drugich — więc ostatecznie wylądował w siodle. Połowa jeźdźców musiała przylgnąć do grzbietów swych wierzchowców. On sam zaciskał zęby, ale siedział wyprostowany.

Ci, którzy szli normalnym krokiem albo zataczając się, a także niektórzy z jadących konno, ściskali kurczowo łuki, jakby one oznaczały zbawienie. Perrin też trzymał łuk, podobnie Faile, aczkolwiek wątpił, czy mogłaby naciągnąć cięciwę łuku z Dwu Rzek. Liczył się teraz ich wygląd; tylko pozory mogły ich uratować. W wyglądzie trojga Aielów, podobnie jak w wyglądzie Ihvona, czujnego niczym zwinięty bicz, nie zaszła żadna zmiana; parli przed siebie, przygotowani na wszystko. Reszta, łącznie z nim, wyglądała jak szczątki worka ze szmatami, zupełnie inaczej niż grupa, którą dowodził wcześniej — taki pewien siebie, przepełniony pychą. Niemniej jednak iluzja współgrała z rzeczywistością. W trakcie pokonywania pierwszej mili przez leśny gąszcz zabłąkane wiatry przynosiły mu cuchnącą woń ukrytych w cieniach, skradających się trolloków. Po jakimś czasie smród zaczął powoli rzednąć, aż wreszcie rozwiał się bez śladu, oznaczając, że trolloki dały się omamić i zostały z tyłu.

Faile szła obok Steppera, z jedną ręką na nodze Perrina, jakby chciała go podtrzymać. Co jakiś czas zadzierała ku niemu głowę, uśmiechając się pocieszająco, ale troska wyryła bruzdy na jej czole. Odwzajemniał ten uśmiech jak potrafił, usiłując jej wmówić, że nic mu nie jest. Dwudziestu siedmiu. Nie umiał powstrzymać tego pochodu imion i twarzy, które bezustannie przebiegały mu przed oczyma. Colly Garren i Jared Aydaer, Dael al’Taron i Ren Chandro. Zabił dwudziestu siedmiu ludzi z Dwu Rzek przez własną głupotę. Dwudziestu siedmiu.

Około popołudnia wyszli z Wodnego Lasu na otwartą przestrzeń, dalej kierując się wprost przed siebie. Trudno było dokładnie określić, ile czasu upłynęło, jako że niebo wciąż kryło się za chmurami i wszystko dookoła spowijały martwe cienie. Przed nimi rozciągały się pastwiska z wysoką trawą, urozmaicone plamkami drzew i rozproszonych owiec, w oddali widać było jakieś farmy. Z kominów nie ulatywał dym; gdyby ktoś tam jeszcze mieszkał, to warzyłby jakąś gorącą strawę. Najbliższego pióropusza dymu należało się spodziewać w odległości co najmniej pięciu mil.

— Powinniśmy poszukać jakiejś farmy, by mieć gdzie spędzić noc — orzekł Ihvon. — Jakiegoś miejsca pod dachem, w razie gdyby znowu miało padać. Ognia. Strawy.

Popatrzył na ludzi z Dwu Rzek i dodał: