— Nie dopuszczę do tego, by ludzie walczyli przeciwko ludziom, jeśli mam taką możliwość — oznajmił zdecydowanie. — Nie będziemy wykonywać za trolloki ich roboty.
Faile niemalże uwiesiła się na jego ramieniu. Patrząc spode łba na Bornhalda, wydobyła ze swej sakwy osełkę i zaczęła ostrzyć jeden ze swych noży, który nie wiadomo w jaki sposób pojawił się w jej dłoni.
— Hari Coplin nie wiedziałby, co o tym wszystkim myśleć — podsumował gniewnie Bran. Nasadził prosto swój krągły henn na głowę, odwrócił się ku Białym Płaszczom, a koniec swej włóczni wbił w ziemię. — Słyszeliście, jakie są jego warunki. Teraz przyjmijcie do wiadomości moje. Jeżeli wjedziecie do Pola Emonda, nie wolno wam aresztować nikogo bez wyraźnej zgody Rady Wioski. Nie wolno wam też bez pozwolenia wejść do niczyjego domu. Nie będziecie powodować żadnych kłopotów i będziecie uczestniczyć w obronie wioski wszędzie tam i zawsze, kiedy was się poprosi. I nie życzę sobie nawet odległego wspomnienia Smoczego Kła! Zgadzacie się? Jeżeli nie możecie wracać, skąd przyjechaliście.
Byar patrzył na okrągłego człowieczka, jakby owca nagle stanęła na tylnych nogach i wyzwała go na pojedynek.
Bornhald nawet na chwilę nie spuścił wzroku z twarzy Perrina.
— Zgoda — powiedział na koniec. — Dopóki nie zniknie zagrożenie ze strony trolloków, na ten czas zgoda!
Zawrócił konia i pogalopował z powrotem ku swoim żołnierzom, a biały płaszcz łopotał za nim na wietrze.
Kiedy burmistrz rozkazał, aby wozy usunięto z drogi, Perrin zorientował się, że Luc mierzy go wzrokiem. Siedział swobodnie w swym siodle, dłoń leniwie spoczywała na rękojeści miecza, w błękitnych oczach błyszczało rozbawienie.
— Sądziłem, że będziesz oponował — zwrócił się do niego Perrin — biorąc pod uwagę, że przedtem namawiałeś ludzi do wystąpienia przeciwko Białym Płaszczom.
Luc powoli rozłożył ręce.
— Jeśli ci ludzie chcą mieć wśród siebie Białe Płaszcze, niech je mają. Ale ty powinieneś mieć się na baczności, młody Złotooki. Wiem co nieco na temat przytulania wroga do serca. Kiedy znajduje się bliżej ciebie, jego klinga staje się szybsza.
Zaśmiał się, zawrócił konia, przeprowadził przez tłum i pognał do wioski.
— On ma rację — dodała Faile, wciąż nie przestając ostrzyć noża. — Być może ten Bornhald dotrzyma słowa i nie aresztuje cię, ale cóż mu broni kazać jednemu ze swych ludzi wbić ci nóż w plecy? Nie powinieneś się zgadzać.
— Musiałem — odparował. — Lepiej to niż wyręczać trolloki.
Białe Płaszcze zaczynały wjeżdżać do wioski, Bornhald i Byar jechali na czele kolumny. Obaj patrzyli na niego z nieskrywaną nienawiścią, pozostali zaś... W ich oczach nie było nienawiści, ale dostrzegali Sprzymierzeńca Ciemności tam, gdzie kazano im go widzieć. A Byar zdolny był wszak do wszystkiego.
Musiał tak postąpić, przyszło mu jednak do głowy, iż może się okazać wcale nie takim złym pomysłem pozwolić Dannilowi, Banowi i reszcie chłopców jeździć za nim wszędzie, tak jak tego chcieli. Nie będzie już mógł spać spokojnie bez warty przy drzwiach. Straż. Jak u jakiegoś głupiego lorda. Przynajmniej Faile będzie zadowolona. Gdyby tylko udało mu się sprawić, żeby gdzieś zgubili ten sztandar.
46
Zasłony
Na ciasnych, krętych ulicach Calpene, w pobliżu Wielkiego Kręgu, stały gęste tłumy. Powodu zbiegowiska można było się łatwo domyślić, widząc wznoszący się ponad wysokie białe mury dym z niezliczonych ognisk, przy których przyrządzano strawę. Kwaśne zapachy dymu, gotowanego jadła oraz zastarzałego potu mieszały się w wilgotnym powietrzu poranka z płaczem dzieci i tym niskim pomrukiem, jaki zawsze towarzyszy potężnym masom ludzkim zgromadzonym na małej przestrzeni, całkowicie tłumiąc ostre krzyki mew szybujących ponad głowami tłuszczy. Sklepy na tym terenie już dawno temu na dobre zamknęły swe podwoje.
Pełna niesmaku Egeanin musiała pieszo torować sobie drogę przez ciżbę. To było straszne — zatrata jakiegokolwiek porządku do tego stopnia, iż uciekinierzy zajęli już galerie i bezkarnie spali między ławkami. W jej mniemaniu równie złe było to, iż ich władcy pozwalali im głodować. Mimo że widok ten powinien cieszyć jej serce — ten pozbawiony ducha motłoch nie będzie w stanie stawić zdecydowanego oporu Corenne, a potem z łatwością da się zaprowadzić właściwy porządek — niemniej jednak nienawidziła go z całej duszy.
Większość z otaczających ją, odzianych w łachmany ludzi robiła wrażenie nazbyt apatycznych, by zastanawiać się, cóż pośród nich robi kobieta w czystej, zadbanej, prostej sukni, choć uszytej z prawdziwego jedwabiu. Tym bardziej iż od czasu do czasu trafiali się w tym tłumie mężczyźni i kobiety w ubraniach ongiś bardzo przyzwoitych, które dzisiaj były pobrudzone i wygniecione, może więc rwie odstawała od reszty na tyle, by stanowić wyraźny kontrast. Tych kilku, którzy zdawali się zastanawiać, czy jej ubiór oznacza również złoto w sakiewce, zniechęcał zapewne sugerujący kompetencję w posługiwaniu się bronią sposób, w jaki dzierżyła swoją mocną pałkę. równie wysoką jak ona sama. Tego dnia musiała pójść w pojedynkę i zrezygnować z towarzystwa Strażników oraz nosicieli lektyki. Floran Gelb z pewnością zorientowałby się, gdyby śledziła go w towarzystwie takiej świty. W ostateczności ta suknia z rozciętymi spódnicami zapewniała jej przynajmniej pewną swobodę ruchów.
Śledzenie małego człowieczka o szczurzej twarzy było nietrudne, nawet w takiej masie ludzi; czasami jedynie znikał jej z oczu, kiedy akurat drogę zagradzał przypadkowy wóz, ciągniony zresztą częściej przez spoconych, obnażonych do pasa ludzi niż przez zwierzęta. Gelb, wraz ze swymi potężnie zbudowanymi siedmioma lub ośmioma kompanami o ponurych twarzach, zwartą grupką przepychał się przez tłum, wywołując idącą za nimi falę przekleństw. Złościli ją ci ludzie. Gelb miał ponownie spróbować uprowadzenia. Od czasu jak wysłała mu złoto, o które prosił, znalazł trzy kobiety, lecz ich podobieństwo do opisów, jakie posiadała, było czysto przypadkowe. Kręcił jednakże nosem nad każdą, którą odrzuciła. Nigdy nie powinna mu płacić za tę pierwszą, którą porwał prosto z ulicy. Chciwość i wspomnienie złota, które już dostał, najwyraźniej zatarły w jego pamięci ostrą reprymendę, która towarzyszyła wręczaniu sakiewki.
Słysząc krzyki za plecami, odwróciła gwałtownie głowę, dłonie mocniej ścisnęły pałkę. Tłum rozstąpił się nieco, otwierając w gęstej ciżbie niewielką przestrzeń, jak zwykle gdy pojawiały się kłopoty. Na ulicy klęczał mężczyzna w pięknym niegdyś, żółtym kaftanie i ściskając wygięte pod nienaturalnym kątem prawe ramię, wydzierał się rozpaczliwie. Pochylona nad nim, otaczająca go opiekuńczo ramionami kobieta, odziana w poszarpaną zieloną suknię, krzyczała coś w ślad za zamaskowanym człowiekiem, który już znikał w tłumie.
— On tylko poprosił o datek! Tylko prosił!
Tłum pochłonął ich na powrót.
Krzywiąc się, Egeanin znów odwrócili głowę. I zamarła, a z jej ust wydobyło się przekleństwo, które ściągnęło na nią kilka zaskoczonych spojrzeń. Gelb i jego kompani zniknęli. Brutalnie odpychając dwie kobiety, które akurat napełniały dzbany, przepchnęła się do małej kamiennej fontanny i ignorując ich oburzone okrzyki, wskoczyła na balustradę. Stąd mogła ogarnąć spojrzeniem całą ciżbę. Zatłoczone ulice biegły we wszystkich kierunkach, wijąc się wśród wzgórz. Niknąc szybko za zakrętami wśród biało tynkowanych budynków, ograniczały jej pole widzenia w najlepszym razie do niecałych stu kroków, ale w ciągu tych kilku chwil Gelb nie mógł odejść dalej.