Mężczyźni nie poprzestawali na ściskaniu dłoni Faile, lecz także ją obejmowali. Perrin starał się niczego nie dać po sobie poznać, kiedy młodsi czynili to z nadmiernym, jego zdaniem, entuzjazmem, odrobinę tylko zacisnął szczęki; próbował nawet się uśmiechać. Jego nie uściskała żadna kobieta młodsza od Ili. W jakiś sposób, nawet wówczas gdy Faile pozwalała, by obejmował ją jakiś chudy, paradnie odziany Druciarz i ściskał ją tak, że brakowało tchu, wciąż strzegła go zawzięcie niczym pies obronny. Kobiety, we włosach których nie było choćby jednego pasma siwizny, spoglądały raz na jej twarz i wybierały kogoś innego. Tymczasem Wilowi udało się wycałować każdą nieomal dziewczynę w obozowisku. Podobnie Banowi, niezależnie od nosa. Nawet Ihvon zatopił się w nastroju powszechnej zabawy, jeśli już o to chodzi. Faile dobrze by zrobiło, gdyby któryś z tych ludzi połamał jej żebra.
Na koniec Druciarze odstąpili, wyjąwszy Raena i Ilę, a wokół ludzi z Dwu Rzek powstała pusta przestrzeń. Żylasty, siwowłosy mężczyzna skłonił się ceremonialnie, przyciskając dłonie do piersi.
— Przyszliście w pokoju. Teraz odejdźcie w pokoju. Zawsze będziecie mile witani przy naszych ogniskach. Drogą Liścia jest pokój.
— Niech pokój będzie z wami na zawsze — odrzekł Perrin — i wraz z całym Ludem.
„Światłości, niech tak się stanie naprawdę”.
— Odnajdę pieśń lub ktoś inny ją odnajdzie, ale pieśń zostanie zaśpiewana w tym roku lub następnym.
Zastanawiał się, czy kiedykolwiek rzeczywiście była jakaś pieśń, czy też Tuatha’anowie wyruszyli w drogę, szukając czegoś zupełnie innego. Elyas powiedział mu, że sami nie wiedzą, co to za pieśń, lecz wiedzą tyle, iż rozpoznają ją, kiedy już znajdą.
„Oby odnaleźli przynajmniej bezpieczeństwo. Przynajmniej to”.
— Jak było kiedyś, tak niech będzie znowu, aż po bezkres świata.
— Po bezkres świata — odpowiedzieli Tuatha’anowie zgodnym szmerem. — Po bezkres świata i po bezkres czasu.
Wokół wymieniono kilka ostatnich uścisków, podczas gdy Ihvon i Faile pomagali Perrinowi dosiąść Steppera. Wil zebrał ostatnie pocałunki. I Ban. Ban! Z tym jego nosem! Pozostali, ci, którzy byli najciężej ranni, na poły leżeli już na grzbietach swych wierzchowców, Druciarze zaś machali do nich jak do starych sąsiadów, którzy wyruszają w długą podróż.
Raen podszedł, by uścisnąć dłoń Perrina.
— Nie zastanowicie się ponownie? — zapytał Perrin. — Pamiętam, jak kiedyś mówiłeś, że po świecie wędruje zło. Teraz jest jeszcze gorzej, Raen, tu i teraz.
— Niech pokój będzie z tobą, Perrin — odrzekł Raen, uśmiechając się.
— I z tobą — smutno powtórzył Perrin.
Aielowie nie pokazali się, dopóki nie oddalili się ponad milę od obozu Druciarzy, Bain i Chiad spojrzały na Faile, zanim truchtem ruszyły naprzód, zajmując swe zwykłe miejsce na czele pochodu. Perrin nie miał pojęcia, dlaczego obawiały się, iż coś może się jej przydarzyć wśród Tuatha’anów.
Gaul podszedł do boku Steppera, z łatwością dotrzymując mu kroku. Oddział nie poruszał się szczególnie szybko, skoro połowa ludzi musiała wędrować pieszo. Zmierzył jak zwykle bacznym wzrokiem Ihvona, zanim się zwrócił do Perrina:
— Z twoją raną jest lepiej?
Jego rana bolała jak wściekła; każdy krok konia poruszał tkwiącym w ciele grotem.
— Czuję się dobrze — oznajmił, starając się nie zgrzytać zębami. — Być może jeszcze dzisiejszego wieczora zatańczę w Polu Emonda. A ty? Czy dobrze spędziłeś noc, grając w Pocałunek Panny?
Gaul potknął się i omal nie przewrócił.
— O co chodzi?
— Słyszałeś, żeby któraś proponowała tę grę? — zapytał cicho Aiel, wpatrując się w przestrzeń przed sobą.
— Chiad. Dlaczego?
— Chiad — wymruczał Gaul. — Ta kobieta należy do Goshien. Goshien! Powinienem zabrać ją do Gorących Źródeł w charakterze gai’shain.
Słowa brzmiały gniewnie, ale w tonie jego głosu pobrzmiewało raczej zdziwienie.
— Chiad.
— Powiesz mi, o co chodzi`?
— Myrddraal jest mniej przebiegły niż kobieta — powiedział Gaul głosem zupełnie pozbawionym wyrazu — a trolloki walczą bardziej honorowo.
Po chwili dodał zapalczywym szeptem.
— A kozioł posiada więcej rozumu.
Przyspieszył kroku i pobiegł naprzód, by przyłączyć się do dwóch Panien. Nie odezwał się do nich ani słowem, przynajmniej nic nie dotarło do uszu Perrina, tylko zwolnił i szedł teraz obok nich.
— Rozumiesz coś z tego? — zapytał Perrin Ihvona. Strażnik potrząsnął głową.
Faile parsknęła.
— Jeżeli jemu się zdaje, że może próbować przysparzać im kłopotów, powieszą go za nogi na gałęzi, by ochłonął.
— A ty coś z tego wszystkiego rozumiesz? — zapytał ją Perrin. Szła obok konia, nie patrząc na niego, nie odezwała się też ani słowem, z czego wywnioskował, że odpowiedź na pytanie musi być przecząca. — Myślę, że spróbuję ponownie spotkać się z Raenem. Minęło dużo czasu, odkąd po raz ostatni widziałem tiganzę. To było... interesujące.
Mruknęła coś pod nosem, ale udało mu się dosłyszeć:
— Ciebie również przydałoby się powiesić za nogi!
Uśmiechnął się do niej z góry.
— Ale nie muszę, skoro ty obiecałaś zatańczyć dla mnie tę sa’sarę.
Jej twarz stała się purpurowa.
— Czy jest podobna do tiganzy? Chciałem powiedzieć, że w przeciwnym razie to mija się z celem.
— Ty mięśniogłowy idioto! — warknęła, obrzucając go wściekłym spojrzeniem. — Mężczyźni rzucali swe serca i fortuny pod stopy kobiet tańczących sa’sarę. Gdyby matka podejrzewała, że wiem, jak to się robi...
Mocno zacisnęła zęby, jakby zrozumiała, że powiedziała za dużo i podrzuciła do góry głowę, by spojrzeć w przód. Szkarłat upokorzenia pokrył ją od nasady włosów aż po karczek sukni.
— A więc nie ma żadnego powodu, abyś ją tańczyła — powiedział cicho. — Moje serce i moja fortuna, niezależnie od ich wartości, już leżą u twych stóp.
Faile zgubiła krok, potem zaśmiała się cicho i przycisnęła policzek do jego obutej łydki.
— Jesteś zbyt uprzejmy dla mnie — wymruczała. — Pewnego dnia zatańczę ją dla ciebie i sprawię, że krew zagotuje ci się w żyłach.
— Już to sprawiłaś — odrzekł, a ona zaśmiała się ponownie. Przyciągnęła do siebie strzemię i przytuliła jego nogę, odtąd szła w ten sposób.
Po pewnym czasie jednak nawet myśl o tańczącej Faile — na podstawie tego, co zapamiętał z tańca Druciarzy, wywnioskował, że musiałoby to być coś zupełnie niesamowitego — nie potrafiła przegnać bólu drążącego jego bok. Przy każdym kroku Steppera cierpiał katusze. Starał się mimo to trzymać prosto. W ten sposób ból wydawał się odrobinę słabszy. Poza tym nie chciał zepsuć nastroju, jaki się udzielił wszystkim po wizycie w obozowisku Tuatha’anów. Pozostali siedzieli wszak prosto w swoich siodłach, nawet ci, którzy poprzedniego dnia załamali się zupełnie. A Ban, Dannil i inni maszerowali z wysoko uniesionymi głowami. On nie może być pierwszym, który podupadnie na duchu.
Wil zaczął pogwizdywać „Powrót do Domu z Przełęczy Tarwina”, a po chwili dołączyło do niego kolejnych trzech lub czterech. Na koniec Ban zaczął śpiewać czystym, głębokim głosem.