To była kolejna wielka niespodzianka, ustępująca jedynie obecności Amys. Egwene najwyraźniej sądziła, że on jest z Nynaeve i z nią.
— Wraz z tą dziewczyną udał się zapewne w jakieś miejsce, gdzie będzie mógł spokojnie być kowalem — wysnuła przypuszczenie Nynaeve, ale Elayne potrząsnęła głową.
— Nie sądzę. — Miała mnóstwo podejrzeń dotyczących Faile, a gdyby te okazały się choć w połowie prawdziwe, dziewczyna nigdy nie zgodzi się zostać żoną zwykłego kowala. Musiała ponownie wypluć woalkę z ust. Idiotyczny sposób ubierania się.
— Cóż, gdziekolwiek jest — powiedziała Nynaeve, znowu niezgrabnie przeczesując swe warkocze — mam nadzieję, że jest bezpieczny i ma się dobrze. W każdym razie tu go nie ma i nie może nam pomóc. Zapytałaś chociaż Amys, czy zna jakiś sposób, by wykorzystać Tel’aran’rhiod do...?
Potężny, łysiejący mężczyzna w znoszonym brunatnym kaftanie przepchnął się przez tłum i znienacka spróbował pochwycić ją potężnymi rękoma. Poderwała z ramienia klepkę i uderzyła go prosto w szeroką twarz. Zachwiał się i cofnął, trzymając za nos, który zapewne właśnie został mu po raz wtóry złamany.
Elayne wciąż starała się nabrać tchu, by wydać okrzyk zaskoczenia, kiedy następny człowiek, równie wielki jak ten pierwszy, z sumiastym wąsem, pojawił się obok niej, zmierzając również ku Nynaeve. W jednej chwili opuścił ją cały strach. Zacisnęła z furią szczęki i gdy tylko dłonie tamtego dotknęły jej przyjaciółki, ze wszystkich sił, na jakie było ją stać, opuściła pałkę prosta na jego głowę. Nagi pod napastnikiem zmiękły, runął na twarz. Przepełniło ją poczucie triumfu.
Tłum wokół nich rozstąpił się, nikt nie miał ochoty uczestniczyć w cudzych kłopotach. Rzecz jasna, nikt również nie zaoferował im pomocy, której doprawdy potrzebowały, co zrozumiała Elayne już w następnym momencie. Mężczyzna, którego uderzyła Nynaeve, wciąż stał na nogach, jego usta wykrzywiał paskudny grymas; zlizując z wargi krew cieknącą mu z nosa, potężnymi dłońmi wykonywał gesty jednoznacznie sugerujące skręcanie karku. Co gorsza, nie był sam. Za jego plecami siedmiu mężczyzn rozpraszało się, by odciąć im każdą możliwą drogę ucieczki, wszyscy prócz jednego dorównywali dwóm pierwszym budową, twarze mieli poznaczone bliznami, dłonie wielkie, jakby przez ostatnich dziesięć lat nie robili nic innego, tylko rozbijali młotami kamienie. Kościsty człowiek o pociągłej twarzy, uśmiechając się niczym nerwowy lis, bezustannie nawoływał:
— Nie pozwólcie jej uciec. Ona jest na wagę złota. Mówię wam. Złota!
Wiedzieli, kim są. To nie była próba skradzenia sakiewki, mieli zamiar pozbyć się Nynaeve i uprowadzić Dziedziczkę Tronu Andoru. Poczuła, jak Nynaeve obejmuje saidara, i również otworzyła się na Prawdziwe Źródło. Jedyna Moc wypełniła ją od stóp do głów słodką powodzią. Po kilka splecionych strumieni Powietrza na każdego z nich powinno wystarczyć, by poradzić sobie z tymi łotrami.
Ale nie przeniosła Mocy, Nynaeve zresztą również nie. Razem mogły z łatwością przetrzepać skórę tym drabom, co powinny zrobić ich matki wiele lat wcześniej. Nie ośmieliły się jednak, przynajmniej do czasu, aż nie będzie innego wyjścia.
Gdyby któraś z Czarnych Ajah znajdowała się wystarczająco blisko, to już zdradziła je sama poświata saidara. Dodatkowo, przeniesienie potrzebnej ilości Mocy do splecenia tych kilku strumieni Powietrza ujawniłoby ich zdolności wobec każdej Czarnej oddalonej od tego miejsca o ponad sto lub więcej kroków, w zależności od siły i wrażliwości tamtej. Takiemu właśnie zajęciu oddawały się przez ostatnich pięć dni — chodziły po mieście, starając się wyczuć fakt przenoszenia Mocy, w nadziei że gdy coś takiego nastąpi, ślad doprowadzi je do Liandrin i jej wspólniczek.
Trzeba było również pamiętać o otaczającym je tłumie. Kilku ludzi wciąż przemykało obok nich, bojaźliwie tuląc się do ścian. Pozostali rozpierzchli się w poszukiwaniu innej drogi. Jedynie garstka spośród nich poświęciła dwóm kobietom w niebezpieczeństwie chwilę uwagi. Ale gdyby dostrzegli, jak coś niewidzialnego unosi w powietrze wielkich mężczyzn...?
Aes Sedai oraz Jedyna Moc nie miały obecnie najlepszych notowań w Tanchico, zresztą nie mogło tak być w momencie, gdy powtarzano wciąż jeszcze stare plotki z Falme, do których doszły nowsze o tym, że Aes Sedai wspierały Przysięgłych Smokowi grasujących na prowincji. Ci ludzie albo rzucą się do ucieczki, gdy tylko zobaczą efekty przenoszenia Mocy, albo zmienią się w rozszalały motłoch. Nawet jeśli jej i Nynaeve uda się uniknąć natychmiastowego rozszarpania na strzępy — czego wcale nie była do końca pewna — to i tak wieści o tym całym wydarzeniu rozniosą się dalej. Zanim zajdzie słońce, Czarne Ajah dowiedzą się, że w Tanchico są Aes Sedai.
Wsparłszy się plecami o plecy Nynaeve, Elayne mocniej ścisnęła swoją broń. Miała ochotę roześmiać się histerycznie. Jeżeli Nynaeve chociaż raz jeszcze wspomni o wyjściu na dwór bez najmniejszej ochrony — o samotnym spacerze! — zobaczymy, jak się jej spodoba kubeł zimnej wody na głowie. Przynajmniej żaden z tych łajdaków najwyraźniej nie miał ochoty iść w ślady pierwszego, który wciąż leżał nieruchomo na kamiennym bruku.
— Naprzód — przynaglał ten o wąskiej twarzy, podkreślając swe słowa odpowiednimi gestami. — Naprzód! To tylko dwie kobiety!
Sam jednak bynajmniej nie spieszył się do ataku.
— Naprzód, powiadam. Potrzebna nam jest tylko ta jedna. Ona jest na wagę złota, mówię wam.
Nagle rozległo się głośne „łup” i jeden z drabów chwiejnie opadł na kolana oszołomiony, chwytając się za pękniętą czaszkę, a ciemnowłosa kobieta o zaciętej twarzy, ubrana w błękitną spódnicę do konnej jazdy, przemknęła obok niego, po czym się odwróciła szybko, by zdzielić kolejnego mężczyznę pięścią prosto w usta. Jednocześnie uderzając go końcem pałki w łydki, wybiła mu grunt spod stóp, kiedy zaś padał, kopnęła w głowę.
To, że ktoś postanowił im pomóc, samo w sobie było już zaskakujące, bardziej nawet niż osoba ich wybawcy, Elayne jednak nie była w najlepszym nastroju, by wybierać lub grymasić. Nynaeve oderwała się od jej pleców i wydała z siebie jakiś nieartykułowany ryk, a potem rzuciła się z okrzykiem:
— Naprzód, Biały Lwie!
Zaczęła młócić łajdaka, który stał najbliżej. Ten, podnosząc ramiona, usiłował się zasłonić przed nawałą ciosów, ale wyglądał, jakby zaskoczony postradał rozum.
— Naprzód, Biały Lwie! — wykrzyknęła raz jeszcze bitewny zew Andoru, a wtedy on odwrócił się plecami i uciekł.
Śmiejąc się wbrew sobie, rozejrzała się, by poszukać kolejnego rozbójnika. Dwóch tylko nie padło jeszcze lub nie zdecydowało się na ucieczkę. Pierwszy, który je zaatakował, odwrócił się, chcąc umknąć, a Nynaeve na pożegnanie obdarzyła go potężnym, z pełnego rozmachu ciosem w grzbiet. Kobieta o srogiej twarzy w jakiś sposób zahaczyła pałką rękę i ramię drugiego, po czym jednym ruchem przyciągnęła go do siebie, zmuszając jednocześnie do wspięcia się na palce. Nawet stojąc na płaskich stopach, napastnik był wyższy od niej o głowę i ważył co najmniej dwukrotnie więcej, ona jednak beznamiętnie, wolną ręką wymierzyła mu w twarz gwałtowne trzy ciosy, raz za razem. Wywrócił oczy, odsłaniając białka, lecz w momencie kiedy osuwał się na ziemię, Elayne dostrzegła, że tamten o pociągłej twarzy podnosi się; z nosa ciekła mu krew, oczy na poły zachodziły mgłą, a mimo to wydobył nóż zza pasa i zamierzył się na plecy ich obrończyni.
Nie zastanawiając się ani chwili, Elayne przeniosła Moc. Pięść Powietrza odrzuciła mężczyznę wraz z jego nożem do tyłu. Kobieta o zawziętej twarzy odwróciła się, on tymczasem już zmykał na czworakach; po kilku krokach wstał jakoś i wtopił się w tłum w głębi ulicy. Tymczasem przechodnie zatrzymywali się i gapili na tę osobliwą walkę, choć żaden nawet palcem nie ruszył, by im pomóc, oprócz tej ciemnowłosej kobiety. Ona zaś niepewnie popatrywała to na Elayne, to na Nynaeve. Elayne zastanawiała się, czy widziała, jak tamtego kościstego człowieczka powalił cios nie zadany najwyraźniej przez nikogo.