— Winna ci jestem moje podziękowania — powiedziała Nynaeve, ciężko dysząc. Podeszła do tamtej i uniosła woal. — Myślę, że powinnyśmy opuścić to miejsce. Wiem, że Straż Obywatelską nieczęsto można spotkać w tych okolicach, ale gdyby tak się stało, nie mam szczególnej ochoty na wyjaśnienia. Nasza gospoda znajduje się niedaleko. Może zechcesz nam towarzyszyć? Filiżanka herbaty to najskromniejszy rewanż, jaki możemy zaproponować komuś, kto naprawdę stanął w naszej obronie w tym przez Światłość zapomnianym mieście. Nazywam się Nynaeve al’Meara, a to jest Elayne Trakand.
Kobieta najwyraźniej się wahała. Mimo to stwierdziła:
— Ja... nie... będę miała nic przeciwko temu. Tak. Chętnie.
Mówiła niewyraźnie, trudno było ją zrozumieć, ale coś w sposobie wymawiania przez nią wyrazów zdawało się odległe znajome. Była całkiem przystojną kobietą, doprawdy, rozpuszczone czarne włosy, spadające na ramiona podkreślały dodatkowo bardzo jasną karnację skóry. Rysy twarzy odrobinę zbyt twarde, by można określić ją jako skończoną piękność. W niebieskich oczach zastygło nieustępliwe spojrzenie, jakby przyzwyczajona była do wydawania rozkazów. Handlarka, być może, sądząc po sukni.
— Na imię mam Egeanin.
Potem bez śladu wahania ruszyła za nimi w kierunku najbliższego chodnika. Powalonych mężczyzn otaczał już powoli tłum. Elayne miała nadzieję, iż kiedy się obudzą, stwierdzą, że pozbawiono ich wszystkiego, co mogło przedstawiać jakąś wartość, łącznie z odzieżą i butami. Żałowała, iż nie wie, jak ją rozpoznali, ale nie było sposobu, by zabrać ze sobą choć jednego, a potem go wypytać. Nie ulegało zaś już najmniejszej wątpliwości, że od zaraz powinny wynająć jakichś Strażników, niezależnie od tego, co Nynaeve powie na ten temat.
Egeanin pozornie się nie wahała, jednak w głębi duszy była niespokojna. Elayne widziała to w jej oczach, kiedy przepychały się przez tłum.
— Widziałaś, tak? — zapytała. Kobieta zgubiła krok, potwierdzając tym przypuszczenie Elayne, która pośpiesznie dodała: — Nie zrobimy ci krzywdy. Z pewnością nie tak odwdzięczymy się za twoją pomoc.
Znowu musiała wypluć wchodzącą w usta woalkę. Nynaeve raczej nie miała podobnych problemów.
— Nie musisz tak się krzywić, Nynaeve, ona widziała, co zrobiłam.
— Wiem — sucho odpowiedziała Nynaeve. — I była to rzecz, którą zrobić należało. Ale nie znajdujemy się teraz na korytarzach pałacu twojej matki, z dala od podsłuchujących uszu.
Gestem objęła otaczający je tłum. Na widok ich klepek od beczki i pałki Egeanin większość skwapliwie usuwała się z drogi.
— Ogromna część plotek, które mogłaś słyszeć, jest całkiem wyssana z palca — zwróciła się do tamtej. — Niektóre jednak są prawdziwe. Nie masz powodów do obaw, ale musisz zrozumieć, że są sprawy, o których nie wolno nam tutaj wspominać.
— Bać się was? — Egeanin wyglądała na zaskoczoną. — Nie postało mi to nawet w głowie. O nic nie zapytam, dopóki same nie zechcecie porozmawiać.
I słowa dotrzymała; szły odtąd w całkowitym milczeniu, gonił je jedynie pomruk tłumu aż do samego „Dworca Trzech Śliw”. Od tego chodzenia Elayne rozbolały nogi.
Pomimo wczesnej pory we wspólnej sali siedziało już trochę gości, mężczyźni i kobiety zajmowali się swoim ale lub winem. Kobiecie z cymbałami towarzyszył grający na flecie szczupły mężczyzna. Juilin siedział za stołem w pobliżu drzwi, paląc fajkę o krótkim ustniku. Kiedy opuszczały gospodę, nie zdążył jeszcze wrócić ze swego nocnego wypadu. Elayne z zadowoleniem stwierdziła, że choć raz nie zaowocował on nowym siniakiem czy skaleczeniem; to, co tamten nazywał „dnem” Tanchico, było chyba czymś jeszcze straszniejszym niż oblicze, jakie miasto ukazywało światu. Jedynym ustępstwem z jego strony na rzecz panującej mody było nakrycie głowy — zamienił słomkowy kapelusz na jedną z tych stożkowatych, ciemnych czapek, którą nosił zsuniętą na tył głowy.
— Znalazłem je — powiedział, podnosząc się z ławy z czapką w ręku; dopiero po chwili zauważył, że nie są same. Obdarzył Egeanin spojrzeniem spode łba i lekkim ukłonem, odpowiedziała mu nieznacznym skinieniem głowy i wzrokiem pełnym rezerwy.
— Znalazłeś je? — wykrzyknęła Nynaeve. — Jesteś pewien? Mów, człowieku. Połknąłeś język?
I oto ona, ze wszystkimi swoimi ostrzeżeniami na temat tego, że nie należy być zbyt rozmownym w obecności obcych.
— Powinienem chyba powiedzieć, że znalazłem miejsce, gdzie przebywały. — Nie spojrzał powtórnie na Egeanin, ale już ostrożniej dobierał słowa. — Ślad kobiety z białym pasmem włosów doprowadził mnie do domu, w którym się zatrzymała w towarzystwie pewnych innych kobiet, aczkolwiek te rzadko widywano na zewnątrz. Okoliczni mieszkańcy uważają je za bogate uciekinierki z prowincji. Niewiele teraz zostało już po nich poza resztkami jedzenia w spiżarni, ponoć nawet służba zbiegła, ale z zasłyszanych przypadkowo słów wnioskuję, że opuściły to miejsce wczoraj, późnym wieczorem albo w nocy. Wątpię, by one obawiały się spacerować same nocą po Tanchico.
Nynaeve ściskała końce swoich cieniutkich warkoczyków, aż pobielały jej kłykcie.
— Wszedłeś do środka? — zapytała bezbarwym głosem. Elayne pomyślała, że niewiele dzieli ją od podniesienia klepki, na której teraz się wspierała.
Juilinowi chyba to również przyszło do głowy. Spoglądając na klepkę, powiedział:
— Wiesz bardzo dobrze, że nie będę już ryzykował. Pusty dom wygląda w określony sposób, czuje się brak ludzkiej obecności, niezależnie od tego, jak jest duży. Nie da się ścigać złodziei tak długo, jak ja to czynię, i nie nauczyć się patrzeć ich oczami.
— A jeśli uruchomiłeś pułapkę? — Nynaeve prawie wysyczała te słowa. — Czy twój wielki talent do „wyczuwania” różnych rzeczy obejmuje również pułapki?
Ciemne oblicze Juilina poszarzało odrobinę, oblizał wargi, jakby już chciał się tłumaczyć lub bronić, ale ona weszła mu w słowo.
— Porozmawiamy o tym później, panie Sandar. — Jej wzrok musnął leciutko sylwetkę Egeanin, na koniec przypomniała sobie wreszcie, że słyszą ją również inne uszy. — Powiedz Rendrze, że wypijemy herbatę w Pokoju Opadających Kwiatów.
— Komnacie Opadającego Kwiecia — poprawiła ją cicho Elayne, a Nynaeve rzuciła jej ostre spojrzenie. Wieści, które przyniósł Juilin, wprawiły ją w zły nastrój.
On zaś skłonił się głęboko, czyniąc dworny gest rękoma.
— Jak rozkażesz, pani a’Meara, tak też się i stanie: Z całego serca pragnę ci służyć — powiedział gniewnie, potem na powrót nasunął swą ciemną czapkę na czubek głowy i odszedł; sztywne plecy aż nadto wymownie zdradzały przepełniające go oburzenie. Trudno bez sprzeciwu przyjmować rozkazy od kogoś, z kim kiedyś próbowało się flirtować.
— Głupi mężczyzna! — warknęła Nynaeve. — Powinnyśmy ich obu zostawić w dokach Łzy.
— On jest twoim służącym? — zapytała z namysłem Egeanin.
— Tak — parsknęła Nynaeve, dokładnie w tej samej chwili, gdy Elayne powiedziała: — Nie.
Spojrzały po sobie, Nynaeve zmarszczyła czoło.
— Być może, w pewien sposób jest — westchnęła Elayne, kiedy Nynaeve wymamrotała swoje:
— Przypuszczam, że nie w ścisłym znaczeniu tego słowa.
— Ro... rozumiem — powiedziała Egeanin.