Выбрать главу

— Kucharz — wymamrotał, kręcąc głową. — Albo jeden z jego pomocników. Rzecz jasna. Dlaczego o tym nie pomyślałem?

— O co chodzi, Perrin? Wyglądasz na zmartwionego. Nie wydaje mi się, aby można było stworzyć lepsze umocnienia, nie budując murów fortecznych.

— To nie o to chodzi, Faile, ta sprawa z Perrinem Złotookim zaczyna wymykać mi się. z rąk. Nie wiem, za kogo oni mnie uważają, ale wciąż pytają, co mają zrobić, pytają, czy się zgadzam, choć przecież i tak doskonale wiedzą, co zrobić należy, kiedy tylko choćby przez dwie minuty się nad tym zastanowią.

Przez długą chwilę z namysłem wpatrywała się bacznie w jego oczy, potem powiedziała:

— Jak wiele lat minęło od czasu, kiedy naprawdę rządziła tutaj królowa Andoru?

— Królowa Andoru? Nie mam pojęcia. Sto lat może. Dwieście. Ale co to ma wspólnego z moim pytaniem?

— Ci ludzie na pamiętają, jak należy się zachowywać względem królowej... albo króla. Starają się jakoś rozwikłać ten problem. Musisz mieć dla nich więcej cierpliwości.

— Król? — zapytał słabo. Opuścił głowę na ręce spoczywające na blacie stołu. — Och, Światłości!

Śmiejąc się cicho, Faile rozczochrała mu włosy.

— Cóż, zapewne to i tak by się nie udało. Wątpię, aby Morgase na to przystała. Przywódca co najwyżej. Ale z pewnością zgodzi się na człowieka, który przywróci jej ziemie pozostające od ponad stu lat poza zasięgiem władzy jej tronu. Bez wątpienia mianuje kogoś takiego lordem. Perrin z Domu Aybara, lord Dwu Rzek. To zupełnie nieźle brzmi.

— Nie potrzebujemy żadnych lordów w Dwu Rzekach — jęknął. — Ani królowych czy królów. Jesteśmy wolnymi ludźmi!

— Wolni ludzie również mogą odczuwać czasami potrzebę, aby ktoś im przewodził — odrzekła delikatnie. — Większość ludzi chce wierzyć w coś znaczniejszego niż oni sami, w coś rozleglejszego niźli obszar ich własnego poletka. Dlatego właśnie istnieją narody, Perrin, oraz ludy. Nawet Raen czy Ila widzą siebie jako część czegoś większego niż ich karawana. Utracili swoje wozy, a także większość rodziny i przyjaciół, ale pozostali Tuatha’anowie wciąż poszukują pieśni, i oni też znowu będą, ponieważ przynależą do całości, która się nie ogranicza tylko do ich wozów.

— Czyje to jest? — zapytał znienacka Aram.

Perrin uniósł głowę. Młody Druciarz wstał i teraz z niepokojem patrzył na włócznie oparte o ściany.

— Należą do każdego, kto zechce sobie wziąć którąś, Aram. Nikt nie ma zamiaru skrzywdzić cię za ich pomocą, uwierz mi.

Nie miał pewności, czy Aram uwierzy, szczególnie patrząc na sposób, w jaki powoli obchodził salę z rękoma wciśniętymi sztywno w kieszenie, obserwując broń z ukosa.

Perrin był więc zadowolony, że może przestać zwracać na tamtego uwagę w chwili, gdy Marin przyniosła mu talerz pociętej na płaty pieczonej gęsiny z rzepą i grochem oraz chrupiący chleb. Chętnie zatopiłby w nim zęby, gdyby Faile się nie wtrąciła, wsuwając mu pod brodę haftowaną w kwiaty serwetkę i kładąc po obu stronach talerza widelec oraz nóż. Zdawało się bawić ją karmienie go w taki sam sposób, w jaki Bode i Eldrin karmiły Arama. Dziewczęta Cauthonów zachichotały, widząc to, a na twarzach Marin i Natti również wykwitły lekkie uśmiechy. Perrin jednak nie widział w tym nic zabawnego. Postanowił cierpliwie ulegać zachciankom Faile, nawet jeśli sam potrafiłby zjeść szybciej i sprawniej. Zmuszała go do odchylania głowy do tyłu, by mógł wziąć do ust to, co podawała mu na widelcu.

Aram powolnym krokiem trzy razy zdążył już obejść całe pomieszczenie, zanim się zatrzymał przy podstawie schodów, wpatrując się w baryłkę z niedobranymi mieczami. Potem sięgnął i wyjął jeden z nich, unosząc go niezgrabnie. Owinięta skórą rękojeść była tak długa, że mógłby się posługiwać nim obiema rękami.

— Czy mogę go używać? — zapytał.

Perrin prawie się zakrztusił.

U szczytu schodów pokazała się Alanna w towarzystwie Ili; Tuatha’anka wyglądała na zmęczoną, ale skaleczenia zniknęły z jej twarzy.

— ...najlepszym lekarstwem jest sen — mówiła Aes Sedai. — To szok, który przeżył, jest dla niego największym problemem, a tego nie potrafię uzdrowić.

Spojrzenie Ili spoczęło na jej wnuku, na tym, co trzymał w dłoniach, a potem krzyknęła w taki sposób, jakby klinga tego miecza właśnie wraziła się w jej ciało.

— Nie, Aram! Nieeee! — Omal nie spadła ze schodów, tak szybko zbiegała na dół, potem rzuciła się w stronę Arama, starając się odsunąć jego ręce od miecza.

— Nie, Aram — wyszeptała niemalże bez tchu. — Nie wolno ci. Odłóż go. Droga Liścia. Nie wolno ci! Droga Liścia! Proszę, Aram! Proszę!

Aram wyrywał się jej, niezgrabnie przed nią opędzał, starając się trzymać miecz poza zasięgiem jej dłoni.

— Dlaczego nie? — krzyczał gniewnie. — One zabiły matkę! Widziałem je! Mogłem ją uratować, gdybym miał miecz. Mógłbym ją uratować!

Te słowa jak cios klingi przeszyły serce Perrina. Druciarz z mieczem wydawał się rzeczą skrajnie nienaturalną, na ten widok niemalże zjeżyły mu się włosy na karku, ale te słowa... Jego matka.

— Zostaw go — powiedział znacznie bardziej szorstko, niż zamierzał. — Każdy mężczyzna ma prawo do obrony samego siebie, do bronienia swojej... On też ma prawo.

Aram wyciągnął miecz w kierunku Perrina.

— Nauczysz mnie, jak się nim posługiwać?

— Nie wiem — odrzekł mu Perrin. — Na pewno jednak znajdziesz kogoś innego.

Łzy spływały po wykrzywionej grymasem twarzy Ili.

— Trolloki zabrały moją córkę — łkała, spazmy targały całym jej ciałem. — I wszystkie moje wnuki, oprócz jednego. A teraz ty zabierasz mi również jego. Jest Zatracony z twojej winy, Perrinie Aybara. Sam stałeś się wilkiem w głębi swego serca i jego również w wilka zmienisz.

Odwróciła się i poszła chwiejnie po schodach na górę, nie przestając drżeć od płaczu.

— Mogłem ją uratować! — wołał za nią Aram. — Babciu! Mogłem ją uratować! — Nie obejrzała się ani razu, a kiedy zniknęła za rogiem korytarza, on bezwładnie oparł się o poręcz schodów i również zapłakał. — Mógłbym ją uratować, babciu. Mógłbym ją...

Perrin zdał sobie sprawę, że Bode również płacze z twarzą ukrytą w dłoniach, a wszystkie pozostałe kobiety patrzą na niego spod zmarszczonych brwi, jakby naprawdę zrobił coś złego. Nie, jednak nie wszystkie. Alanna, stojąc u szczytu schodów, wpatrywała się badawczo w jego twarz tym niemożliwym do odczytania spojrzeniem Aes Sedai, a twarz Faile była omal równie nieprzenikniona.

Wytarł usta serwetką, rzucił ją na stół i wstał. Jeszcze był czas, by kazać Aramowi odłożyć miecz i zmusić do przeprosin Ili. Czas, żeby powiedzieć mu... co? Że może następnym razem nie będzie go w pobliżu i nie będzie musiał patrzeć, jak giną jego bliscy? Że być może wróci tylko po to, by zobaczyć ich groby?

Położył dłoń na ramieniu Arama, a tamten zadrżał i podał mu miecz, jakby się spodziewał, że wyjmie go z jego rąk. Woń Druciarza wyrażała targające nim emocje, strach, nienawiść i bezdenny smutek. Zatracony, powiedziała o nim Ila. W jego oczach było tylko zatracenie.

— Umyj się, Aram. Potem znajdź Tama al’Thora. Powiedz, że proszę go, aby uczył cię posługiwać się mieczem.

Tamten powoli uniósł głowę.

— Dziękuję ci — wyjąkał, ocierając rękawem kaftana łzy z policzków. — Dziękuję, nigdy ci tego nie zapomnę. Nigdy, przysięgam.

Znienacka uniósł miecz, by pocałować obnażone ostrze; gałka rękojeści miała kształt wilczego łba z brązu.

— Przysięgam. Czy nie w taki sposób się to robi?

— Przypuszczam, że tak — ze smutkiem odrzekł Perrin, zastanawiając się jednocześnie, skąd ten smutek. Droga Liścia była wspaniałą filozofią, niczym sen o wiecznym pokoju, ale podobnie jak każdy sen, nie mogła trwać tam, gdzie była przemoc i gwałt. A nie znał miejsca, gdzie by ich nie było. Być może w jakichś innych Wiekach. — Idź, Aram. Musisz dużo się nauczyć, a czasu może nie wystarczyć.