Выбрать главу

— Ta kobieta może jeszcze oznaczać dla mnie śmierć — wymamrotał Kadere. — Być może moglibyśmy potem znowu porozmawiać, mój Lordzie Smoku, jeżeli to ci odpowiada.

Ostro wbił obcasy w boki muła i pognał go ku pierwszemu wozowi; potem z zaskakującą zwinnością wskoczył na kozioł, wiążąc wodze muła do żelaznego pierścienia w rogu wielkiej budy wozu. Wraz z Isendre zniknęli w środku i nie wyszli, dopóki karawana nie zatrzymała się na noc.

Powrócił następnego ranka i powtarzało się to przez kolejne dni, gdy tylko widział, że Rand jest sam, przez cały czas robiąc aluzje do wiedzy, którą mógłby sprzedać za odpowiednią cenę, gdyby uzyskał nadto stosowne zabezpieczenia. Pewnego razu posunął się do stwierdzenia, że wszystko— morderstwo, zdrada, właściwie wszystko — może podlegać wybaczeniu, w zamian za wiedzę, a kiedy Rand się z nim nie zgodził, zaczął zdradzać objawy rosnącego zdenerwowania. Niezależnie od tego, co chciał sprzedać, pragnął najwyraźniej, by Rand obiecał mu w ciemno ochronę przed karą za wszelkie niegodziwości, jakie ongiś popełnił.

— Nie jestem pewien, czy chcę kupić wiedzę — mówił mu Rand niejeden raz. — Zawsze pozostaje kwestia ceny, nieprawdaż? Może się okazać, że tej ceny nie zechcę zapłacić.

Natael odciągnął Randa na bok pierwszego wieczoru, już po tym, jak rozpalono ogniska, znad których zaczęły się pośród namiotów roznosić zapachy gotowanego posiłku. Bard wydawał się równie zdenerwowany jak Kadere.

— Myślałem dużo o tobie — zaczął, przekrzywiwszy głowę i spoglądając na Randa z ukosa. — Powinieneś stać się bohaterem wielkiego poematu epickiego, który opowiedziałby twoją historię. Smok Odrodzony. Ten Który Przychodzi Ze Świtem. Człowiek, którego, któż mógłby wiedzieć, ile zapowiadało proroctw, w tym i innych Wiekach.

Owinął się ściślej płaszczem, kolorowe łatki zafurkotały na wietrze. Zmierzch na Pustkowiu był krótki, a noc i chłód następowały szybko.

— Co czujesz w związku ze swym przepowiedzianym przeznaczeniem? Muszę to wiedzieć, jeśli mam stworzyć poemat.

— Co czuję? — Rand rozejrzał się po obozie, popatrzył na Jindo uwijających się między namiotami. Jak wielu z nich zginie, zanim wszystko się skończy? — Zmęczenie. Czuję się zmęczony.

— Trudno to określić mianem heroicznego uczucia — wymruczał Natael. — Ale można się było tego spodziewać, biorąc pod uwagę twe przeznaczenie. Świat spoczywa na twoich barkach, większość ludzi zapewne chciałaby cię zabić, gdyby tylko dano im taką szansę; pozostali głupcy, którzy sądzą, że mogą cię wykorzystać, chcą na twoim grzbiecie przewieźć się do władzy i chwały.

— A ty jesteś jednym z nich, Nataelu?

— Ja? Ja jestem prostym bardem. — Mężczyzna uniósł nieco rąbek swego naszywanego łatkami płaszcza, jakby w ten sposób chciał namacalnie dowieść swych słów. — Za wszystkie skarby świata nie zamieniłbym się z tobą ani miejscem, ani przeznaczeniem. Śmierć, szaleństwo lub obie te rzeczy naraz. „Jego krew na skałach Shayol Ghul...” To właśnie mówi Cykl Karaethon, Proroctwa Smoka, nieprawdaż? Że musisz umrzeć; aby uratować głupców, którzy odetchną z ulgą na wieść o twojej śmierci. Nie, nie, nigdy nie zgodziłbym się na to, choćby mi oferowano całą twoją potęgę, a nawet więcej.

— Rand — powiedziała Egwene, wychodząc nagle z gęstniejącego mroku; otuliła się ściśle swym jasnym płaszczem, kaptur nasunęła głęboko na czoło — przyszłyśmy zobaczyć, jak się miewasz po uzdrawianiu i całym dniu spędzonym w skwarze.

Była z nią Moiraine, z twarzą skrytą w głębokim rozcięciu kaptura białego płaszcza, oraz Bair, Amys, Melaine i Seana, z głowami owiniętymi w ciemne szale; patrzyły na niego, spokojne i zimne jak noc. Nawet Egwene. Nie posiadała jeszcze tej nie zdradzającej upływu lat twarzy Aes Sedai, ale miała już ich oczy.

Z początku nie dostrzegł Aviendhy, która skryła się za plecami tamtych. Przez chwilę zdawało mu się, że widzi współczucie na jej twarzy, ale nawet jeżeli wzrok go nie mylił, zniknęło, gdy tylko spostrzegła, że na nią patrzy. Przywidzenie. Był taki zmęczony.

— Innym razem więc — powiedział Natael do Randa, patrząc na kobiety z tą szczególną manierą spoglądania z ukosa. — Porozmawiamy innym razem.

Z ledwie dostrzegalnym ukłonem oddalił się.

— Czy złości cię twoje przeznaczenie? — zapytała cicho Moiraine, kiedy bard już odszedł. — Proroctwa wypowiadają się kwiecistym, tajemnym językiem. Nie zawsze ich znaczenie jest takie, jakie zdają się zawierać.

— Koło splata Wzór tak, jak chce — odrzekł jej. — Zrobię, co będzie konieczne. Pamiętaj o tym, Moiraine. Zrobię to, co będzie konieczne.

Wydała się usatysfakcjonowana, aczkolwiek w przypadku Aes Sedai trudno było osądzać uczucia po wyrazie twarzy. Na pewno nie byłaby spokojna, gdyby znała całą prawdę.

Natael wrócił następnego wieczora, a potem kolejnego, i jeszcze raz; przez cały czas mówił o poemacie, który chce skomponować, ale z chorobliwym uporem wciąż powracał do kwestii, w jakiż to sposób Rand zamierzał stawić czoło szaleństwu i śmierci. Wychodziło na to, że jego opowieść miała być chyba tragedią. Rand jednak z pewnością nie miał szczególnej ochoty zdradzać się ze swoim strachem; to, co kryło się w jego sercu i głowie, miało tam pozostać. Na koniec bard zmęczył się jego ciągłym: „Zrobię to, co będzie konieczne” i przestał go nawiedzać. Wyglądało na to, że nie zechce skomponować swego poematu, o ile nie uda mu się nasycić go po brzegi pełnymi bólu emocjami. Kiedy ostatnie spotkanie z Randem zakończyło się jak wszystkie poprzednie, odszedł, by już więcej nie powrócić, pełen zawodu, a płaszcz powiewał za nim z wściekle trzepoczącymi łatkami.

Bard był co najmniej dziwny, ale sądząc po Thomie Merrilinie, była to chyba powszechna przypadłość tej profesji. Natael posiadał również wszystkie inne cechy, każące widzieć w nim barda. Żywił na przykład nadzwyczaj dobre mniemanie o sobie. Rand nie dbał, czy tamten zwraca się do niego, używając należnych tytułów, jednak Natael i do Rhuarca, i do Moiraine, przynajmniej tych kilka razy, gdy zdarzyło mu się znaleźć w pobliżu, odnosił się w taki sposób, jakby był im równy. To był już cały Thom. I zrezygnował zupełnie z występów dla Jindo, spędzając obecnie niemal każdą noc w namiotach Shaido. Shaido było więcej, wyjaśnił Rhuarcowi, jakby to była najbardziej oczywista rzecz w świecie. Większa publiczność. Żadnemu z Jindo się to nie podobało, ale z tym nawet Rhuarc nie mógł nic zrobić. W Ziemi Trzech Sfer bard mógł zdobyć się nieomal na każdy postępek, wykluczając chyba tylko morderstwo, i nikt nie miał prawa obarczać go odpowiedzialnością.

Aviendha spędzała noce w namiotach Mądrych, czasami też wędrowała z nimi przez godzinę lub dłużej, wówczas wszystkie zbierały się wokół niej, nawet Moiraine i Egwene. Początkowo Rand sądził, że zapewne udzielają jej rad, jak z nim postępować, w jaki sposób powinna się zachowywać, by wydobyć z jego głowy wiedzę, której pragnęły. Pewnego dnia, kiedy słońce prażyło na niebie, przed grupką Mądrych nagle zmaterializowała się kula ognia, wielka niczym koń, a potem pomknęła przed siebie, wirując i tocząc się po ziemi, wypalając bruzdę w rozżarzonym gruncie, dopóki nie zmalała wreszcie i nie zniknęła.

Kilku woźniców zatrzymało swoje przerażone, parskające zaprzęgi i stanęło ze strachu, by zobaczyć, co się dzieje. Przez szeregi Jindo przeszedł szmer, również stanęli i przez chwilę patrzyli, podobnie zresztą jak Shaido, ale wkrótce dwie kolumny Aielów ponownie ruszyły naprzód. Za to wśród Mądrych można było dostrzec wyraźne poruszenie. Wszystkie cztery skupiły się wokół Aviendhy, widać było, że próbują mówić jedna przez drugą, zamaszyście gestykulując rękami. Moiraine i Egwene, prowadzące obok nich swe konie, starały się wtrącić choć słowo; nawet nie słysząc ich; Ran wiedział, że Amys, potrząsając wściekle uniesionym w górę palcem, niedwuznacznie kazała im trzymać się własnych spraw.