Podniosła jego pas z podłogi i zapięła mu na biodrach, uważnie sprawdzając, czy topór dobrze leży w pętli. Zatrzepotała doń rzęsami!
— Proszę, obiecaj mi, że tak zrobisz.
Miała rację. Nie wytrzymałby dwóch minut walki z trollokiem. Nie więcej niż dwie sekundy przeciwko Pomorowi. I niezależnie od tego, jak bardzo nie miał ochoty się do tego przyznać, nie przejechałby nawet dwóch mil, gdyby postanowił ścigać Gaula i Loiala.
„Głupi ogirze. Jesteś pisarzem, nie bohaterem”.
— W porządku — powiedział. Nagle podejrzliwa myśl przemknęła mu przez głowę. Ten sposób, w jaki pani al’Vere i Faile rozmawiały za jego plecami, te wszystkie porozumiewawcze mrugnięcia. — Nie potrafię ci odmówić, kiedy się tak pięknie uśmiechasz.
— Jestem zadowolona. — Wciąż uśmiechając się, wygładziła jego kaftan, strzepnęła nitkę bandaża, której sam nawet by nie dostrzegł. — Jeśli będziesz zachowywał się inaczej, a uda ci się przeżyć, zrobię to, co ty mi zrobiłeś pierwszego dnia w Drogach. Nie przypuszczam, żebyś był na tyle silny, aby mnie powstrzymać. — Ten uśmiech znowu rozbłysnął na jej twarzy, jedna wielka wiosna i słodycz. — Zrozumiałeś?
Wbrew własnej woli zachichotał.
— Brzmi tak, jakbym lepiej zrobił, pozwalając się zabić.
Nie wyglądała na szczególnie rozbawioną.
Hu i Tad, szczupli stajenni, przyprowadzili Steppera oraz Jaskółkę wkrótce po tym, jak wyszli z gospody. Wszyscy mieszkańcy wioski zebrali się na jej przeciwległym krańcu, za Łąką, na której pasły się gęsi i krowy i ponad którą szkarłatno-biały sztandar z wilczym łbem powiewał w porannej bryzie. Kiedy tylko Perrin i Faile dosiedli koni, obaj stajenni, nie odezwawszy się ani słowem, również pobiegli w tę stronę.
Cokolwiek tam się działo, z pewnością nie był to atak trolloków. Wśród tłumu wyraźnie widział kobiety i dzieci, krzyki zaś o „trollokach” cichły powoli, zamieniając się w szmer niczym echo gęsiego gęgania. Jechał powoli, nie chcąc kołysać się zanadto w siodle, Faile prowadziła Jaskółkę blisko, obserwując go. Jeżeli mogła raz zmienić decyzję bez najmniejszego powodu, potrafiłaby również zapewne zrobić to powtórnie, a on nie chciał kłócić się ponownie o prawo wyjścia na dwór.
W rozgadanym tłumie znajdowali się ludzie z Pola Emonda, tak farmerzy, jak i mieszkańcy samej wioski, stłoczeni razem, ramię przy ramieniu, kiedy jednak ich zobaczyli, rozstąpili się, dając przejście. W pomrukach mógł dosłyszeć powtarzane swoje imię, często z towarzyszeniem przydomka „Złotooki”. Pochwycił również słowo „trolloki”, ale wypowiedziane ze zdumieniem raczej niźli z przestrachem. Z grzbietu Steppera miał dobry widok ponad ich głowami.
Skłębiona masa ludzi rozpościerała się na całej przestrzeni, od ostatnich z tej strony wysokich domów, aż do palisady. W odległości jakichś sześciuset kroków, na skraju lasu, oddzielonego od wioski pustym polem znaczonym pniakami drzew ściętych niemalże równo z powierzchnią gruntu, panowała całkowita cisza, nie było widać śladu mężczyzn pracujących z toporami. Spoceni ludzie, z obnażonymi piersiami, stali w kręgu otaczającym Alannę, Verin oraz dwu mężczyzn. Jon Thane, młynarz, ocierał krew spływającą mu po żebrach. Alanna wyprostowała się właśnie, wstając od drugiego mężczyzny, siwowłosego, którego Perrin nie znał, a który natychmiast poderwał się na nogi i zatańczył z radości, jakby nie całkiem wierząc, że jest w stanie to zrobić.
Wokół Aes Sedai było tak tłoczno, iż nikt po prostu nie mógł usunąć się Stepperowi i Jaskółce z drogi, ale wokół Ihvona i Tomasa, po obu bokach ich bojowych rumaków była odrobina wolnej przestrzeni. Ludzie nie chcieli najwyraźniej zbliżać się do ognistookich zwierząt, wyglądających, jakby tylko szukały sposobności, by ugryźć kogoś lub stratować.
Bez większych kłopotów Perrinowi udało się dotrzeć do Tomasa.
— Co się stało?
— Trollok. Tylko jeden. — Pomimo uspokajającego tonu siwiejącego Strażnika, oczy jego nawet na moment nie spoczęły na Perrinie i Faile, ale mierzyły z uwagą zarówno Verin, jak i ciemniejącą w oddali linię lasu. — Kiedy są same, zazwyczaj nie wykazują szczególnego sprytu. Są przebiegłe, ale nie sprytne. Oddział drwali odciągnął go, zanim udało mu się wyrządzić komuś poważniejszą krzywdę.
Spośród drzew wychynęły sylwetki dwóch kobiet Aiel, biegły z głowami owiniętymi shoufą, z zamaskowanymi twarzami, tak że nie potrafiłby powiedzieć, która jest która. Zwolniły, by prześlizgnąć się pomiędzy palami ostrokołu, potem wcisnęły się w ciżbę; ludzie ustępowali im z drogi na tyle, na ile było to możliwe w takim ścisku. Zanim dotarły do Faile, opuściły już zasłony, ona zaś pochyliła się w siodle, aby wysłuchać ich relacji.
— Jakieś pięćset trolloków — poinformowała ją Bain. — Nie dalej jak milę albo dwie stąd.
Jej głos był zupełnie pozbawiony wyrazu, ale ciemne niebieskie oczy błyszczały z podniecenia. Podobnie jak szare oczy Bain.
— Tak jak oczekiwałem — spokojnie oznajmił Tomas. — Ten, którego zasiekli, przypuszczalnie odłączył się od większej grupy w poszukiwaniu jakiegoś mięsa. Reszta pojawi się tu wkrótce, jak przypuszczam.
Panny kiwnęły głowami.
Perrin skonsternowany wykonał gest w stronę zbiegowiska.
— A więc oni nie powinni się tu znajdować. Dlaczego ich stąd nie wyrzuciłeś?
Odpowiedział mu Ihvon, który na swym siwku dołączył do narady.
— Twoi ludzie nie lubią słuchać obcych, a na pewno nie wówczas, gdy mają możliwość przypatrywania się Aes Sedai. Proponuję, żebyś ty coś z nimi zrobił.
Perrin nie miał wątpliwości, że tamtym udałoby się zaprowadzić jakiś porządek, gdyby rzeczywiście próbowali. Verin i Alanna z pewnością nie miałyby z tym szczególnych kłopotów.
„A więc dlaczego czekały z tym na mnie, skoro spodziewają się trolloków?”
Łatwo było zrzucić wszystko na ta’veren, łatwe to było i głupie jednocześnie. Ihvon i Tomas nie zamierzali chyba pozwolić trollokom się pozabijać — przecież nie ryzykowaliby życia Verin i Alarmy — czekając, aż ta’veren powie im, co mają robić. Aes Sedai manipulowały nim, narażając wszystkich, być może nawet siebie. Ale do czego to doprowadzi. Jego spojrzenie napotkało wzrok Faile, a ona lekko skinęła głową, jakby odczytując jego myśli.
Teraz nie miał czasu się nad tym zastanawiać. Z tłumu wyłowił Brana al’Vere, który stał w towarzystwie Tama al’Thora i Abella Cauthona. Burmistrz uzbrojony był w długą włócznię, na głowie miał podziurawiony ze starości, okrągły stalowy kask. Potężny korpus okrywał kaftan obszyty metalowymi krążkami.
Wszyscy trzej spojrzeli w górę, gdy Perrin przepchał wreszcie Steppera przez tłum.
— Bain mówi, że trolloki zmierzają tutaj, a Strażnik uważa, iż wkrótce zaatakują. — Musiał krzyczeć, aby usłyszeli go wśród nieprzerwanego szmeru. Stojący w pobliżu zdali sobie sprawę, że coś mówi, i ucichli. Cisza ogarniała powoli cały tłum, niby fala, na szczycie której płynęły słowa „trolloki” oraz „zaatakują”.
Bran zamrugał.
— Tak. Wreszcie do tego dojdzie, nieprawdaż? Tak, cóż, wiemy, co robić. — Powinien sprawiać komiczne wrażenie w tym kaftanie, na którym niemalże rozchodziły się szwy, w kasku chyboczącym się na głowie wraz z każdym jej poruszeniem, ale z jego postaci biła determinacja. Podnosząc głos, obwieścił: — Perrin mówi, że trolloki wkrótce tu będą. Wszyscy wiecie, co macie robić. Pośpieszcie się więc. Ruszajcie.