Выбрать главу

Wstała. Elayne miała wrażenie, że świerzbi ją całe ciało. Mózg zdawał się rozpadać na drobne kawałki; świat skurczył się do głosu tej kobiety, który przenikliwie dźwięczał w jej uszach, jakby dobiegając z wielkiej odległości.

— Zbierzecie swoje rzeczy ze stołu, a kiedy już umieścicie je tam, skąd wyjęłyście, zapomnicie o wszystkim, co się przed chwilą zdarzyło, wyjąwszy to, że sądziłam, iż jesteście moimi przyjaciółkami, które poznałam na wsi. Omyliłam się, a więc poczęstowałyście mnie filiżanką herbaty, po czym odeszłam.

Elayne zamrugała, zastanawiając się, dlaczego przytracza swoją sakiewkę do paska. Spojrzała na Nynaeve, tamta, marszcząc brwi, wpatrywała się w swe dłonie, również poprawiające sakwę.

— Miła kobieta — powiedziała Elayne i potarła dłonią czoło. Zapewne zbliżał się ból głowy. — Czy powiedziała, jak ma na imię? Nie przypominam sobie.

— Miła? — Nynaeve uniosła dłoń i ostro szarpnęła warkocze; patrzyła na nie, jakby żyły własnym życiem. — Nie... nie sądzę.

— O czym to rozmawiałyśmy, kiedy weszła do środka? — Egeanin właśnie sobie poszła. Co to było?

— Pamiętam, co miałam zamiar powiedzieć. — Głos Nynaeve stwardniał. — Musimy znaleźć Czarne siostry, tak by niczego nie podejrzewały, albo nie będziemy miały najmniejszej szansy, by trafić za nimi do tej rzeczy, która jest niebezpieczna dla Randa.

— Wiem — cierpliwie powiedziała Elayne. Czy mówiła to wcześniej? Oczywiście, że nie. — Już to omawiałyśmy.

Przy sklepionej łukiem bramie, która wychodziła na wąską ulicę z małego podwórza gospody, Egeanin zatrzymała się, wpatrując przez chwilę w mężczyzn o twardych rysach twarzy, bosych — niektórzy byli nawet nadzy do pasa — którzy włóczyli się bez celu wśród innych nierobów na chodniku. Wyglądali, jakby naprawdę wiedzieli, do czego służą zakrzywione miecze o drewnianych rękojeściach, które wisiały przy ich pasach lub sterczały zza szarf owiniętych wokół bioder, jednak żadna z twarzy nie wydała jej się znajoma. Nie potrafiła sobie przypomnieć, czy którykolwiek z nich znajdował się na statku Bayle’a Domona, kiedy zdobyła go i zawiodła do Falme. Jeżeli tak jednak było, należało mieć nadzieję, że żaden nie skojarzy kobiety w spódnicy do konnej jazdy z odzianą w pełną zbroję wojowniczką, która zdobyła ich łódź.

Nagle zdała sobie sprawę, że ma wilgotne dłonie. Aes Sedai. Kobiety, które potrafiły władać Mocą, choć nie były przecież, jak nakazywała czysta przyzwoitość, wzięte na smycz. Siedziała z nimi przy jednym stole. Rozmawiała z nimi. Radykalnie różniły się od wszystkiego, czego oczekiwała; nie potrafiła się pozbyć tej myśli. Mogły przenosić, z tego też powodu były niebezpieczne dla prawdziwego porządku społecznego, i z tego względu należało wziąć je na smycz... ale jednak... Były zupełnie inne, niż nauczono ją wcześniej. Tego się można nauczyć! Nauczyć! Dopóki będzie unikać Bayle’a Domom... on z pewnością ją rozpozna... zawsze będzie mogła do nich wrócić. Trzeba więcej się dowiedzieć. Musiała zrozumieć więcej niż kiedykolwiek dotąd w życiu.

Żałując, że nie włożyła płaszcza z kapturem, mocniej zacisnęła dłoń na swej pałce i ruszyła w głąb ulicy, torując sobie drogę przez tłum. Żaden z żeglarzy nie spojrzał na nią powtórnie; obserwowała ich dokładnie, by mieć pewność.

Nie dostrzegła jednak mężczyzny o jasnych włosach, w brudnej tanchicańskiej odzieży, który siedział oparty o front otynkowanego na biało składu win po przeciwnej stronie ulicy. Jego oczy, rozjarzone błękitem ponad poszarpanym woalem, oraz gruby wąs, trzymający się pod nosem dzięki zastosowaniu kleju, odprowadziły ją wzdłuż ulicy, by powrócić ponownie do obserwacji „Dworca Trzech Śliw”. Potem wstał i przekroczył ulicę, zupełnie nie zwracając uwagi na gniewne okrzyki, jakimi obdarzali go potrąceni przechodnie. Egeanin niemalże go dostrzegła, gdy zapomniał się na tyle, by złamać tamtemu człowiekowi ramię. Jeden z Krwi, jakby takie rzeczy cokolwiek w ogóle znaczyły na tej ziemi, zredukowany do statusu żebraka i na tyle pozbawiony honoru, by nie otworzyć sobie żył. Doprawdy niesmaczne. Być może uda mu się więcej dowiedzieć na temat tego, czego ona szukała w gospodzie, kiedy udowodni im, że posiada więcej pieniędzy, niż sugerował jego przyodziewek.

47

Prawda widzenia

Siuan Sanche nie potrafiła skupić uwagi na dokumentach, które leżały rozrzucone po całym biurku, ale nie ustawała w wysiłkach. Oczywiście inne siostry zajmowały się doglądaniem rutynowych, codziennych zajęć Białej Wieży, aby zostawić Zasiadającej m Tronie Amyrlin czas na podjęcie istotnych decyzji, jednakże w jej zwyczaju było każdego dnia sprawdzać wyrywkowo jedną lub dwie rzeczy — zupełnie przypadkowo, nie postanawiając z góry, co to będzie — i teraz także nie miała zamiaru z tego rezygnować. Nie moim sobie pozwalać, by rozpraszały nas kłopoty. Wszystko płynęło zgodnie z planem. Poprawiła swą pasiastą stułę, zanurzyła uważnie pióro w inkauście i skorygowała kolejny rachunek.

Dzisiejszego dnia sprawdzała listy kuchennych zakupów oraz kosztorys mularzy dotyczący dobudówki do biblioteki. Sama liczba drobnych malwersacji, o których dokonujący ich sądzili, że umkną czyjejkolwiek uwagi, zawsze ją bawiła. Podobnie zresztą, jak liczne uchybienia ze strony kobiet doglądających owych spraw. Na przykład od czasu, jak jej tytuł został oficjalnie zmieniony ze zwykłej głównej kucharki na Mistrzynię Kuchni, Laras zdawała się uważać, że sprawdzanie rachunków jest poniżej jej godności. Albo też Danelle, młoda Brązowa siostra, od której oczekiwano, że będzie obserwować pam Jovarina, mularca, najprawdopodobniej pozwalała, by tamten odwracał jej uwagę książkami, które dla niej wyszukiwał. Był to jedyny sposób wyjaśnienia, dlaczego nie zakwestionowała liczby ludzi, których Jovarin, jak twierdził, już wynajął, podczas gdy pierwszy transport kamienia z Kandoru znajdował się dopiero w Północnej Przystani. Mając taką liczbę robotników, mógłby przebudować od fundamentów całą bibliotekę. Danelle była po prostu nazbyt nieprzytomna, nawet jak na Brązową siostrę. Być może obudzi ją odrobina czasu spędzona na farmie przy wyrywaniu zielska. Z Laras znacznie trudniej będzie sobie poradzić; nie była Aes Sedai, toteż jej autorytet w oczach podkuchennych, służących i pomywaczy łatwo można było zniszczyć. Być może jednak również i ona powinna zostać wysłana na „wypoczynek”, na wieś. Wówczas...

Z pełnym niesmaku parsknięciem Siuan opuściła pióro i skrzywiła się, widząc kleks, który kapnął na stronę schludnie zsumowanych kolumn.

— Marnuję mój czas, zastanawiając się, czy posłać Laras do wyrywania zielska — wymamrotała. — Ta kobieta jest i tak zbyt gruba, by schylając się, dosięgnęła ziemi!

Ale to przecież nie waga Laras wywołała u niej przypływ złego nastroju — doskonale o tym wiedziała; tamta nie była przecież teraz grubsza niźli przedtem, przynajmniej na pozór, i nigdy nie przeszkadzało jej to w zarządzaniu kuchniami. Nie było żadnych wieści. To dlatego trzepotała się niczym drapieżny ptak, któremu skradziono zdobycz. Tylko jedna wiadomość od Moiraine, że ten chłopak, al’Thor, zdobył Callandora, a potem nic przez kolejne tygodnie, chociaż plotki z ulicy już nieomal poprawnie powtarzały jego imię. Wciąż nic.

Podniosła osadzone na zawiasach wieko zdobnie rzeźbionej kasetki z czarnego drewna, w której trzymała swoje najbardziej sekretne dokumenty, i zaczęła przerzucać zawarte w niej papiery. Małe zaklęcie ochronne, splecione wokół kasetki, zabezpieczało ją przed otwarciem przez czyjąś niepowołaną dłoń.