Выбрать главу

Wpatrując się w odległy o lot strzały poczerniały żleb, ciągnący się przez pół mili, Rand rozmościł się wygodniej w siodle. Uczą Aviendhę przenosić. Oczywiście. Tym właśnie się zajmowały. Grzbietem dłoni otarł pot z czoła, ale żar słońca nie miał z tym nic wspólnego. Kiedy tylko ognista kula rozbłysła nad pustynią, instynktownie sięgnął do Prawdziwego Źródła. Wszystkie próby pochwycenia saidina były niczym usiłowania złapania powietrza. Bez wątpienia stanie się tak pewnego dnia, kiedy będzie rozpaczliwie potrzebował Mocy. On również musiał się uczyć, ale nie miał żadnego nauczyciela. Musiał się uczyć nie tylko dlatego, że Moc zabije go, zanim zacznie się martwić, iż oszaleje, jeśli się nie nauczy jej kontrolować, ale również dlatego, że była mu potrzebna. Musiał się nauczyć, jak jej używać, musiał jej używać, żeby się nauczyć, jak to robić. Wybuchnął śmiechem tak głośnym, iż niektórzy Jindo popatrzyli na niego z niepokojem.

Podczas tych jedenastu dni i nocy w każdej chwili z przyjemnością powitałby towarzystwo Mata, ale Mat nie spędzał z nim każdorazowo więcej niż kilka minut; szerokie rondo płaskiego kapelusza naciągnięte miał nisko na czoło, ocieniając oczy, włócznia o czarnym drzewcu spoczywała wsparta o łęk siodła Oczka, w słońcu lśniło jej ostrze, dziwacznie naznaczone sylwetkami kruków i wykute Mocą, długie niczym wygięta klinga krótkiego miecza.

— Jeżeli twoja skóra jeszcze mocniej pociemnieje od słońca, to naprawdę zmienisz się w Aiela. — Mógłby powiedzieć ze śmiechem lub też: — Czy masz zamiar spędzić tu resztę życia? Po drugiej stronie Muru Smoka czeka cały świat. Wino? Kobiety? Pamiętasz je jeszcze?

Ale na twarzy Mata malował się wyraźny niepokój, jeszcze bardziej niechętnie niż Mądre mówił o Rhuidean albo o tym, co tam razem przeżyli. Na każdą wzmiankę o mieście pod kopułą z mgły jego dłoń zaciskała się na czarnym drzewcu i twierdził, że niczego sobie nie przypomina ze swej podróży przez ter’angreal, a potem zaraz sam sobie przeczył, mówiąc:

— Trzymaj się z dala od tej rzeczy, Rand. Jest zupełnie inny niż tamten z kamienia. Oni oszukują. Niech sczeznę, żałuję, że w ogóle stanąłem w pobliżu niego!

A kiedy pewnego razu Rand napomknął o Dawnej Mowie, warknął:

— Żebyś sczezł, nie wiem nic o przeklętej Dawnej Mowie!

I pogalopował z powrotem, prosto do karawany wozów handlarzy.

To właśnie tam Mat spędzał większość czasu, grając w kości z woźnicami — dopóki nie zrozumieli, że wygrywa znacznie więcej, niż traci, niezależnie od tego, jakich używają kości — przy każdej sposobności wdając się w długie rozmowy z Kadere i Nataelem, flirtując z Isendre. Już od pierwszego razu — kiedy uśmiechnął się do niej i poprawił kapelusz na głowie, tamtego ranka po ataku trolloków — wiadomo było, o co mu chodzi. Każdego wieczora rozmawiał z nią tak długo, jak tylko mógł; przy zrywaniu białych kwiatów z ciernistych krzewów pokłuł się do tego stopnia, że przez dwa dni ledwie potrafił utrzymać wodze w dłoniach, choć oczywiście odmówił Moiraine, gdy chciała go uzdrowić. Właściwie Isendre niezbyt go ośmielała, ale trudno było również uznać jej leniwy, gorący uśmiech za próbę zniechęcenia. Kadere widział wszystko... i nie mówił ani słowa, chociaż czasami wodził za Matem oczyma głodnego sępa. Inni jednak to komentowali.

Pewnego dnia, wczesnym wieczorem, kiedy wyprzężono już muły i rozbito namioty, a Rand rozsiodłał Jeade’ena, Mat przystanął wraz z Isendre w skromnym cieniu rzucanym przez płócienną budę jednego z wozów. Stał bardzo blisko niej. Tymczasem Rand uwiązał już swego srokacza. Słońce płonęło nisko nad horyzontem, rzucając po obozowisku długie cienie.

Isendre bawiła się swoją przezroczystą szarfą, jakby poważnie myślała o jej zdjęciu, śmiała się, a odrobinę rozchylone, pełne usta robiły wrażenie gotowych do pocałunku. Mat, ośmielony, porozumiewawczo się uśmiechając, przysuwał się coraz bliżej i bliżej. Ona opuściła dłoń i powoli pokręciła głową, mimo to ten zapraszający uśmiech nie znikał ani na moment. Żadne nie usłyszało nadejścia Keille, tak lekko potrafiła się, mimo swych rozmiarów, poruszać.

— Czy tego właśnie chcesz, dobry panie? Jej? — Na dźwięk słodkiego głosu oboje odskoczyli od siebie, ona zaś zaniosła się śmiechem tyleż melodyjnym, co osobliwym. — Interes mogę z tobą ubić, Matrimie Cauthon. Marka z Tar Valon i jest twoja. Dziewka taka jak ta nie może być warta więcej niźli dwie, więc transakcja jest uczciwa.

Mat skrzywił się i spojrzał tak, jakby się chciał znaleźć w każdym innym miejscu, tylko nie tu, gdzie był.

Isendre natomiast odwróciła się powoli, by stawić czoło Keille; górski kot spoglądający na niedźwiedzia.

— Posuwasz się za daleko, starucho — powiedziała miękko, ale oczy ponad szarfą zasłaniającą twarz lśniły niczym dwa kamyki. — Dłużej już nie będę znosić twoich zaczepek. Uważaj na siebie. Albo być może wolisz pozostać na zawsze na Pustkowiu.

Keille uśmiechnęła się szeroko, jednak wesołość nie objęła obsydianowych oczu płonących nad tłustymi policzkami.

— A może ty wolisz?

Kręcąc stanowczo głową, Isendre powiedziała:

— Marka z Tar Valon. — Jej głos był twardy niczym żelazo. — Dopilnuję, żebyś dostała markę z Tar Valon, kiedy cię zostawimy. Żałuję jedynie, iż nie dane mi będzie patrzeć na ciebie, gdy będziesz usiłowała ugasić nią pragnienie.

Odwróciła się plecami i poszła — nie kołysząc już uwodzicielsko biodrami — w kierunku pierwszego wozu i zniknęła w środku.

Keille patrzyła za nią, z nieodgadnionym wyrazem okrągłej twarzy, dopóki nie zamknęły się białe drzwi, wtedy znienacka zwróciła się w stronę Mata, który wyglądał, jakby w każdej chwili miał się rzucić do ucieczki.

— Dotychczas niewielu mężczyzn odrzuciło choć raz moją propozycję, jeszcze mniej uczyniło to po raz wtóry. Powinieneś zadbać, bym nie wzięła tego do serca i nie postanowiła czegoś zrobić. — Śmiejąc się, wyciągnęła dłoń i uszczypnęła go w policzek tłustymi palcami, dostatecznie mocno, by aż zamrugał, potem odwróciła się i spojrzała w stronę Randa. — Powiedz mu, mój Lordzie Smoku. Mam wrażenie, że wiesz co nieco na temat lekceważenia kobiety. Ta dziewczyna Aielów, ta, która stale chodzi za tobą i wodzi oczami, a słyszałam wszak, że należysz do innej. Być może ona czuje się zlekceważona.

— Wątpię, pani — odrzekł sucho. — Aviendha zatopiłaby nóż w mym sercu, gdyby sądziła, że myślę o niej w ten sposób.

Gruba kobieta roześmiała się hałaśliwie. Mat drgnął, kiedy ponownie wyciągnęła rękę w jego stronę, ale ona tylko delikatnie poklepała policzek, który wcześniej uszczypnęła.

— Widzisz, dobry panie? Zlekceważ propozycję kobiety, a być może nic sobie z tego nie zrobi, może jednak... — odwróciła się do niego profilem — ...użyć noża. To lekcja, której powinien się wyuczyć każdy mężczyzna. Co, mój Lordzie Smoku?

Zanosząc się śmiechem, poszła sprawdzić ludzi doglądających muły.

Rozcierając policzek, Mat wymamrotał:

— One wszystkie są szalone — a potem również odszedł. Nie przestał jednak dalej się uganiać za Isendre.