Выбрать главу

Przed nimi pojawiły się drzwiczki, do których zmierzała — wychodziły na rzadko używaną ścieżkę, dokładnie po przeciwnej stronie miejsca, w którym ten korytarz spotykał się z szerokim westybulem wiodącym wokół całej Wieży — kiedy kątem oka dostrzegła twarz Elaidy, idącej w ich stronę zewnętrznym korytarzem.

Min padła na kolana i skuliła się pod ścianą, spuszczając głowę i chowając twarz w rozcięciu kaptura; serce waliło jej tak mocno, jakby chciało się wyrwać z piersi.

„Jestem tylko zwykłą petentką i nikim więcej. Prostą, zwyczajną kobietą, która nie ma nic wspólnego z wydarzeniami, które się tu dzieją. Och, Światłości, proszę!”

Uniosła głowę tylko na tyle, by móc zerknąć spod krawędzi kaptura, na poły spodziewając się ujrzeć twarz Elaidy z wbitym w nią badawczym wzrokiem.

Elaida przeszła obok, nie zaszczycając jej nawet jednym spojrzeniem, szeroka, pasiasta stuła Amyrlin otulała jej ramiona. Alviarin szła za nią, odziana w stułę Opiekunki Kronik, białą, z takich bowiem Ajah się wywodziła. Co najmniej kilkanaście Aes Sedai postępowało w ślad za nimi, głównie Czerwone, choć Min dostrzegła też dwa żółte szale, jeden zielony i jeden brązowy. Procesję zamykało sześciu Strażników, z dłońmi na rękojeściach mieczy; oczy czujnie patrzyły wokół. Spojrzenia tych oczu obojętnie prześlizgnęły się po trzech klęczących kobietach, nie dostrzegając w nich żadnego zagrożenia.

Wszystkie trzy klęczały, uświadomiła sobie Min i zrozumiała także, że nieomal spodziewała się, iż Siuan albo Leane skoczą Elaidzie do gardła. Obie kobiety uniosły jednak głowy tylko na tyle, by spojrzeć w ślad za oddalającą się w głąb korytarza grupą.

— Bardzo niewiele kobiet zostało kiedykolwiek ujarzmionych — powiedziała Siuan jakby do siebie — i żadna nie przeżyła długo, lecz powiadają, iż jedynym sposobem, by po czymś takim żyć, jest znaleźć sobie coś, czego pragnie się równie mocno, jak pragnęło się przenosić.

Wyraz zagubienia i bezdennej rozpaczy zniknął z jej oczu.

— Początkowo myślałam, że pragnę wypatroszyć Elaidę i powiesić w słońcu, by tam wyschła na kość. Teraz jednak rozumiem, że niczego nie chcę tak bardzo... niczego...! jak doczekać dnia, kiedy będę mogła powiedzieć tej pijawce, że przed nią jeszcze długi żywot, będący przykładem dla każdego, kto chce dowiedzieć się, co czeka kobietę, która nazywa mnie Sprzymierzeńcem Ciemności!

— I Alviarin też! — dodała Leane napiętym głosem. — I Alviarin też!

— Bałam się, że mnie wyczują — ciągnęła dalej Siuan — ale teraz nie ma we mnie nic, co mogłyby wyczuć. Korzyść wynikająca z bycia... ujarzmioną, jak się zdaje.

Leane gniewnie poderwała głowę, a wtedy Siuan dodała jeszcze:

— Musimy wykorzystywać każdą przewagę, jaka się nam nadarzy. I być za nie wdzięczne.

Brzmiało to tak, jakby chciała przede wszystkim przekonać samą siebie.

Ostatni Strażnik zniknął za zakrętem korytarza i dopiero wówczas Min przełknęła kulę, która wyrosła jej w gardle.

— O przewagach i korzyściach możemy porozmawiać później — wyskrzeczała i przerwała na moment, by ponownie przełknąć ślinę. — Chodźmy do koni. To na pewno było najgorsze, co mogło nas spotkać.

W rzeczy samej, kiedy śpiesznie wypadły z Wieży, miały uczucie, że najgorsze już minęło. Kolumna dymu unosząca się ku bezchmurnemu niebu na wschodnim obszarze Wieży była jedynym śladem minionych wydarzeń. W oddali poruszały się grupki mężczyzn, żaden jednak nie spojrzał po raz drugi na trzy kobiety, które mijały właśnie bibliotekę, z jej osobliwą formą architektoniczną, przypominającą spiętrzone fale zakrzepłe w kamieniu. Ścieżka poprowadziła je dalej, w głąb terenów Wieży, na zachód ku gąszczowi dębów i wiecznie zielonych roślin, które zazwyczaj rosną z dala od miast. Min poczuła, jak kamień spadł jej z serca, kiedy zobaczyła, że osiodłane konie wciąż stoją uwiązane tam, gdzie ona i Laras je zostawiły — na małej polanie otoczonej drzewami skórzanego liścia i papierowej morwy.

Siuan od razu podeszła do mocnej, kudłatej klaczy o dwie dłonie niższej w kłębie od pozostałych wierzchowców.

— Odpowiedni koń dla mnie w obecnej sytuacji. I wygląda na spokojniejszego od pozostałych; nigdy nie byłam dobrym jeźdźcem. — Poklepała klacz po pysku, a tamta wsadziła chrapy w jej dłoń. — Jak ona ma na imię, Min? Wiesz?

— Bela. Należała do...

— To jej koń. — Zza szerokiego pnia morwy wyszedł Gawyn z dłonią wspartą na rękojeści miecza. Krew na jego twarzy układała się dokładnie w ten sam wzór, który Min zapamiętała ze swojej wizji, jaką miała pierwszego dnia po przyjeździe do Tar Valon. — Wiedziałem, że coś planujesz, Min, kiedy zobaczyłem jej konia.

Złotorude włosy plamiła skrzepła krew, oczy zachodziły mgłą, szedł jednak w ich stronę lekko; wysoki mężczyzna poruszający się z kocią gracją. Kot polujący na mysz.

— Gawyn — zaczęła Min — my...

Jego miecz wyskoczył z pochwy, klingą odchylił kaptur Siuan, potem przyłożył ją do jej gardła, wszystko to potoczyło się w mgnieniu oka. Siuan głośno wstrzymała oddech, ale trwała bez ruchu, patrząc mu w oczy, otwarcie i spokojnie, jakby wciąż jeszcze nosiła stułę.

— Nie, Gawyn! — jęknęła Min. — Nie wolno ci!

Postąpiła krok w jego stronę, ale gdy nie patrząc na nią, uniósł do góry wolną rękę, zatrzymała się. Był napięty niczym stalowa sprężyna, gotów w każdej chwili do skoku. Spostrzegła, że Leane poprawiła płaszcz, skrywając jednocześnie pod nim dłoń, i modliła się, by tamta nie okazała się na tyle głupia, żeby wyciągnąć nóż.

Gawyn wpatrywał się uważnie w twarz Siuan, potem powoli pokiwał głową.

— To ty. Nie byłem pewien, ale to prawda. To... przebranie nie... — Na pozór trwał dalej nieruchomo, a przecież rozszerzające się oczy Siuan mówiły jednoznacznie o ostrzu naciskającym na jej gardło. — Gdzie są moja siostra i Egwene? Co z nimi zrobiłaś?

To było dla Min najbardziej przerażające: nie ta twarz, która przypominała krwawą maskę, nie oczy na poły nieprzytomne, nie ciało napięte tak, że nieomal drżało, ani ręka wciąż wzniesiona ku górze, jakby o niej zapomniał, lecz właśnie jego głos, którego nawet na moment nie podniósł, w którym nie było śladu emocji. Brzmiało w nim tylko zmęczenie, większe niźli słyszała w czyimkolwiek głosie podczas całego swego życia.

Głos Siuan brzmiał niemalże równie beznamiętnie.

— Ostatnie wieści, jakie otrzymałam od nich, donosiły, że są bezpieczne i mają się dobrze. Nie potrafię powiedzieć, gdzie teraz przebywają. Wolałbyś raczej, żeby były tutaj, w samym środku tego szaleństwa?

— Żadnych słownych gierek Aes Sedai — powiedział cicho. — Powiedz mi, gdzie one są, prosto z mostu, tak żeby mnie przekonać, że mówisz prawdę.

— Są w Illian — odrzekła bez śladu wahania Siuan. — W samym mieście. Studiują pod kierunkiem Aes Sedai o imieniu Mara Tomanes. Wciąż powinny tam być.

— A więc nie we Łzie? — wymruczał. Przez chwilę zdawało się, że waży jej słowa. Znienacka zapytał: — Powiadają o tobie, że jesteś Sprzymierzeńcem Ciemności. To oznacza, że musisz być Czarną Ajah, nieprawdaż?

— Jeżeli naprawdę w to wierzysz — zauważyła spokojnie Siuan — utnij mi głowę.

Min omal nie krzyknęła, kiedy kłykcie jego palców pobielały na rękojeści miecza. Powoli wyciągnęła dłoń i oparła ją na jego wyprostowanej ręce, ostrożnie, by nie pomyślał sobie, że zamierzyła coś innego, niż tylko go dotknąć. To było tak, jakby palce oparły się o skałę.