Nawet jeśli Aviendha pozostawiła to jedno wyjaśnienie innym, o pozostałych rzeczach mówiła w najdrobniejszych szczegółach. Być może uważała go za idiotę, skoro nie wiedział o siostrach-żonach. Leżąc na prawym boku, twarzą do niego, uśmiechała się niemal słodko, opowiadając, że łyżki można używać zarówno do jedzenia gulaszu, jak i zemai, ale jej oczy lśniły światłem, które mówiło mu, że tylko obecność Mądrych powstrzymuje ją od rozbicia na jego głowie jakiegoś dzbana albo innego naczynia.
— Nie rozumiem, co ja ci zrobiłem — powiedział cicho. Doskonale zdawał sobie sprawę z obecności Melaine po swej prawej stronie, która na pozór zdawała się pogrążona w cichej konwersacji z Seaną. Bair wtrącała to tu, to tam jakieś słowo, ale pewien był, że również wytęża słuch. — Ale jeżeli tak bardzo nienawidzisz uczenia mnie, nie musisz tego dłużej robić. To po prostu jakoś tak wyszło. Nie wątpię, że Rhuarc albo Mądre znajdą kogoś innego.
Z pewnością kogoś znajdą, jeżeli pozbędzie się tego szpiega.
— Nic mi nie zrobiłeś... — Wyszczerzyła zęby; skoro miał to być uśmiech, to stanowczo powinien trwać dłużej. — ...i nigdy nie zrobisz. Możesz położyć się, gdzie chcesz, i rozmawiać z tymi, którzy cię otaczają. Wyjąwszy tych z nas, którzy muszą wszystko tłumaczyć, zamiast wspólnie jeść, oczywiście. Grzeczność nakazuje jednako bawić rozmową osoby, które spoczywają przy obu twoich bokach.
Leżący po jej drugiej stronie Mat spojrzał na Randa i przewrócił oczyma, najwyraźniej zadowolony, że zostanie mu to oszczędzone.
— Chyba że jesteś zmuszony zwracać się cały czas do jednej osoby, ponieważ kazano ci ją uczyć. Jedzenie bierze się prawą ręką... chyba że akurat podpierasz się na niej... i...
To była męka, ale ją najwyraźniej bawiła. Aielowie przywiązywali wielką wagę do wręczania prezentów. Może, jeśli da jej coś...
— ...wszyscy rozmawiają aż do czasu zakończenia posiłku, chyba że jedno z nas musi zamiast tego uczyć i...
„Łapówka”.
Czuł, że to niesprawiedliwe przekupywać kogoś, kto go szpieguje, uznał jednak, że jeśli ona ma zamiar dalej zachowywać się tak, jak teraz, to warto kupić sobie odrobinę spokoju.
Kiedy gai’shain wynieśli naczynia po posiłku, by po chwili wnieść srebrne puchary, Bair spojrzała ponuro na Aviendhę, ta wreszcie zapadła w ponure milczenie. Egwene uklękła, aby ponad Matem klepnąć ją w ramię, ale to najwidoczniej w niczym nie pomogło. Przynajmniej jednak milczała. Egwene rzuciła mu ostrzegawcze spojrzenie — albo wiedziała, o czym on myśli, albo uważała posępny nastrój Aviendhy za jego dzieło.
Rhuarc wyciągnął fajkę o krótkim cybuchu i kapciuch z tytoniem, nabił główkę do pełna, po czym przekazał skórzany kapciuch Matowi, który wydobył skądś swoją, wykładaną srebrem fajkę.
— Ktoś przyniósł wieści, które powinieneś usłyszeć, Randzie al’Thor, i to jak najszybciej. Lian powiedziała mi, że rozeszły się pogłoski, iż Jheran, wódz klanu Shaarad Aiel, oraz Bael, wódz Goshien, już dotarli do Alcair Dal. Erim z Chareen jest w drodze.
Pozwolił, by młoda gai’shain zapaliła jego fajkę za pomocą płonącej szczapki. Sądząc po sposobie, w jaki się poruszała, odmiennym od gracji pozostałych odzianych na biało mężczyzn i kobiet, Rand wywnioskował, że jeszcze niedawno musiała być Panną Włóczni. Zastanawiał się, jak długo jeszcze potrwa jej rok służby, kolejne dni szyderstw i poniżenia.
Mat uśmiechnął się do kobiety, kiedy uklękła, by zapalić jego fajkę; spojrzenie zielonych oczu, jakim obrzuciła go spod kaptura, nie miało w sobie żadnej uniżoności i momentalnie spowodowało, że uśmiech zniknął z jego twarzy. Rozdrażniony przewrócił się na brzuch, cienka niebieska strużka dymu uniosła się z jego fajki. Źle doprawdy, że nie zauważył zadowolenia na jej twarzy ani też że zniknęło w rumieńcu wywołanym jednym spojrzeniem Amys; zielonooka uciekła, zdając się zawstydzona ponad miarę. A Aviendha, która tak bardzo nienawidziła konieczności porzucenia włóczni i która wciąż uważała się za siostrę włóczni wobec Panien, niezależnie od klanu...? Zmarszczyła brwi, patrząc na plecy odchodzącej gai’shain w taki sposób, w jaki pani al’Vere popatrzyłaby na kogoś, kto splunął na podłogę. Dziwni ludzie. Tylko w oczach Egwene moim było dostrzec cień współczucia.
— Goshien i Shaarad — wymamrotał nad pucharem z winem.
Rhuarc poinformował go, że każdy wódz klanu dla powagi przyprowadzi z sobą do Złotej Doliny kilku wojowników, podobnie postąpią wodzowie szczepów. W sumie będzie to oznaczało prawdopodobnie około tysiąca osób z każdego klanu. Dwanaście klanów. Dwanaście tysięcy ludzi i prócz nich jeszcze Panny, wszyscy aż do granic wrażliwi na punkcie swojego honoru i gotowi tańczyć włócznie, jeśli choćby kot zamruczy. Być może, ze względu na święto, trzeba tym razem czegoś więcej. Spojrzał w górę.
— Istnieje między nimi waśń, nieprawdaż? — Rhuarc i Lan pokiwali głowami. — Pamiętam, jak powiedziałeś, iż coś podobnego do pokoju Rhuidean panuje również w Alcair Dal, Rhuarc, ale widziałem również, do jakiego stopnia pokój ten wiąże Couladina oraz Shaido. Być może będzie lepiej, jak wyruszę od razu. Jeżeli Goshien i Shaarad zechcą walczyć... Wieści o tym zaczną się roznosić. Potrzebuję poparcia wszystkich Aielów, Rhuarc.
— Goshien nie są Shaido — ostro powiedziała Melaine, potrząsając grzywą złotych włosów niczym lwica.
— Shaarad też nie. — Cienki głos Bain był znacznie cichszy niźli młodszej kobiety, ale niemniej jednak stanowczy. — Jheran i Bael mogą się starać wzajemnie pozabijać, zanim wrócą do swych siedzib, lecz nie w Alcair Dal.
— Ale to nawet w najmniejszym stopniu nie odpowiada na pytanie Randa al’Thora — oznajmił Rhuarc. — Jeżeli udasz się do Alcair Dal, zanim przybędą tam wszyscy wodzowie, ci, którzy nie dotrą na czas, stracą honor. Nie jest to dobry sposób na oznajmienie, iż jesteś Car’a’carn, okryjesz bowiem hańbą ludzi, których wezwiesz, by poszli za tobą. Nakai mają najdalszą drogę do przebycia. Miesiąc i wszyscy znajdą się w Alcair Dal.
— Mniej — powiedziała Seana, leciutko kręcąc głową. — Dwukrotnie spacerowałam po snach Alsery, ona zaś powiedziała, że Bruan zamierza biec całą drogę od Siedziby Shiagi. Mniej niż miesiąc.
— Miesiąc więc, dla pewności — oznajmił Randowi Rhuarc. — Potem trzy dni do Alcair Dal. Może cztery. Ale wtedy wszyscy już tam będą.
Miesiąc. Potarł policzek. Zbyt długo. Zbyt długo i żadnego wyboru. W opowieściach wszystko działo się tak, jak bohater sobie zaplanował, a szczególnie wówczas, kiedy chciał, by się tak działo. W prawdziwym życiu takie wypadki zdarzały się rzadko, nawet dla ta’veren, na korzyść którego rzekomo miały działać proroctwa. W rzeczywistym życiu było tylko darcie pazurami, nadzieja i szczęście, kiedy znalazło się więcej niż pół bochenka, gdy potrzebny był cały. Choć przecież częściowo jego plany rozwijały się tak, jak pragnął. Ich bardziej niebezpieczna część.
Moiraine, rozciągnięta między Lanem i Amys, leniwie popijała wino, powieki miała przymknięte, jakby była śpiąca. Nie wierzył w to. Widziała wszystko, wszystko słyszała. Ale w tej chwili nie miał nic do ukrycia.