Ceglaną część domu stanowiło jedno pomieszczenie z posadzką wyłożoną czerwono-brązowymi płytkami, będące jedynie fragmentem całego wnętrza. W ścianie skalnej, do której przylegało, wykuto pozostałe izby, o wysoko sklepionych sufitach i zadziwiająco chłodne. Rand dostrzegł tylko jedno krzesło, z wysokim oparciem, polakierowane na złoto i czerwono, wyraźnie rzadko używane; krzesło wodza, poinformowała go Aviendha. Oprócz niego niewiele można było dostrzec wyrobów z drewna, jedynie kilka wypolerowanych czy polakierowanych skrzynek i kufrów oraz niski pulpit, na którym leżała otwarta książka; chcąc czytać, trzeba się było położyć na podłodze. Zdobnie tkane dywany pokrywały podłogę, a jaskrawe dywaniki leżały warstwami; rozpoznał wzory z Łzy, Cairhien i Andoru, a nawet Illian czy Tarabon, pozostałe jednak były mu nie znane, szerokie postrzępione pasy, a także połączone, puste w środku kwadraty, w barwach szarych, brązowych i czarnych. Ostro kontrastując z jednostajnością otaczającej doliny, żywe kolory były wszędzie; zdobienia ścian, nie miał najmniejszych wątpliwości, przywiezione musiały być zza drugiej strony Grzbietu Świata — być może w taki sam sposób, w jaki dekoracje ścienne opuściły Kamień Łzy — a poduszki wszelkich rozmiarów i barw, często zdobione chwastami lub frędzlami albo jednym i drugim, uszyto z jedwabiu w kolorach czerwieni i złota. Tu i ówdzie, w niszach wykutych w ścianie, stały delikatne porcelanowe wazy, srebrne dzbany lub rzeźby z kości słoniowej, często przedstawiające jakieś dziwne zwierzęta. A więc to były owe ,jaskinie”, o których pisał tamten Tairenianin. Mogły zdawać się krzykliwe niczym wystrój Łzy — albo stroje Druciarzy — a mimo to była w nich jakaś godność, oficjalna i swojska zarazem.
Uśmiechając się lekko do Aviendhy i dając jej tym samym do zrozumienia, że jednak słuchał, Rand wyjął z juków gościniec dla Lian, pięknie odrobionego złotego lwa. Został skradziony z Łzy i odkupiony od Poszukiwacza Wody Jindo, ale jeżeli naprawdę był władcą Łzy, było to niczym okradanie samego siebie. Po chwili wahania Mat również wyciągnął podarunek, taireński naszyjnik ze srebrnych kwiatów, bez wątpienia pochodzący z tego samego źródła, i z pewnością także przeznaczony pierwotnie dla Isendre.
— Wspaniały. — Lian uśmiechnęła się, podnosząc do oczu lwa. — Zawsze przepadałam za produktami taireńskich rzemieślników. Wiele lat temu Rhuarc również przywiózł mi dwa ich dzieła.
Głosem właściwym dobrej gospodyni, która wspomina szczególnie udane zbiory cukrowych jagód, zwróciła się do męża:
— Zabrałeś je z namiotu Wysokiego Lorda, na chwilę przedtem, zanim Laman został ścięty, nieprawdaż? Szkoda, że nie doszedłeś do Andoru. Zawsze chciałam mieć jakąś rzecz z andorańskiego srebra. Ten naszyjnik również jest przepiękny, Macie Cauthon.
Słuchając jej zachwytów nad oboma podarunkami, Rand z trudem maskował przeżyty wstrząs. Mimo spódnic i macierzyńskiego spojrzenia była Aielem w tym samym stopniu co Panny Włóczni.
Kiedy Lian kończyła, do środka weszły Mądre w towarzystwie Moiraine oraz Lana i Egwene. Miecz Strażnika ściągnął na siebie jedno niechętne spojrzenie, lecz powitanie pani dachu stało się cieplejsze, kiedy Bair przedstawiła go jako Aan’alleina. Nie dorównywało jednak w najmniejszym stopniu pozdrowieniu, jakim obdarzyła Egwene i Moiraine.
— To zaszczyt gościć was pod mym dachem, Aes Sedai. — Ton głosu Lian był przesycony skromnością; mały włos, a zaczęłaby się im kłaniać. — Powiada się, że służyliśmy Aes Sedai przed Pęknięciem Świata i że zawiedliśmy ich. Za uchybienie to zesłano nas tutaj, do Ziemi Trzech Sfer. Wasza obecność świadczy, iż być może nie jest to grzech, za który nie ma wybaczenia.
Oczywiście ona nie była w Rhuidean; najwyraźniej zakaz rozmów na temat tego, co działo się w Rhuidean, z każdym, kto tam nie był, stosował się również do męża i żony. A także obowiązywał między siostrami-żonami, czy też jakkolwiek nazywała się forma pokrewieństwa między Amys i Lian.
Moiraine również usiłowała wręczyć Lian gościniec, maleńkie, wykonane z kryształu i srebra flakoniki z wonnościami, które przybyły z samego Arad Doman, ale tamta rozłożyła dłonie.
— Sama twoja obecność stanowi prezent nieoszacowanej wartości, Aes Sedai. Przyjęcie czegoś jeszcze oznaczałoby dyshonor dla mego dachu oraz dla mnie samej. Nie potrafiłabym znieść takiej hańby.
Zabrzmiało to tak poważnie, jakby obawiała się, że Moiraine może uprzeć się przy swoim darze. Była to najwyraźniej oznaka wagi, jaką przywiązywano do Car ’a’carna oraz Aes Sedai.
— Jak sobie życzysz — odpowiedziała Moiraine, chowając flakoniki do sakwy przy pasie. Była lodowato pogodna w swym błękitnym jedwabiu, z połami białego płaszcza odrzuconymi do tyłu. — Wasza Ziemia Trzech Sfer z pewnością gościć będzie więcej Aes Sedai. Jak dotąd nie miałyśmy powodów, by się tu pojawiać.
Amys nie wydawała się szczególnie zadowolona, słysząc tę deklarację, a płomiennowłosa Melaine spojrzała na Moiraine niczym zielonooki kot, zastanawiający się, czy powinien coś zrobić z wielkim psem, który właśnie wszedł na podwórze. Bair i Seana wymieniły zatroskane spojrzenia, w niczym nie przypominające zakłopotania tych, które potrafiły przenosić.
Gromadka gai’shain zabrała płaszcze Moiraine i Egwene, przyniosła mokre ręczniki do obmycia twarzy i dłoni oraz maleńkie srebrne filiżanki z wodą, którą należało ceremonialnie wypić, na koniec zaś posiłek, podany w srebrnych dzbanach i na srebrnej tacy, stosownych raczej do pałacu; spożyto go jednak z glinianych naczyń pomalowanych w niebieskie paski. Wszyscy jedli, leżąc na posadzce, gdzie białe płytki osadzone w skale zastępowały stół, z głowami pochylonymi ku sobie, z poduszkami pod piersiami, rozrzuceni niczym szprychy w kole, podczas gdy gai’shain przemykali między nimi, roznosząc naczynia.
Mat miał kłopoty, wiercił się, próbując wygodniej ułożyć na poduszkach, Lan natomiast leżał rozparty, jakby całe życie jadał w ten właśnie sposób, Moiraine i Egwene zaś, na pozór przynajmniej, czuły się prawie równie wygodnie. Bez wątpienia miały za sobą dni praktyki w namiotach Mądrych. Randowi taki sposób jedzenia wydawał się co najmniej dziwny, lecz jedzenie było na tyle osobliwe, że zajmowało większość jego uwagi.
Ciemny, mocno przyprawiony grubo mielonym pieprzem gulasz z kozła trudno było nazwać swojską potrawą, ale groch wszędzie był grochem, podobnie dynia. Jednak tego samego nie można było powiedzieć o kruchym, zastanawiająco żółtym chlebie lub długiej, jaskrawoczerwonej fasoli zmieszanej z zieloną albo o daniu z jasnożółtych ziaren i cząstek papkowatej czerwieni, które Aviendha określiła jako zemai oraz t’mat, czy też o słodkich bulwiastych owocach z grubą zielonkawą skórą, które, jak twierdziła, rosły na tych pozbawionych liści, kolczastych roślinach, zwanych kardon. Wszystko mimo to było smaczne.
Miałby więcej przyjemności z posiłku, gdyby nie jej drobiazgowy wykład. Nie siostry-żony. To miano było zastrzeżone dla Amys i Lian, które leżały po obu bokach Rhuarca i uśmiechały się do siebie równie często jak do swego męża. Jeśli nawet poślubiły go obie, by nie niszczyć łączącej je przyjaźni, oczywiste było, że obie go kochają. Rand nie potrafił sobie wyobrazić, by Elayne i Min zgodziły się na taki układ; zdziwiło go nawet, dlaczego w ogóle o tym pomyślał. Słońce musiało chyba zagotować mu mózg.