Выбрать главу

Dannil, Ban i reszta chłopców znaleźli go wkrótce i nalegali, aby pozwolił im towarzyszyć sobie z tym sztandarem, jakby jeden wielki, powiewający nad Łąką już nie wystarczał, aż wreszcie musiał odesłać ich, by strzegli ludzi, którzy karczowali drzewa na skraju Zachodniego Lasu. Wyglądało na to, iż Tam musiał im naopowiadać jakiś niestworzonych opowieści o ludziach zwanych w Illian Towarzyszami, o żołnierzach będących do dyspozycji generała illiańskiej armii i rzucanych w krytycznej chwili w najgorętszy bój. I to właśnie Tam! Przynajmniej zabrali ze sobą sztandar. Perrin czuł się jak skończony głupiec, kiedy ów powiewał na wietrze za jego plecami.

Późnym rankiem wrócił Luc, pełen buty i kiwając nieznacznie głową, dziękował za okazjonalne wiwaty na swoją cześć, chociaż to, że w ogóle komuś chciało się go pozdrawiać, już było zupełnie niezwykłe. Przywiózł ze sobą trofeum, które natychmiast zatknął na grocie włóczni przy skraju Łąki, aby każdy mógł je podziwiać. Bezoka głowa Myrddraala. Ten człowiek, na swój protekcjonalny sposób, był przecież skromny, ale wymknęło mu się jednak, że to trofeum zdobył, kiedy sam jeden wpadł na bandę trolloków. Orszak podziwiających oprowadził go po scenie bitwy — takie miano zyskało już to starcie — gdzie konie odciągały zwłoki trolloków na wielkie stosy, ponad którymi unosiły się kłęby oleistego dymu. Luc w rewanżu starał się wyrażać podobny podziw, jakim raczyli go mieszkańcy wioski, uczynił tylko jedną lub dwie krytyczne uwagi na temat tego, w jaki sposób Perrin rozmieścił swoich ludzi; tak przynajmniej przedstawiali mu wszystko pozostali, opowiadając o komendach, które rzekomo wydawał, i o ustawieniu szeregów, z którym przecież nie miał nic wspólnego.

Dla Perrina miał Luc jedynie łaskawy uśmiech aprobaty.

— Nieźle sobie radzisz, mój chłopcze. Oczywiście, miałeś dużo szczęścia, ale istnieje przecież coś takiego jak szczęście początkującego, czyż nie?

Kiedy poszedł wreszcie do swego pokoju w gospodzie „Winna Jagoda”, Perrin kazał zdjąć głowę i spalić. Nie była to rzecz, na którą powinni patrzeć ludzie, a cóż dopiero dzieci.

Tak właśnie, wśród nie kończących się pytań mijał dzień, dopóki ze zdumieniem nie zdał sobie sprawy, że słońce stoi już prosto nad głowami, a on od samego rana nic nie jadł. Żołądek domagał się więc swoich praw.

— Pani al’Caar — zwrócił się zmęczonym głosem do kobiety o pociągłej twarzy stojącej przy jego strzemieniu. — — Przypuszczam, że dzieci mogą się bawić wszędzie, dopóki ktoś pilnuje, aby nie wychodziły poza obręb ostatnich domów. Światłości, kobieto, sama to dobrze wiesz. Z pewnością znasz dzieci lepiej niż ja! A jeśli nie, to w jaki sposób udało ci się wychować czwórkę?

Jej najmłodszy był sześć lat starszy od niego.

Nela al’Caar zmarszczyła czoło i szarpnęła głową, aż zakołysał się siwy warkocz. Przez chwilę miał wrażenie, że zaraz dostanie po nosie za ów sposób odzywania się do niej. Omal nie pragnął, by tak się właśnie stało, byłaby to jakaś odmiana wśród tych wszystkich pytań zadawanych przez ludzi, którzy sami najlepiej wiedzieli, co należy robić.

— Oczywiście, że znam się na dzieciach — odparła. — Chciałam się tylko upewnić, iż wszystko odbędzie się po twojej myśli. A więc tak zrobimy.

Westchnął i poczekał, aż się oddaliła, potem zaś poprowadził Steppera prosto do „Winnej Jagody”. Słyszał jeszcze, jak kilka głosów woła coś za nim, ale zignorował je. Co się stało z tymi ludźmi? Ludzie z Dwu Rzek nie zachowywali się w taki sposób. Szczególnie w Polu Emonda. Każdy zawsze miał tu dużo do powiedzenia od siebie. Kłótnie przed Radą Wioski, kłótnie w samej Radzie często kończyły się niemalże bijatykami, zanim wreszcie podjęto decyzję. A jeśli nawet w Kole Kobiet uważano, że ich postępowanie było bardziej rozważne, to i tak nie było chyba w wiosce mężczyzny, który by nie wiedział, co znaczy widok kobiet o zaciśniętych szczękach, spacerujących z warkoczami najeżonymi niby kocie ogony.

„A co mi odpowiada? — pomyślał gniewnie. — Chciałbym teraz dostać coś do jedzenia i jakieś spokojne miejsce, gdzie nikt nie będzie mnie nękał ciągłymi pytaniami”.

Zsiadł z konia przed frontem gospody, zatoczył się i pomyślał, że powinien jeszcze dodać lóżko do tej listy potrzeb. Było dopiero południe, a on padał ze zmęczenia. Być może Faile mimo wszystko miała rację. Może pomysł pojechania w ślad za Gaulem i Loialem nie był doprawdy najszczęśliwszy.

Kiedy wszedł do wspólnej sali, pani al’Vere obrzuciła go tylko jednym spojrzeniem i natychmiast wepchnęła w fotel z macierzyńskim uśmiechem na twarzy.

— Możesz chyba na chwilę przestać wydawać rozkazy — oznajmiła mu zdecydowanie. — Pole Emonda nie zginie przez godzinę, podczas której ty będziesz spożywał posiłek.

Pomknęła do kuchni, nim zdążył powiedzieć, że Pole Emonda nie zginie, nawet gdyby jego w ogóle tu nie było.

Sala była niemalże pusta. Przy jednym ze stołów siedziała Natti Cauthon, zwijając bandaże i kładąc je na rosnącym przed nią stosie, równocześnie jednak nie spuszczała oka ze swych dwu córek, siedzących w przeciwległym krańcu sali, choć obie były już na tyle darosłe, by nosić włosy zaplecione w warkocze. Powód takiego zachowania był aż nadto oczywisty. Bode i Eldrin siedziały po obu bokach Arama, zmuszając Druciarza do jedzenia. W rzeczy samej, karmiły go niczym dziecko i nawet wycierały paliczki. Patrząc na sposób, w jaki się do niego uśmiechały, Perrin zdziwiony był, że Natti nie siedzi przy tym samym stole co one, niezależnie od ich warkoczy. Ten chłopak naprawdę był przystojny, jak przynajmniej Perrin sądził; być może nawet bardziej niż Wil al’Seen. Bode i Eldrin z pewnością nie myślały inaczej. Jednak Aram uśmiechał się do nich raczej rzadko — choć były ślicznymi pulchnymi dziewczętami; musiałby być ślepy, żeby tego nie widzieć, a Perrin o niewrażliwość na kobiecą urodę raczej go nie podejrzewał — ale tamten ledwie połykał podawane jedzenie i przy każdym kęsie wodził oczami wzdłuż ścian gospody, przy których stały włócznie i piki. Dla Tuatha’ana musiały stanowić przerażający widok.

— Pani al’Vere oznajmiła mi, że na koniec miałeś dosyć siedzenia w siodle — powiedziała Faile, wychodząc z kuchennych drzwi. Zaskoczyło go, że miała na sobie jeden z białych fartuchów Marin; rękawy podwinęła aż za łokcie, a dłonie miała ubrudzone mąką. Jakby właśnie zdała sobie z tego sprawę, zdjęła fartuch i otrzepała ręce, potem przewiesiła go przez oparcie fotela. — Nigdy w życiu jeszcze nic nie upiekłam — kontynuowała, siadając obok niego. — Można mieć dużo zabawy z nadziewaniem pączków. Muszę kiedyś to powtórzyć.

— Gdybyś nie potrafiła piec — zapytał — skąd mielibyśmy chleb? Nie mam zamiaru spędzić całego życia, podróżując i kupując posiłki albo polegając na tym, co uda się ustrzelić z łuku czy złapać w sidła.

Uśmiechnęła się, jakby powiedział coś, co napełniło ją zadowoleniem, chociaż za nic nie potrafił zrozumieć, cóż to takiego.

— Kucharz będzie piekł, rzecz jasna. Przypuszczam, że tak naprawdę to jeden z jego pomocników, kucharz jednak musi wszystkiego doglądać.