Выбрать главу

Logain padł na kolana, jakby umęczone nogi nie mogły już go dłużej utrzymać.

— Już nie mogę nikogo skrzywdzić — powiedział znużonym głosem, wpatrując się w kamienny bruk pod kopytami Beli. — Po prostu chciałem się wydostać, aby umrzeć gdzieś w spokoju. Gdybyś tylko wiedziała, jak to jest, kiedy się straci...

Zatoczył się, a Leane gniewnie ściągnęła wodze; ciągnął dalej, niczego nie zauważywszy:

— Wszystkie mosty są strzeżone. Nikogo nie przepuszczą na drugą stronę. Nie znają mnie, ale i tak nie pozwolą mi dostać się na drugi brzeg. Próbowałem przy wszystkich przejściach. — Nagle zaśmiał się znużony, ale tak, jakby naprawdę go to rozbawiło. — Próbowałem przy wszystkich.

— Uważam — zaczęła ostrożnie Min — że powinnyśmy jechać. On pewnie chce uniknąć tych, którzy muszą go szukać.

Siuan spojrzała na nią lodowato, unosząc brodę do góry. Nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby ta kobieta zachowała choć odrobinę tej niepewności, która przepełniała ją bez reszty jeszcze przed momentem.

Uniósłszy głowę, potężny mężczyzna spoglądał na nie; na jego czole powoli formował się lekki mars.

— Nie jesteście Aes Sedai. Kim więc jesteście? Czego ode mnie chcecie?

— Jestem kobietą, która może bezpiecznie cię wyprowadzić z Tar Valon — oznajmiła mu Siuan. — A także, być może, dać ci szansę odpłacenia Czerwonym Ajah. Nie miałbyś nic przeciwko szansie zemszczenia się na tych, które cię pojmały, nieprawdaż?

Zadrżał w widoczny sposób.

— Co mam zrobić? — zapytał powoli.

— Chodź za mną — odrzekła. — Chodź za mną i pamiętaj, że jestem jedyna na całym świecie, która da ci okazję do zemsty.

Wciąż klęcząc, przyglądał im się z zadartą głową, badał uważnie twarz każdej, potem wstał, jego wzrok spoczął na Siuan.

— Jestem twój — oznajmił zwyczajnie.

Na twarzy Leane malowało się takie samo niedowierzanie, jakie Min czuła w duszy. Do czegóż, na Światłość, może Siuan potrzebować człowieka o wątpliwej poczytalności, który kiedyś błędnie proklamował się jako Smok Odrodzony? On przecież może się zwrócić przeciwko nim, a przynajmniej ukraść jednego z ich koni! Mierząc wzrokiem jego wzrost, szerokość ramion, Min pomyślała, że lepiej trzymać noże pod ręką. Nagle, na moment, wokół jego głowy rozbłysła lśniąca aura złota i błękitu, którą już niegdyś dostrzegła, a mówiąca o czekającej nań chwale. Przeszył ją dreszcz. Wizje. Obrazy.

Spojrzała przez ramię w stronę Wieży; wysoka, biała iglica dominowała nad miastem, jednolita i prosta, a jednak złamana równie niewątpliwie, jakby leżała w gruzach. Na chwilę pozwoliła swym myślom powędrować ku obrazom, które tańczyły wokół głowy Gawyna, tylko na chwilę. Gawyn, klęczący u stóp Egwene z pochyloną głową, i Gawyn łamiący Egwene kark, najpierw jedna wizja, potem druga, na przemian, jakby każda z nich mogła okazać się przyszłością.

Rzeczy, które widywała, rzadko równie wyraźnie zdradzały swe znaczenie jak te dwa obrazy, ale nigdy dotąd nie zdarzyło jej się, by wizje migotały, przeplatając się wzajemnie, jakby nawet widzenie nie potrafiło powiedzieć, jaka będzie prawdziwa przyszłość. Co gorsza, miała uczucie bliskie pewności, że to, co Gawyn zrobił tego dnia, popchnęło go w kierunku tych dwu możliwości.

Mimo blasku słońca zadrżała ponownie.

„To, co się stało, już się nie odstanie”.

Spojrzała na dwie Aes Sedai — byłe Aes Sedai — obie wpatrywały się teraz w Logaina, jakby był tresowanym psem, ostrym, zapewne niebezpiecznym, ale przydatnym. Siuan i Leane zawróciły konie w kierunku rzeki, Logain biegł między nimi. Min pojechała ich śladem, ale znacznie wolniej.

„Światłości, mam nadzieję, że to wszystko było tego warte”.

48

Odrzucona propozycja

Czy takie właśnie kobiety ci się podobają? — zapytała z pogardą Aviendha.

Rand spojrzał w dół, na nią; szła obok strzemienia Jeade’ena w swych ciężkich spódnicach, z brązowym szalem podwójnie owiniętym wokół głowy. Wielkie błękitnozielone oczy zalśniły spod szerokiej szarfy, jak gdyby wciąż jeszcze żałowała, że nie posiada już tej włóczni, której wryła podczas ataku trolloków i za którą tak strasznie zrugały ją Mądre.

Czasami było mu bardzo głupio, że sam jedzie na koniu, a ona idzie pieszo, ale kiedy próbował iść razem z nią, jego stopy natarczywie domagały się odpoczynku. Czasami — naprawdę bardzo rzadko — pod pozorem, że nabawił się skurczu karku, udawało mu się ją namówić, by jechała z tyłu jego siodła. Jazda na koniu nie łamała w bezpośredni sposób żadnego zakazu, jak się okazało, jednak przez większość czasu szła pieszo dlatego, że z pogardą odnosiła się do sytuacji, gdy człowiek porusza się za pomocą cudzych nóg. Jeden wybuch śmiechu ze strony któregoś z Aielów, a w szczególności jednej z Panien, lub choćby spojrzenie spode łba zmiatały ją z siodła z szybkością błyskawicy.

— Ona jest miękka, Randzie al’Thor. Słaba.

Spojrzał do tyłu na pudełkowaty wóz, jadący na czele karawany handlarzy, eskortowanej ponownie przez Panny Jindo. Isendre była w towarzystwie Kadere oraz jego woźnicy; siedziała na wysokim koźle obok handlarza, jej policzek spoczywał na jego ramieniu, a on tymczasem trzymał w ręku mały, błękitny, jedwabny parasol, którym ją osłaniał — oraz siebie również — przed ostrym słońcem. Mimo białego kaftana Kadere bezustannie ocierał swoją ciemną twarz wielką chustką; upał znacznie bardziej dawał mu się we znaki niźli jej, odzianej w lśniący, przylegający do ciała ubiór, uszyty z identycznego materiału jak ten, z którego wykonano parasol. Rand nie był do końca pewien, miał jednak wrażenie, że wciąż czuje na sobie spojrzenie jej oczu, patrzących ponad przezroczystą szarfą, którą udrapowała sobie wokół głowy i na twarzy. Przez cały czas zdawała się go obserwować. Kadere na pozór nie miał nic przeciwko temu.

— Nie wydaje mi się, by Isendre była miękka — powiedział cicho, poprawiając shoufę na głowie, która do pewnego stopnia chroniła przed palącymi promieniami słońca. Odmówił noszenia pozostałych części odzieży Aielów, nie dbając o to, że lepiej nadawały się do tutejszego klimatu niż jego czerwony, wełniany kaftan. Niezależnie od tego, z jakiej pochodził krwi, niezależnie od znaków na jego przedramionach, nie był Aielem i nie chciał za takiego uchodzić. Cokolwiek musiał zrobić, chciał dokonać tego, zachowując choć odrobinę przyzwoitości. — Nie, tego bym nie powiedział.

Na koźle drugiego wozu gruba Keille oraz bard Natael znowu się kłócili. Natael trzymał wodze, chociaż nie potrafił powozić równie dobrze jak człowiek, który zazwyczaj wykonywał tę pracę. Czasami oboje spoglądali w stronę Randa, obdarzając go szybkimi, ukradkowymi spojrzeniami, potem jednak zaraz wracali do swej kłótni. Ale tak postępowali właściwie wszyscy. Długa kolumna Jindo, idących po jego drugiej stronie, Mądre za jego plecami, a w ich towarzystwie Moiraine, Egwene oraz Lan. Wśród bardziej oddalonych Shaido potrafił również dostrzec głowy co rusz odwracające się w jego stronę. Ani teraz, ani przedtem nie stanowiło to dlań szczególnego zaskoczenia. Był Tym Który Przychodzi Ze Świtem. Każdy chciał wiedzieć, co on zamierza. Już wkrótce się przekonają.

— Miękka — parsknęła Aviendha. — Elayne nie jest miękka. Należysz do Elayne, nie powinieneś dotykać oczyma tej mlecznoskórej ladacznicy.