Выбрать главу

Wciąż wyjąkując podziękowania, Druciarz nie został nawet, by umyć twarz, tylko wypadł prosto przez drzwi gospody z mieczem w obu dłoniach.

Doskonale zdając sobie sprawę z grymasu Eldrin, pięści Marin wspartych na biodrze, marsu na czole Natti, nie mówiąc już o łkaniu Bode, Perrin spokojnie wrócił do swego fotela. Alarmy nie było już widać u szczytu schodów. Faile patrzyła, jak bierze do rąk widelec i nóż.

— Nie pochwalasz tego? — zapytał cicho. — Mężczyzna ma prawo bronić samego siebie, Faile. Nawet Aram. Nikt nie może go zmusić do podążania Drogą Liścia, jeśli sam nie zechce.

— Nie podoba mi się, kiedy czuję w tobie tyle bólu — wyszeptała.

Nóż, którym kroił płat gęsiny, zamarł w jego dłoni. Ból? Ten sen nie był dla niego.

— Jestem po prostu zmęczony — powiedział jej i uśmiechnął się. Nie wyglądało na to, by mu uwierzyła.

Zanim jednak zdążył nabrać kolejny kęs strawy, przez frontowe drzwi gospody wsunął głowę Bran. Znowu nosił ten stalowy kask.

— Z północy zbliżają się jeźdźcy, Perrin. Mnóstwo jeźdźców. Przypuszczam, że to Białe Płaszcze.

Faile odskoczyła, gdy Perrin się podniósł gwałtownie od stołu, ale kiedy znalazł się już na zewnątrz i dosiadał Steppera, a burmistrz mamrotał jakieś rady na temat rozmawiania z Synami, zdążyła dosiąść swej karej klaczy i objechać dookoła gospodę. Sporo ludzi biegło na północny kraniec wioski, porzucając swe zajęcia. Perrin szczególnie się nie śpieszył. Synowie Światłości prawdopodobnie przybyli, aby go aresztować. Zapewne tak właśnie jest. Nie miał najmniejszego zamiaru dać się zakuć w łańcuchy, ale przecież nie będzie prosił ludzi, by za niego walczyli z Białymi Płaszczami. Jechał więc powoli za idącym pieszo Branem, wśród rosnącego z każdą chwilą strumienia mężczyzn, kobiet i dzieci. Na Moście Wozów, rozciągającym się ponad rzeką Winna Jagoda, kopyta Steppera i Jaskółki stukały po grubych deskach. Od tego mostu zaczynała się Droga Północna, biegnąca do Wzgórza Czat, a potem dalej. Niektóre z odległych chmur dymu rozwiały się już w delikatną mgłę, zapewne ogień strawił wszystko, co mogło się palić.

W miejscu, w którym droga wychodziła z wioski, w poprzek ustawiono dwa wozy, a przy zaostrzonych, wbitych ukośnie w ziemię tyczkach ostrokołu zgromadzili się ludzie, z łukami, włóczniami oraz inną bronią; wydzielali woń podniecenia, mówili coś cicho do siebie i tłoczyli się, aby dokładnie widzieć, co się dzieje na drodze. A tam długa kolumna jeźdźców w białych płaszczach wzniecała tumany kurzu, stożkowe hełmy i błyszczące zbroje lśniły w popołudniowym słońcu, stalowe groty lanc nachylone były pod tym samym kątem. Na czele jechał młody mężczyzna o wyprostowanych plecach i surowej twarzy, który dziwnie kogoś Perrinowi przypominał. Wraz z pojawieniem się burmistrza pomruki tłumu zastąpiła pełna wyczekiwania cisza. Być może zresztą milczenie spowodowane było przybyciem Perrina.

Jakieś dwieście kroków od palisady mężczyzna o srogiej twarzy uniósł dłoń i, wśród ostrych rozkazów przekazywanych na całej jej długości, kolumna się zatrzymała. Przywódca wyjechał naprzód, wiodąc ze sobą sześciu żołnierzy w charakterze eskorty, i uważnie wpatrywał się w wozy, palisadę oraz twarze stojących za nią ludzi. Już po samym sposobie zachowania można było rozpoznać wyższego oficera, choć oczywiście na piersi pod płonącym słońcem widniały węzły znamionujące szarżę.

Nie wiadomo skąd pojawił się nagle Luc, olśniewający na swym karym ogierze, odziany w bogaty kaftan z czerwonej wełny haftowany złotem. Być może było to zupełnie naturalne, iż oficer Białych Płaszczy najpierw się zwrócił do niego, chociaż ciemne oczy ani na moment nie przestały badać kolejnych twarzy.

— Jestem Dain Bornhald — oznajmił, ściągając wodze. — Kapitan Synów Światłości. Czy te umocnienia wymierzone są przeciwko nam? Słyszałem, że Pole Emonda jest zamknięte dla Synów, czy tak? Prawdziwa wioska Cienia, skoro nie wpuszcza się do niej Synów Światłości.

Dain Bornhald, nie Geofram. Przypuszczalnie syn. Choć to chyba nie robi żadnej różnicy. Perrin zakładał, że każdy z nich równie prędko zechce go aresztować. Wzrok Bornhalda prześlizgnął się po jego postaci, by po chwili spocząć na nim ponownie. Wstrząs targnął jego ciałem, dłoń w rękawicy sięgnęła do rękojeści miecza, wargi odwinęły się w bezgłośnym grymasie i przez chwilę Perrin był pewien, że tamten natychmiast ruszy na niego, rzucając konia na palisadę, byle tylko go dopaść. Wyglądał tak, jakby nienawidził go z powodów osobistych. Z bliska w tej twardej twarzy można było dostrzec ślady zaniedbania, a błyszczące oczy przypominały Perrinowi spojrzenie Biliego Congara. Nawet z tej odległości wydawało mu się, że wyczuwa wyziewy brandy.

Za to mężczyzna o zapadniętych policzkach, siedzący na koniu za Bornhaldem, był aż nadto znajomy. Perrin do końca życia nie zapomni tych głęboko osadzonych oczu niczym świecące czarne bryłki węgla. Wysoki, wychudły i twardy jak żelazne kowadło, Jaret Byar spoglądał nań z nie skrywaną nienawiścią. Niezależnie od tego, czy Bornhald rzeczywiście aż tak gorliwie poświęcał się służbie, w przypadku Byara nie mogło być najmniejszych wątpliwości.

Luc najwyraźniej miał tyle przyzwoitości, by nie próbować zająć pozycji należnej Branowi, w rzeczy samej, uważnym spojrzeniem badał kolumnę jeźdźców w białych płaszczach, w miarę jak opadał kurz, odsłaniając kolejne szeregi Synów. Za to Bran, ku niesmakowi Perrina, patrzył na niego, czekając, aż będzie mógł odpowiedzieć — na niego, na ucznia kowala. Przecież on był burmistrzem! Bornhald i Byar oczywiście zdawali sobie sprawę ze znaczenia tej milczącej wymiany spojrzeń.

— W ścisłym sensie tego słowa Pole Emonda nie jest dla was zamknięte — oznajmił Bran, prostując się i odkładając włócznię na bok. — Postanowiliśmy jednak bronić się sami, a dzisiejszego ranka czas pokazał słuszność naszej decyzji. Jeżeli chcecie zobaczyć, proszę bardzo.

Wskazał dłonią kłęby dymu unoszące się znad stosów ciał trolloków. Odrażający słodkawy zapach palonego mięsa wisiał w powietrzu, ale oprócz Perrina nikt prawdopodobnie go nie wyczuwał.

— Zabiliście kilka trolloków`? — zapytał pogardliwie Bornhald. — Wasze szczęście i sprawność zadziwiają mnie, doprawdy.

— Więcej niż kilka! — krzyknął ktoś z tłumu mieszkańców Dwu Rzek. — Setki!

— Stoczyliśmy bitwę! — usłyszeli kolejny głos, a potem kilkanaście naraz zaczęło się wzajemnie przekrzykiwać.

— Walczyliśmy z nimi i zwyciężyliśmy!

— A gdzie wy byliście?

— Możemy sami się obronić, nie potrzebujemy żadnych Białych Płaszczy!

— Dwie Rzeki!

— Dwie Rzeki i Perrin Złotooki!

— Złotooki!

— Złotooki!

Leof, który powinien być z innymi na straży przy drwalach, zaczął wymachiwać tym sztandarem ze szkarłatnym wilczym łbem.

Płonące nienawiścią spojrzenie Bornhalda mierzyło ich wszystkich w całkowitym milczeniu, ale Byar podprowadził swego gniadego wierzchowca ku palisadzie i obnażył zęby w grymasie.

— Czy wam, farmerom, wydaje się, że wiecie coś o walce? — ryknął. — Zeszłej nocy jedna z waszych wiosek została niemalże starta z powierzchni ziemi przez trolloki! Poczekajcie, aż tutaj pojawi się ich więcej, a pożałujecie dnia, kiedy wasza matka pocałowała waszego ojca!

Zamilkł, widząc zmęczony gest Bornhalda — zły pies, wyćwiczony, by słuchać swego pana — ale jego słowa zamknęły usta mieszkańcom Dwu Rzek.