I tak to się ciągnęło, przez jedenaście dni i w dwunastą noc, kiedy jechali po nagiej, spieczonej słońcem ziemi. Dwukrotnie napotkali inne stanice, małe, naprędce sklecone z kamienia budynki, w dużej mierze przypominające Stanicę Imre, umieszczone dla łatwiejszej obrony przy nagiej ścianie iglicy lub samotnego wzgórza. W jednej z nich znajdowało się co najmniej dwieście owiec, a pilnujący ich ludzie byli równie zaskoczeni, dowiadując się o Randzie, jak obecnością trolloków w Ziemi Trzech Sfer. Druga stanica była pusta, nie z powodu zniszczenia przez jakichś napastników, lecz zwyczajnie była nie używana. Kilka razy Rand wypatrzył w oddali kozły, owce albo długorogie bydło o jasnej skórze. Aviendha poinformowała go, że stada należą do najbliższych siedzib szczepów, ale nie widział żadnych ludzi, a z pewnością najmniejszego śladu budowli, które zasługiwałyby na miano siedziby.
Nastał dwunasty dzień. Szerokie kolumny Jindo i Shaido szły po bokach grupki Mądrych, na wlokących się powoli wozach handlarzy Keille i Natael kłócili się o coś, a Isendre obserwowała Randa z kozła wozu Kadere.
— ...i tak to właśnie jest — powiedziała Aviendha, kiwając głową, jakby w ten sposób chciała wzmocnić wymowę swych słów. — Teraz już na pewno rozumiesz, jak to jest z panią dachu.
— Nie do końca — przyznał Rand. Uświadomił sobie, że od pewnego czasu wsłuchiwał się w melodię jej słów, nie zaś w ich znaczenie. — Chociaż, pewien jestem, że to wszystko świetnie funkcjonuje.
Warknęła na niego.
— Kiedy się ożenisz — powiedziała głosem, w którym nie było śladu rozbawienia, tylko napięcie — mając te smoki na przedramionach, które dowodzą twojej krwi, czy pójdziesz za jej zewem, czy też będzie rościł sobie pretensje, niczym jakiś dzikus z mokradeł, do posiadania wszystkiego, prócz może tylko sukni, którą nosi twoja żona?
— To się wcale nie dzieje w taki sposób — zaprotestował. — I każda kobieta w miejscu, z którego przybywam, rozbiłaby natychmiast głowę swemu mężczyźnie, gdyby tak myślał. A w każdym razie, czy nie sądzisz, że ta kwestia winna być rozstrzygnięta tylko pomiędzy mną a tą osobą, z którą zdecyduję się ożenić?
Jedyną odpowiedzią było tylko spojrzenie jeszcze bardziej nachmurzone niż zazwyczaj.
Ku jego uldze w tym momencie przybiegł Rhuarc, który opuścił swe zwykłe miejsce na czele kolumny Jindo.
— Dotarliśmy — oznajmił Aiel z uśmiechem. — Oto Siedziba Zimnych Skał.
49
Siedziba Zimnych Skał
Rand rozejrzał się dookoła, marszcząc czoło. Jakąś milę przed sobą dostrzegł skupisko pagórków o wysokich, prostopadłych ścianach, lub być może było to jedno wielkie wzgórze poprzecinane licznymi szczelinami. Po jego lewej ręce płaska równina z łatami ostrej trawy, pozbawionymi liści powykręcanymi roślinami, rozproszonymi kolczastymi krzewami i przygiętymi ku ziemi drzewami ciągnęła się aż do jałowych wzgórz i jarów o poszarpanych brzegach, nierównych głazów przypominających krzywe kolumny, a potem jeszcze dalej ku postrzępionym szczytom górskich łańcuchów w oddali. Po prawej stronie krajobraz był nieomal identyczny, wyjąwszy to, że popękana równina żołtej gliny była nieco bardziej płaska, góry zaś bliżej. Wszystko w niczym się nie różniło od jakiejkolwiek części Pustkowia, jaką oglądał, odkąd opuścili Chaendaer.
— Gdzie? — zapytał.
Rhuarc spojrzał na Aviendhę, która tymczasem patrzyła na Randa, jakby ten postradał zmysły.
— Chodź. Niech twe własne oczy ukażą ci Zimne Skały.
Spuściwszy shoufę na ramiona, wódz klanu odwrócił się i z obnażoną głową pobiegł szybko ku popękanej skalnej ścianie, widocznej z przodu.
Shaido zatrzymali się już i teraz krzątali, rozbijając namioty. Heirn oraz Jindo puścili się truchtem za Rhuarkiem, wiodąc swoje juczne muły; wszyscy odkryli głowy i wydawali nieartykułowane wrzaski, Panny eskortujące handlarzy pokrzykiwały na woźniców, by poganiali zaprzęgi i ruszali w ślad za Jindo. Jedna z Mądrych uniosła spódnice do kolan i pognała za Rhuarkiem — po jasnych włosach Rand osądził, że musiała to być Amys, z pewnością Bair nie potrafiłaby biec tak lekko — ale reszta grupki Mądrych poruszała się dalej stałym tempem. Przez chwilę Moiraine spojrzała na Randa tak, jakby chciała wyrwać się ze swego towarzystwa i dołączyć do niego, potem jednak zawahała się, wymieniła kilka gwałtownych zdań z jedną z Mądrych. Jej włosy wciąż skrywał szal. Na koniec Aes Sedai podprowadziła swą siwą klacz do szarego ogiera Egwene i karego Lana, tuż przed nosem odzianego w biel gai’shain, który prowadził za uzdy juczne zwierzęta. Mimo to, oczywiście, ostatecznie skierowali się w tę samą stronę co Rhuarc.
Rand pochylił się, proponując dłoń Aviendzie. Kiedy odmownie potrząsnęła głową, rzekł:
— Jeżeli dalej będą robić tyle hałasu, za nic nie usłyszę cię z tej odległości. A co się stanie, jeśli zrobię jakiś idiotyczny błąd tylko dlatego, że nie usłyszę tego, co mówisz?
Mrucząc coś pod nosem, spojrzała na Panny. skupione wokół wozów handlarzy, potem westchnęła i podała mu rękę. Pociągnął ją w górę, ignorując jęk protestu i wciągnął na grzbiet Jeade’ena za swoim siodłem. Kiedy próbowała sama dosiąść konia, kończyło się to zazwyczaj na tym, że omal nie ściągała go z siodła. Dał jej chwilę na poprawienie grubych sukni — choć w najlepszym razie i tak sięgały wysoko ponad miękkie do kolan buty — a potem puścił się cwałem. Po raz pierwszy Aviendha jechała szybciej niż stępa, objęła go dłońmi w pasie i przytuliła się, by nie spaść.
— Jeżeli sprawisz, że wyjdę na głupią przed moimi siostrami, mieszkańcu mokradeł... — warknęła ostrzegawczo za jego plecami.
— Dlaczego miałyby tak o tobie myśleć? Widziałem, jak czasami Bair, Amys lub inne jechały za Moiraine i Egwene, by łatwiej im było rozmawiać.
Po chwili powiedziała:
— Łatwiej akceptujesz zmiany niż ja, Randzie al’Thor.
Nie był do końca pewien, jak ma to rozumieć.
Kiedy Jeade’en zrównał się z Rhuarkiem, Heirnem oraz Amys, którzy znajdowali się trochę z przodu przed wciąż krzyczącymi Jindo, zaskoczony był, zobaczywszy obok biegnącego z łatwością Couladina, którego płomiennorude włosy połyskiwały w słońcu. Aviendha ściągnęła shoufę Randa na ramiona.
— Do siedziby klanu musisz wejść z odsłoniętą twarzą, tak aby była dla wszystkich widoczna. I musisz narobić hałasu. Zostaliśmy dostrzeżeni już dawno temu, a więc wiedzą, kim jesteśmy, ale taki jest zwyczaj, musisz dać do zrozumienia, że nie masz zamiaru zdobywać siedziby z zaskoczenia.
Pokiwał głową, ale trzymał język za zębami. Ani Rhuarc, ani żadna z towarzyszących mu osób nie wydawali żadnych odgłosów, podobnie zresztą jak Aviendha. Mimo to pozostali Jindo robili taką wrzawę, że można ich było słyszeć z odległości wielu mil.
Couladin pochylił głowę w jego stronę. Po ogorzałej od słońca twarzy przemknęła pogarda, pogarda i coś jeszcze. Nienawiść i lekceważenie Rand by zrozumiał, ale rozbawienie? Cóż takiego wydawało się Couladinowi zabawne?
— Głupi Shaido — mruknęła za jego plecami Aviendha. Być może miała rację, może rozbawił go jej widok na koniu. Ale Rand przypuszczał, że nie o to tylko chodzi.
Przygalopował Mat, ciągnąc za sobą tuman żółtobrązowego pyłu, kapelusz zsunął na tył głowy, a włócznię wsparł o strzemię niczym lancę.
— Co to za miejsce, Rand? — zapytał głośno, starając się przekrzyczeć hałas czyniony przez tamtych.
— Te kobiety powiedziały tylko: „Jedź szybciej. Jedź szybciej” — wyjaśnił mu Rand, na co tamten zmarszczył tylko brew i omiótł wzrokiem skaliste wzgórze wznoszące się przed nim.