— Przypuszczam, że z odpowiednią ilością zapasów mógłbyś bronić tego przez lata, ale w porównaniu z Kamieniem czy Tora Harad, to zwykła grządka.
— Tora, co? — zapytał Rand.
Mat zgarbił się, zapadł w sobie, dopiero po chwili wyjąkał:
— Nic takiego, coś, o czym kiedyś przypadkiem usłyszałem. — Stanął w strzemionach, by spojrzeć za siebie ponad głowami Jindo w kierunku wozów handlarzy. — Przynajmniej wciąż są z nami. Zastanawiam się, jak długo jeszcze potrwa, zanim sprzedadzą wszystko i odjadą.
— Na pewno zostaną aż do Alcair Dal. Rhuarc mówi, że tam odbywa się rodzaj święta, kiedy spotykają się wodzowie klanów, nawet jeśli jest ich tylko dwu lub trzech. A co będzie, jak się pojawi naraz dwunastu? Nie przypuszczam, by Kadere i Keille chcieli stracić taką okazję.
Mat nie wyglądał na szczególnie zadowolonego z tych wieści.
Rhuarc biegł prosto do największej ze szczelin w pionowej kamiennej ścianie; w najszerszym miejscu miała dziesięć do dwunastu kroków szerokości, jej dno całkowicie skrywał cień, kiedy tak wijąc się, wiodła coraz głębiej, ciemna i chłodna pod wstążką nieba. Bezsłowne okrzyki Aielów nabrały mocy, spotęgowane odbiciem od szarobrunatnych ścian; i wtedy nagle zamilkli, ciszę przerywał jedynie tupot kopyt mułów, a dalekie skrzypienie kół wozów na jej tle wydawało się niezwykle głośne.
Pokonali kolejny zakręt i szczelina otworzyła się nagle na szeroki wąwóz, długi i nieomal zupełnie prosty. Powitały ich przenikliwe jak ptasi Lament krzyki, dochodzące ze wszystkich stron, wydawane przez setki kobiecych gardeł. Wokół całej drogi stał gęsty tłum, kobiety w workowatych spódnicach, z szalami udrapowanymi wokół głów, oraz mężczyźni w szarobrązowych kaftanach i spodniach, cadin’sor, a także Panny Włóczni, machające rękoma na powitanie, uderzające w garnki i inne przedmioty, które mogły posłużyć do robienia hałasu.
Rand zamarł z otwartymi ustami, i to nie tyle na widok rozpościerającego się przed nim pandemonium. Ściany wąwozu były zielone; porastały je rośliny zasadzone na wąskich tarasach wspinających się aż do połowy wysokości zboczy. Nie były to wyłącznie tarasy, zrozumiał po chwili. Małe domki o płaskich dachach zbudowane z szarego kamienia albo żółtej gliny zdawały się spiętrzone nieomal jeden na drugim niczym winne grona, pomiędzy nimi wiły się dróżki, a na dachu każdego znajdował się ogródek, w którym rosła fasola, dynie, pieprz, melony i rośliny, których dotąd nigdy w życiu nie widział. Kury biegały swobodnie, o bardziej czerwonym upierzeniu niż te, do których był przyzwyczajony, oraz jakiś dziwny rodzaj innego drobiu, większy i nakrapiany na szaro. Dzieci, przeważnie ubrane jak ich rodzice, oraz odziani na biało gai’shain poruszali się między rabatkami, trzymając w dłoniach wielkie gliniane dzbany i podlewając rośliny — najwyraźniej każdą z osobna. Aielowie nie budowali miast, jak mu zawsze mówiono, ale to z pewnością było miasteczko średniej przynajmniej wielkości, jeżeli nawet najdziwniejsze ze wszystkich, jakie dotąd widział w życiu. Zgiełk był tak wielki, że nie mógł zadać żadnego z pytań, które cisnęły mu się do głowy; na przykład, czym są te wielkie okrągłe owoce, za czerwone i lśniące, jak na jabłka, rosnące na niskich krzakach o bladych liściach, albo te proste łodygi o szerokich liściach, na których rosły długie, grube odrośla o żółtych wąsach? Zbyt długo był rolnikiem, żeby go to nie zastanawiało.
Rhuarc i Heirn zwolnili, podobnie postąpił Couladin, ale dalej szli dość szybkim krokiem, zatykając w marszu włócznie za rzemienie pokrowców na łuki przytroczonych do pleców. Amys pobiegła naprzód, śmiejąc się jak dziewczyna, podczas gdy mężczyźni szli dalej równym krokiem w szpalerze ludzi stojących na dnie wąwozu, okrzyki kobiet mieszkających w siedzibie wibrowały w powietrzu i nieomal tłumiły zupełnie łoskot garnków. Rand pojechał za nimi, zgodnie z tym, co kazała mu zrobić Aviendha. Mat wyglądał tak, jakby chciał zawrócić i natychmiast odjechać.
W odległym krańcu wąwozu ściana pochylała się ponad jego dnem, tworząc głęboką, ciemną niszę. Słońce nigdy tutaj nie docierało, jak powiedziała Aviendha, a znajdujące się tam skały, zawsze chłodne, nadały siedzibie jej nazwę. Przed smugą wiecznego cienia, na szerokim szarym głazie, którego szczyt wygładzono, tworząc platformę, stała Amys w towarzystwie drugiej kobiety.
Tamta druga, smukła w swych workowatych sukniach, z szarfą wiążącą słomiane włosy spływające poniżej pasa, o skroniach lekko naznaczonych siwizną, wyglądała na starszą od Amys, chociaż z pewnością była więcej niż przystojna i tylko kilka zmarszczek znaczyło kąciki szarych oczu. Ubrana tak samo jak Amys — prosty brązowy szal owinięty wokół ramion, naszyjnik i bransolety ze złota ,oraz rzeźbionej kości słoniowej wcale nie świetniejsze czy bogatsze od ozdób tamtej — a przecież to była Lian, pani dachu Siedziby Zimnych Skał.
Kiedy Rhuarc zatrzymał się przed głazem, o krok bliżej niźli Heirn i Couladin, przenikliwe, wibrujące okrzyki ustąpiły miejsca zupełnej ciszy.
— Proszę o pozwolenie wejścia do twej siedziby, pani tego dachu — oznajmił głośno, donośnie.
— Masz moje pozwolenie, wodzu klanu — odpowiedziała oficjalnie złotowłosa, równie głośno. Potem uśmiechnęła się i dodała cieplejszym tonem: — Cieniu mego serca, zawsze otrzymasz moje pozwolenie.
— Dziękuję ci, pani tego dachu i mego serca. — To również nie brzmiało szczególnie oficjalnie.
Heirn wystąpił naprzód.
— Pani tego dachu, proszę o pozwolenie na wejście pod twój dach.
— Masz moje pozwolenie, Heirn — oznajmiła Lian krępemu mężczyźnie. — Pod moim dachem znajdzie się woda i cień dla ciebie. Szczep Jindo zawsze jest tu mile widziany.
— Dziękuję ci, pani tego dachu.
Herin klepnął Rhuarca w ramię i odszedł do swych ludzi. Ceremonie Aielów były najwidoczniej krótkie, ale treściwe.
Couladin zadarł wysoko głowę i dołączył do Rhuarca.
— Proszę o pozwolenie na wejście do twej siedziby, pani tego dachu.
Lian zamrugała i marszcząc czoło, spojrzała na niego. Za Randem rozległy się głosy, zadziwiający szmer, jaki potrafi wydać kilka setek gardeł. Atmosfera nagle stała się napięta, jakieś niebezpieczeństwo zawisło w powietrzu. Mat bez wątpienia również to poczuł, ściskając bowiem mocniej drzewce włóczni, odwrócił się, by sprawdzić, co robi reszta Aielów.
— O co chodzi? — zapytał Rand cicho, zwracając się przez ramię do Aviendhy. — Dlaczego ona nic nie mówi?
— Poprosił w taki sposób, jakby był wodzem klanu — wyszeptała w odpowiedzi Aviendha, w jej głosie brzmiało niedowierzanie. — Ten człowiek jest głupcem. Musiał oszaleć! Jeżeli ona mu odmówi, będzie to oznaczało kłopoty z Shaido, a wobec takiej obrazy ona może tak postąpić. Nie wyniknie z tego waśń krwi... on nie jest wodzem klanu, niezależnie od tego, jak wysoko zadziera nos... ale kłopoty z pewnością.
Nagle, znienacka w jej głosie pojawiły się ostre tony.
— Nie słuchałeś, nieprawdaż? Nie słuchałeś! Ona może odmówić pozwolenia wstępu nawet Rhuarcowi, a wówczas jemu nie pozostanie nic innego, jak odwrócić się i odejść. To by zniszczyło klan, ale jest to w jej mocy. Może odmówić nawet Temu Który Przychodzi Ze Świtem, Randzie al’Thor. Wśród nas kobiety nie są zupełnie bezbronne, jak to jest z waszymi kobietami na mokradłach, które muszą być co najmniej królowymi lub szlachciankami, w przeciwnym razie skazane bowiem są na to, by tańczyć, jak im zagrają mężczyźni.
Lekko pokręcił głową. Za każdym razem, kiedy już miał sam się skarcić za to, że tak niewiele nauczył się o Aielach, Aviendha przypominała mu, jak ona sama mało wie o wszystkich, którzy nie są Aielami.