Dłoń Aes Sedai zastygła w odległości cala od ułamanego grotu strzały wbitego w jego bok. Coś zaswędziało go wokół rany.
— Och, nie wygląda to dobrze — wymamrotała. — Wbita między żebra, a nadto przyplątała się infekcja pomimo użytych maści. To będzie wymagało udziału Alarmy, jak mniemam.
Zamrugała, potem odsunęła dłoń, wraz z nią zniknęło swędzenie.
— Co? Ukrywamy się? Och! Biorąc pod uwagę to, co się teraz tu dzieje, jak mogłybyśmy się ukrywać? Przypuszczam, że powinnyśmy... odjechać. Ale nie chciałbyś tego, nieprawdaż?
Ponownie popatrzyła na niego tym ostrym, uważnym, ptasim wzrokiem.
Zawahał się i na koniec westchnął.
— Przypuszczam, że nie.
— Och, miło to słyszeć — powiedziała z uśmiechem.
— Dlaczego, tak naprawdę, przyjechałyście tutaj, Verin?
Zdawała się nie słyszeć jego pytania. Albo nie chciała słyszeć.
— Teraz musimy się zająć tą rzeczą, która w tobie tkwi. A ci pozostali chłopcy również potrzebują opieki. Alanna i ja zatroszczymy się o najgorsze obrażenia, jednak...
Ludzie, którzy byli z nim, znajdowali się w stanie równie przemożnego oszołomienia tym, co zastali na miejscu, jak on. Ban, drapiąc się po głowie, spoglądał na sztandar, a kilku pozostałych rozglądało się dookoła ze zdumieniem. Większość jednak patrzyła na Verin, niespokojnie, z rozszerzonymi oczyma; z pewnością musieli słyszeć te szepty o Aes Sedai. Perrin zdał sobie sprawę, że sam stał się obiektem kilku dociekliwych spojrzeń, kiedy tak rozmawiał z Aes Sedai, jakby była zwykłą kobietą z wioski.
Verin przyjrzała im się raz jeszcze, po czym nagle, zupełnie nie patrząc, sięgnęła za plecy i wyciągnęła z tłumu gapiów dziewczynkę w wieku dziesięciu, może dwunastu lat. Dziewczynka o długich ciemnych włosach, związanych niebieskimi wstążkami, aż zesztywniała z przestrachu.
— Znasz Daise Congar, dziecko? — zapytała. — Dobrze, znajdź ją i powiedz, że są tu ranni mężczyźni, którym potrzebne będą jej zioła. I powiedz jej, żeby się pośpieszyła. Powiedz jej też, że nie mam cierpliwości do jej humorów. Zrozumiałaś? No to już, zmykaj.
Perrin nie rozpoznał dziewczynki, najwyraźniej jednak ta znała Daise, ponieważ aż zadrżała, słysząc treść wiadomości. Verin była przecież Aes Sedai. Po chwili wahania — Daise Congar przeciwko Aes Sedai — dziewczynka pomknęła w tłum.
— A Alanna zajmie się tobą — oznajmiła Verin, ponownie spoglądając w jego stronę.
Naprawdę wolałby, aby ton jej głosu nie podkreślał dodatkowo dwuznaczności wypowiedzianych przed chwilą słów.
43
Troska o żyjących
Verin sama wzięła Steppera za wodze i poprowadziła do stajni gospody „Winna Jagoda”, tłum rozstępował się, by ją przepuścić, po chwili jednak ludzie z powrotem tłoczyli się jeden przez drugiego. Dannil oraz pozostali chłopcy przepychali się przez ciżbę, pieszo lub konno, otoczeni grupkami swoich krewnych. Mimo iż byli niepomiernie zdumieni zmianami, jakie zaszły w Polu Emonda, zachowywali się dumnie. Ci, którzy utykali, nie chcieli wesprzeć się na podtrzymujących ich ramionach, jadący konno prostowali się w siodłach — wszak przecież walczyli z trollokami, a teraz powrócili do domu. Kobiety wyciągały ręce, by dosięgnąć swych synów, kuzynów i wnuków, często mając łzy w oczach, a ich stłumione lamenty zlewały się w cichy, zbolały szmer. Mężczyźni o nieustępliwych oczach próbowali skrywać swe obawy za pełnymi godności uśmiechami, poklepując chłopców po ramionach i wyrażając zdumienie na widok ich świeżo zapuszczonych bród, jednakże często ich szorstkie uściski w istocie zamieniały się w ramię, podane, by się na nim wesprzeć. Znajome dziewczęta tłoczyły się wśród pocałunków i głośnego szlochania, wyrażającego na równi szczęście jak i współczucie, a maleńcy braciszkowie i siostrzyczki wahali się pomiędzy paroksyzmem płaczu a wczepieniem z szeroko rozwartymi zdziwieniem oczami w brata, którego najwyraźniej wszyscy wkoło uważali za bohatera.
Były też inne głosy, których Perrin wolałby nie słyszeć.
— Gdzie jest Kenley? — Pani Ahan była przystojną kobietą, z nielicznymi pasmami siwizny w czarnym warkoczu, ale na jej twarzy gościł pełen przestrachu grymas, w miarę jak spoglądała w kolejne twarze, i kolejne oczy odwracały się od niej. — Gdzie jest mój Kenley?
— Bili! — wołał niepewnie stary Hu al’Dai. — Czy któryś widział Biliego al’Dai?
— ...Hu...!
— ...Jared...!
— ...Tim...!
— ...Colly...!
Przed frontem gospody Perrin zsunął się z siodła, chcąc jak najszybciej uciec od tych imion, nie zwrócił nawet uwagi, czyje dłonie go pochwyciły.
— Zabierzcie mnie do środka! — zazgrzytał zębami. — Do środka!
— ...Teven... !
— ...Haral...!
— ...Had...!
Drzwi zamknęły się, jak nożem ucinając ściskające serce zawodzenia matki Daela al’Tarona, by ktoś jej wreszcie powiedział, gdzie jest jej syn.
„W kotle trolloków — pomyślał Perrin, kiedy tylko posadzono go w fotelu we wspólnej sali gospody. — W brzuchach trolloków, tam gdzie go posłałem, pani al’Taron. Tam, gdzie go posłałem”.
Faile ujęła jego głowę w swe dłonie i z niepokojem spojrzała mu w oczy.
„Teraz muszę zatroszczyć się o żyjących — pomyślał. — Zmarłych opłaczę później. Później”.
— Ze mną wszystko w porządku — uspokajał ją. — Po prostu trochę zakręciło mi się w głowie, kiedy zsiadałem z konia. Nigdy nie byłem dobrym jeźdźcem.
Nie wyglądało, by mu uwierzyła.
— Nie mogłabyś czegoś zrobić? — nagabywała Verin.
Aes Sedai spokojnie pokręciła głową.
— Myślę, że lepiej nie, dziecko. Niestety, żadna z nas nie jest Żółtą, mimo to Alanna jest znacznie lepszą Uzdrowicielką niż ja. Moje Talenty rozwinęły się w nieco inną stronę. Ihvon zaraz ją przyprowadzi. Czekaj cierpliwie, dziecko.
Wspólna sala gospody zamieniła się w rodzaj zbrojowni. Wyjąwszy miejsce przed kominkiem, ściany zastawione były równym szeregiem wspartych o nie najróżniejszych włóczni, od czasu do czasu zdarzała się wśród nich jakaś halabarda lub lanca oraz kilka pik z dziwnie wykutymi grotami, wiele z nich wyżartych i pozbawionych koloru w miejscach, gdzie zeskrobano rdzę. Jeszcze bardziej zaskakujący był widok baryłki w pobliżu schodów, w której znajdowały się miecze zmieszane ze sobą, większość bez pochew; nie było wśród nich dwóch jednakowych. W promieniu pięciu mil przetrząśnięto wszystkie strychy w poszukiwaniu reliktów wojennej sztuki, od pokoleń pokrywających się kurzem. Perrin nigdy by nie podejrzewał, że w całych Dwu Rzekach da się znaleźć choćby pięć mieczy. W każdym razie zanim pojawiły się Białe Płaszcze i trolloki.
Gaul zajął miejsce w pobliżu schodów wiodących do pokojów gościnnych gospody i pomieszczeń zajmowanych przez rodzinę al’Vere, pozornie patrzył na Perrina, ale w istocie świadom był każdego poruszenia Verin. Po przeciwległej stronie izby siedziały Panny z włóczniami wspartymi o zagięcia łokci, obserwując Faile i resztę sali na pozór obojętnie. Trzej młodzieńcy, którzy wprowadzili Perrina do środka, stali teraz w pobliżu drzwi i przestępując niepewnie z nogi na nogę, rozszerzonymi oczyma popatrywali to na niego, to na Aes Sedai. I to było wszystko.
— Pozostali — zaczął Perrin. — Oni potrzebują...
— Ktoś się nimi zajmie — wtrąciła łagodnie Verin, zajmując miejsce przy kolejnym stole. — Na pewno będą chcieli się spotkać z rodzinami. Znacznie lepiej jest mieć przy sobie bliskich.
Perrin poczuł ukłucie bólu — przed jego oczyma przemknął obraz grobów pod jabłoniami — ale odepchnął go od siebie.