„Jak się dowiedziały? Światłości, ile jeszcze wiedzą? Głupia! Ślepa, głupia kobieta!”
Jej twarz pozostała jednak nieruchoma. Nie pierwszy raz przyparto ją do muru. Jako piętnastoletnia dziewczyna, mając przy sobie tylko nóż do krojenia przynęty, została otoczona w ciemnej uliczce przez czterech pijanych łajdaków — wówczas z pewnością trudniej było uciec niż teraz. Tak przynajmniej próbowała samą siebie przekonać.
— Kworum wedle naszych praw? — syknęła. — Ledwie minimum, w którym większość i tak stanowiły twoje przyjaciółki oraz te, które udało ci się omamić.
To, że Elaidzie udało się przekonać choćby względnie niewielką liczbę Zasiadających, już wystarczyło, by zaschło jej w gardle, ale dalej niczego po sobie nie pokazywała:
— Kiedy spotka się cała Komnata, ze wszystkimi Zasiadającymi, poznasz swój błąd. Ale będzie za późno! W Wieży nigdy dotąd nie zdarzył się bunt; jeszcze za tysiąc lat będą przywoływać twój przykład, aby pokazać nowicjuszkom, jaki los czeka buntowników. — Na niektórych twarzach pojawił się leciutki wyraz zwątpienia, najwidoczniej Elaida nie miała tak ścisłej kontroli nad swymi spiskowcami, jak jej się wydawało. — Nadszedł czas, by wreszcie przestać wiercić dziury w kadłubie i zabrać się do czerpania wody. Nawet ty możesz zmniejszyć swoją winę, Elaido.
Elaida z kamiennym spokojem czekała, aż skończy mówić. Potem cios jej otwartej dłoni dosięgnął twarzy Amyrlin; ta zachwiała się, srebrzystoczarne iskierki zatańczyły jej przed oczyma.
— Jesteś skończona — powiedziała Elaida. — Sądziłaś, że ja... że my... pozwolimy ci zniszczyć Wieżę’? Zabrać ją!
Siuan aż się zatoczyła, kiedy dwie Czerwone popchnęły ją naprzód. Ledwie trzymając się na nogach, spojrzała na nie piorunującym wzrokiem, ale posłusznie poszła w kierunku, który jej wskazały. Kogo powinna o tym wszystkim zawiadomić? Niezależnie od zarzutów, jakie jej stawiano, potrafiła je odeprzeć, pod warunkiem że będzie miała czas. Nawet zarzuty dotyczące Randa; nie mogą jej przeciwstawić nic poza plotkami, a wszak gra w Wielką Grę już zbyt długo, by można ją pokonać za pomocą plotek. Chyba, że mają również Min; dzięki Min plotki mogą przemienić się w prawdę. Zacisnęła zęby.
„Niech sczeźnie ma dusza, zrobię z tej paskudy przynętę na ryby!”
W przedpokoju potknęła się znowu, ale tym razem nie dlatego, że ją popchnięto. Miała bowiem nadzieję, że Leane nie będzie na jej posterunku, tymczasem Opiekunka znajdowała się w takiej samej sytuacji — stała z ramionami przyciśniętymi sztywno do boków, usta bezgłośnie otwierały się i zamykały zakneblowane Powietrzem. Z pewnością poczuła, jak skrępowano Leane, ale nie zdała sobie z tego sprawy; w Wieży właściwie bez przerwy czuło się efekty przenoszenia Mocy.
Jednak to nie widok Leane sprawił, że zgubiła krok, lecz obraz wysokiego, szczupłego, siwowłosego mężczyzny, który leżał na posadzce z nożem sterczącym między łopatkami. Alric był jej Strażnikiem od około dwudziestu lat, nigdy nie skarżył się, kiedy los nakazywał im przez dłuższy czas przebywać w Wieży, nigdy nie narzekał, gdy jako Strażnik Amyrlin musiał oddalać się na setki mil od niej, czego nie lubi żaden Gaidin.
Odkaszlnęła, ale gdy przemówiła, jej głos wciąż był ochrypły.
— Obedrę cię za to ze skóry, zasolę ją i zostawię, by wyschła na słońcu, Elaida. Przysięgam ci to!
— Zatroszcz się lepiej o własną skórę, Siuan — odrzekła Elaida, podchodząc bliżej, by spojrzeć jej w oczy. — Są jeszcze sprawy, które nie wyszły na jaw. Wiem o tym. A ty zdradzisz mi wszystko, co do joty. Wszystko-co-do joty!
Nagłe zamilknięcie było znacznie bardziej przerażające niźli wcześniejsze groźne spojrzenia.
— Obiecuję ci to, Siuan. Zabierzcie ją na dół!
Około południa, ściskając zwoje błękitnego jedwabiu, Min przeszła szybko przez Północną Bramę, na jej twarzy zastygł głupiutki uśmiech przeznaczony dla gwardzistów z Płomieniem Tar Valon na piersi, po dziewczęcemu zamiatała zielonymi sukniami, podobnie jak czyniłaby to Elmindreda. Właściwie już zaczęła udawać tamtą, zanim uświadomiła sobie, że nie widzi żadnych gwardzistów. Ciężkie, nabijane żelazem drzwi wartowni zbudowanej na kształt gwiazdy stały otworem; sama wartownia wyglądała na opuszczoną. To było niemożliwe. Żadnej z bram wiodącej na tereny Wieży nigdy nie zostawiano bez straży. W połowie drogi do białej niczym kość iglicy Wieży unosiła się ponad drzewami chmura dymu. Gdzieś tam były kwatery młodych ludzi, którzy uczyli się pod kierunkiem Strażników. Być może ogień odciągnął warty od bram.
Wciąż czując się odrobinę nieswojo, ruszyła ścieżką wiodącą przez zalesioną część terenów Wieży, mnąc zwoje jedwabiu. Tak naprawdę nie potrzebowała wcale nowej sukni, ale jak mogła odmówić, skoro Laras wcisnęła jej sakiewkę pełną srebra i kazała kupić jedwab, który wcześniej gdzieś widziała; utrzymywała jednocześnie, że ten kolor będzie idealnie pasował do cery „Elmindredy”. To, czy rzeczywiście ma ochotę, czy też nie, uwydatniać swoją cerę, liczyło się znacznie mniej niż zapewnianie sobie trwałej przychylności Laras.
Zza drzew dosłyszała szczęk mieczy. Strażnicy musieli zapewne ćwiczyć swych uczniów znacznie ostrzej niż zazwyczaj.
To wszystko było bardzo denerwujące. Laras i jej wskazówki dotyczące urody, Gawyn i jego żarty, Galad prawiący jej komplementy i nie zdający sobie ani przez chwilę sprawy, co jego twarz i uśmiechy czynią z kobietami. Czy to w taki sposób Rand jej pragnął? Czy naprawdę dostrzegłby ją, gdyby wdziała sukienkę i uśmiechała się do niego niczym bezmózga dzierlatka?
„Nie ma prawa oczekiwać czegoś takiego ode mnie” — pomyślała z wściekłością. To wszystko to jego błąd. Przecież nie byłoby jej tutaj w tych głupich sukienkach, z idiotycznym uśmiechem przyklejonym do twarzy, gdyby nie chodziło o niego. — „Ubieram się w kaftan i spodnie i nic więcej mi nie potrzeba! Od czasu do czasu mogę założyć sukienkę... może tak się zdarzyć...! ale nie po to, by jakiś mężczyzna spojrzał na mnie! Założę się, że w tej chwili wgapia się właśnie w jakąś taireńską kobietę, odkrywającą pół swego dekoltu. Ja też mogę założyć taką suknię. Zobaczymy, co sobie pomyśli, kiedy mnie zobaczy w tym błękitnym jedwabiu. Zrobię sobie dekolt aż do...”
O czym ona właściwie myśli’? Ten mężczyzna pozbawił ją resztek zdrowego rozsądku! Zasiadająca na Tronie Amyrlin trzyma ją tutaj zupełnie niepotrzebnie, a Rand mąci jej umysł!
„Żeby sczezł! Żeby sczezł za zrobienie mi czegoś takiego!”
W oddali ponownie rozległ się szczęk mieczy, a ona zatrzymała się na widok zgrai młodych ludzi, którzy przed nią wypadli spośród drzew, z włóczniami i obnażonymi ostrzami w dłoniach. Prowadził ich Gawyn. Rozpoznała też kilku innych; to byli ci, którzy uczyli się u Strażników. Po terenach Wieży niosły się krzyki i wrzaski wściekłych mężczyzn.
— Gawyn! Co się dzieje?
Odwrócił się, słysząc jej głos. Błękitne oczy przepełniał smutek i strach.
— Min. Co ty robisz...? Natychmiast opuść tereny Wieży. Tu jest niebezpiecznie.
Garstka młodych ludzi pobiegła dalej, pozostali jednak czekali niecierpliwie na niego. Miała wrażenie, że zgromadziła się tutaj większość uczniów Strażników.
— Powiedz mi, co się dzieje, Gawyn!
— Dzisiaj rano obalono Amyrlin. Idź stąd, Min!
Zwoje jedwabiu wypadły jej z rąk.
— Obalono? To niemożliwe! Jak? Dlaczego? W imię Światłości, dlaczego?
— Gawyn! — zawołał jeden z młodych mężczyzn, a pozostali podjęli wezwanie, potrząsając uniesioną bronią. — Gawyn! Biały Dzik! Gawyn!
— Nie mam czasu — powiedział z napięciem. — Wszędzie toczą się walki. Powiadają, że Hammar stara się uwolnić Siuan Sanche. Muszę iść do Wieży, Min. Odejdź stąd! Proszę!