Nagle dostrzegła go, w odległości trzydziestu kroków przed sobą, jak skryty w głębokich drzwiach, wspinając się na palce, patrzył w głąb ulicy. Pozostałych było już łatwo zlokalizować — wsparci o ściany budynków po obu stronach ulicy, starali się, by ich nie zauważono. Nie tylko oni stali pod ścianami, ale z kłębiącej się ludzkiej masy wyraźnie ich wyróżniały twarze — pokryte bliznami, o połamanych nosach, zastygłe w oczekiwaniu.
A więc to tutaj wykonywali swoją robotę. Z pewnością tu nikt im nie przeszkodzi, nie bardziej niż w przypadku tamtego człowieka ze złamaną ręką. Ale kogo wypatrywali? Jeżeli Gelb znalazł wreszcie którąś z jej listy, powinna odejść stąd i zaczekać, aż przyjdzie sprzedać jej ową kobietę, zaczekać, aby na koniec przekonać się bez najmniejszych wątpliwości, czy a’dam naprawdę potrafi utrzymać jakąś inną sul’dam oprócz Benthamin. Jednakowoż nie miała najmniejszego zamiaru powtórnie stawać przed wyborem, co właściwie ma zrobić: poderżnąć gardło jakiejś nieszczęsnej kobiecie czy też odesłać ją na targ niewolników?
Ulicą, w kierunku Gelda, zdążało co najmniej kilka kobiet, większość miała twarze skryte za przezroczystymi woalami, włosy zaś zaplecione. Nawet nie poświęciła powtórnego spojrzenia dwóm w lektykach, obok których maszerowali ich strażnicy; uliczne rzezimieszki Gelda z pewnością nie zaryzykują konfrontacji z równą im liczebnie grupą uzbrojonych w miecze strażników. Kimkolwiek była ta, na którą się zaczaili, nie powinna mieć więcej niż dwu lub trzech ludzi do ochrony i na dodatek nieuzbrojonych. Ten warunek zdawały się spełniać jednak wszystkie pozostałe kobiety, niezależnie od tego, czy miały na sobie łachmany czy monotonne wiejskie odzienie, czy wreszcie suknie znacznie ściślej przylegające do ciała, preferowane przez tarabońskie kobiety.
Nagle wzrok Egeanin spoczął na dwu pogrążonych w rozmowie kobietach, które właśnie wyłoniły się zza rogu ulicy. Z włosami zaplecionymi w długie warkocze i przezroczystymi woalami zasłaniającymi twarze, na pierwszy rzut oka wyglądały na Tarabonianki, ale zdecydowanie nie pasowały do tego miejsca. Te delikatne, gorsząco udrapowane suknie, zielona i niebieska, bez wątpienia uszyto ż jedwabiu, nie zaś z lnu czy cienkiej wełny. Kobiety ubrane w taki sposób zazwyczaj poruszały się lektykami, a nie spacerowały pieszo, zwłaszcza w takim miejscu. I nie nosiły na ramionach zaimprowizowanych maczug, które przy bliższym wejrzeniu okazywały się klepkami od beczki.
Jej wzrok prześlizgnął się jedynie po kobiecie o złotorudych włosach i spoczął na jej towarzyszce, której ciemne warkocze były nadzwyczaj długie, sięgały aż do pasa. Z tej odległości w znacznej mierze przypominała sul’dam o imieniu Surine. A jednak to nie ona. Ta nie sięgałaby Surine nawet do brody.
Mrucząc coś pod nosem, Egeanin zeskoczyła na dół i zaczęła, potrącając ludzi, przepychać się przez tłum w stronę Gelba. Jeżeli będzie miała szczęście, uda jej się go odwołać na czas. Głupiec. Chciwy głupiec o szczurzym mózgu!
— Powinnyśmy wynająć lektyki, Nynaeve — powiedziała ponownie Elayne, setny już raz zastanawiając się, jak tarabońskim kobietom udaje się mówić bez połykania jednocześnie swych woali. Wypluwając go, dodała: — Czuję, że będziemy musiały użyć tych rzeczy.
Człowieczek o wychudzonej twarzy zatrzymał się nagle, a wtedy Nynaeve groźnie pomachała w jego stronę klepką.
— Po to właśnie są. — Pałające spojrzenie stanowiło zapewne dodatkową zachętę, by tamten zajął się swoimi sprawami. Trąciła ciemne warkocze opadające jej na ramiona i burknęła coś z niesmakiem; Elayne nie potrafiła sobie wyobrazić. kiedy wreszcie Nynaeve przywyknie do braku tamtego pojedynczego grubego warkocza, za który szarpała w chwilach zdenerwowania. — A do chodzenia są nogi. Jak byśmy wyglądały albo zadawały pytania, niesione niczym świnie na targ? Czułabym się jak kompletna idiotka w jednej z tych głupich lektyk. W każdym razie wolę raczej zaufać swojemu własnemu rozumowi niż mężczyznom, których nie znam.
Elayne była pewna, że Bayle Domon mógł przydzielić im ludzi godnych zaufania, podobnie zresztą jak Lud Morza; żałowała, że „Tańczący po Falach” już odpłynął, jednak Mistrzyni Żeglugi oraz jej siostra chciały natychmiast zawieźć wieści o Coramoorze do Dantory i Cartorin. Jakichś dwudziestu Strażników najzupełniej by jej wystarczyło.
Wyczuła myślą raczej, niż poczuła naprawdę, jak coś potrąciło sakiewkę przy jej pasku; chwyciła ją jedną dłonią i odwróciła się, wznosząc swoją pałkę. Ciżba płynąca obok niej rozstąpiła się odrobinę, ludzie ledwie spoglądali w jej stronę, rozpychając się łokciami, ale wokół nie było nawet śladu po ewentualnym kieszonkowcu. Przynajmniej wciąż czuła ciężar monet znajdujących się wewnątrz woreczka. Od czasu gdy po raz pierwszy omal nie straciła sakiewki; swój pierścień z Wielkim Wężem oraz poskręcany kamień ter’angreala wzorem Nynaeve nosiła na rzemyku na szyi. Podczas ich pięciodniowego jak dotąd pobytu w Tanchico okradziono ją już trzy razy. Dwudziestu Strażników byłoby akurat. Oraz powóz. Z zasłonami na oknach.
Podejmując wędrówkę w górę ulicy, powiedziała:
— Nie powinnyśmy zakładać tych sukni. Pamiętam jeszcze czasy, kiedy przemocą wciskałaś mnie w ubiór wiejskiej dziewczyny.
— Stanowią znakomite przebranie — zareplikowała grzecznie Nynaeve. — Nie wyróżniamy się z tłumu.
Elayne parsknęła cicho. Jakby skromniejsze suknie doprawdy nie nadawały się lepiej do tego celu. Nynaeve nigdy nie przyznałaby się, że zaczęło ją bawić noszenie jedwabiu i ładnych sukienek. Elayne zaś zwyczajnie żałowała, że to wszystko zaszło aż tak daleko. Prawda, każdy brał je za Tarabonianki — przynajmniej dopóki nie otwierały ust — ale nawet z ozdobionym koronką karczkiem, sięgającym aż do brody, ten ściśle opinający ciało zielony jedwab rzeczywiście odsłaniał więcej niż cokolwiek, co nosiła w życiu. Z pewnością zaś nie było to coś, co włożyłaby na siebie publicznie. Nynaeve kroczyła jednak po zatłoczonej ulicy, jakby nikt na nie nie patrzył. Cóż, być może tak było — chociaż nie z powodu ich sukien — nie mogła się wszakże pozbyć wrażenia, że jest wręcz przeciwnie.
Ich bluzki przynajmniej powinny być bardziej skromne. Z płonącymi policzkami starała się nie myśleć o tym, jak jedwab opina jej ciało.
„Przestań! Są doskonale przyzwoite! Są!”
— Czy ta Amys nie powiedziała ci o niczym, co mogłoby stanowić dla nas jakąś wskazówkę?
— O wszystkim ci opowiedziałam — westchnęła Elayne. Nynaeve trzymała ją prawie do świtu, wypytując o tę Mądrą Aielów, która zeszłej nocy towarzyszyła Egwene w Tel’aran’rhiod, a później, kiedy już zasiadły do śniadania, znowu powróciła do tej samej kwestii. Egwene — włosy z jakiegoś powodu miała zaplecione w warkocze i coraz to spoglądała ponuro na Mądrą — nie powiedziała jej właściwie nic prócz tego, że Rand ma się dobrze i że Aviendha dba o niego. Ta siwowłosa Amys mówiła przez większość czasu o niebezpieczeństwach czyhających w Świecie Snów, w wyniku tych pouczeń Elayne omal nie poczuła się tak, jakby znowu miała dziesięć lat, a Lini, jej stara piastunka, złapała ją podczas gdy wymykała się z sypialni, by podkraść jakieś słodycze; przemowa pełna była ostrzeżeń dotyczących koncentracji i kontroli, absolutnie koniecznych po ewentualnym wejściu do Tel’aran’rhiod. W jaki niby sposób można kontrolować to, o czym się myśli?
— Naprawdę sądziłam, że Perrin jest razem z Randem i Matem.